Reklama

Krzysztof Tyniec poznał miłość swojego życia w... kościele!

Krzysztof Tyniec, czyli Krzysztof Bąk z „Klanu”, zawsze podkreśla w wywiadach, że żona to najważniejsza osoba w jego życiu. W Jagodzie zakochał się dokładnie pół wieku temu... Już wtedy, a miał zaledwie szesnaście lat, wiedział, że tylko u jej boku będzie szczęśliwy. - Gdybym mógł cofnąć czas, znów chciałbym ją spotkać. Wiele bym stracił, gdybym wybrał kogoś innego – mówi aktor.

Krzysztof Tyniec miał niespełna szesnaście lat i był po uszy zakochany w jednej ze swoich koleżanek ze szkoły, gdy po raz pierwszy zobaczył Jagodę. Razem z przyjaciółmi, z którymi założył zespół rockowy, występował w... kościele w Zgorzelcu.

Po koncercie Krzysztof zaproponował swej nowej znajomej, że odprowadzi ją do domu. Uśmiechnęła się, a on... z miejsca stracił dla niej głowę. Natychmiast zapomniał o Beacie, do której jeszcze kilka dni wcześniej pisał romantyczne wiersze. Jagoda tak bardzo mu się podobała, że z miejsca poprosił, żeby została jego dziewczyną. Zgodziła się, nie przypuszczając, że młodzieńcze uczucie, jakim go obdarzyła, przerodzi się z czasem w wielką miłość.

Reklama

Krzysztof Tyniec: Imał się różnych zajęć, by zarobić na utrzymanie rodziny

Miłość do Jagody całkowicie odmieniła Krzysztofa. Z rockendrolowca marzącego o podboju świata zmienił się dzięki ukochanej w, jak sam mówi, rozsądnego chłopaka z bardzo precyzyjnymi planami na przyszłość. Na szczęście dziewczyna nie widziała nic złego w tym, że chce zostać aktorem. Wiedziała, że ciągnie go na scenę, więc mocno zaciskała kciuki, gdy po maturze w zgorzeleckim technikum elektroenergetycznym pojechał do Warszawy na egzaminy do szkoły teatralnej. Jagoda na szczęście dostała się na historię sztuki na jednej ze stołecznych uczelni, więc mogli być razem.

Pobrali się po trzecim roku studiów. Nie przeszkadzało im, że gnieżdżą się w wynajmowanej kawalerce, bo byli przekonani, że kiedyś oboje odniosą sukces i zamieszkają we własnym domu. Od razu po dyplomie Krzysztof Tyniec dostał angaż w warszawskim Teatrze na Woli, ale bardzo długo czekał na debiut... Nie doczekał się! W końcu doszedł do wniosku, że powinien poszukać zawodowego spełnienia w innym teatrze. Postanowił pojechać do Słupska.

Jagoda, choć na początku nawet nie chciała słyszeć o opuszczeniu Warszawy, zgodziła się na przeprowadzkę, ale wymusiła na ukochanym obietnicę, że szybko wrócą.

Pobyt w Słupsku, który miał potrwać jedynie "chwilę", przeciągnął się do  prawie dwóch lat. W tym czasie na świecie pojawiła się Paulina, a w Polsce został wprowadzony stan wojenny...

Po tym, jak po 13 grudnia 1981 roku słupski teatr - jak większość teatrów w kraju - został zamknięty, państwo Tyńcowie uznali, że łatwiej im będzie przetrwać ciężki okres w stolicy. Nie wiedzieli, że mają przed sobą naprawdę ciężkie dni, tygodnie i miesiące. Oboje imali się różnych zajęć, by zdobyć pieniądze na życie.

Krzysztof Tyniec: Nie potrafi żyć bez pracy. Cierpi na tym rodzina...

W 1983 roku Krzysztof Tyniec został... Panem Fasolą - bohaterem telewizyjnego programu dla dzieci. Zaraz potem Olga Lipińska zaprosiła go do swojego "Kabareciku".

- Zostałem zauważony - cieszył się w rozmowie z "Angorą".

Aktor nie kryje, że przyjmował każdą propozycję, bo wychodził z założenia, że trzeba dużo pracować, aby coś mieć. Zaniedbał przez to żonę i córki...

Paulinka miała sześć lat, gdy urodziła się jej siostra Karolina.

- Wychowanie córek spadło całkowicie na barki żony. Zdarzało się, że Jagoda się buntowała - mówił aktor "Super Expressowi".

Pewnego dnia, gdy dziewczynki były już nastolatkami, żona wprost zapytała Krzysztofa, czy mógłby choć jeden wieczór w tygodniu spędzać w domu. Obiecał, że w poniedziałki nigdzie się nie ruszy. Wytrzymał... trzy tygodnie.

-Jestem pracoholikiem, a gdy nie pracuję, to jestem nie do wytrzymania - twierdzi.

Ciemne chmury zbierają się nad głowami państwa Tyńców przed każdą premierą Krzysztofa. Jagoda wie, że musi  wtedy chodzić wokół męża na palcach, bo wystarczy iskra, by wybuchł.

Krzysztof Tyniec: Od dwunastu lat jest dziadkiem

Piętnaście lat temu - wiosną 2007 roku - Krzysztof Tyniec podjął się najtrudniejszego, jak mówi, wyzwania w swoim życiu - przyjął zaproszenie do udziału w "Tańcu z gwiazdami".

- To miał być krótki epizodzik. Dwa, może trzy odcinki... Nikt nie spodziewał się, że zajdę tak daleko, nie mówiąc już o tym, że wygram - wspominał na łamach "Gali".

Codziennie wielogodzinne treningi u boku tancerki Kamili Kajak przez kilka miesięcy odbierały Krzysztofa rodzinie. Gdy w ostatniej chwili musiał odwołać wizytę u studiującej w Londynie córki, Jagoda wymusiła na nim obietnicę, że po zakończeniu swej przygody z "Tańcem z gwiazdami" zwolni tempo i zacznie wreszcie poświęcać czas jej i domowi.

- Obietnica, którą wtedy złożyłem, obowiązuje do dziś - mówi aktor i dodaje, że dopiero niedawno zrozumiał, że praca wcale nie jest najważniejsza.

Państwo Tyńcowie uwielbiają uprawiać nordic walking, jeżdżą razem na długie wycieczki rowerowe i przede wszystkim spełniają się jako dziadkowie. Starsza córka pary ma trójkę dzieci: synów Bruna i Mirona oraz córkę Celinkę, młodsza wychowuje jedynaka.

Aktor dwanaście lat jestem dziadkiem. Jego oczkiem w głowie jest najmłodszy wnuczek, 7-letni Iwo.

Krzysztof Tyniec: Uważa się za wielkiego szczęściarza

Krzysztof Tyniec, pytany, czy jest szczęśliwy, od lat niezmiennie odpowiada, że na pewno jest wielkim szczęściarzem, bo przecież los postawił mu na drodze Jagodę.

- Jesteśmy razem już pół wieku. Różnie bywało, ale najważniejsze, że to, co nas połączyło, wciąż pali się w naszych sercach. Nasze uczucie nadal jest piękne i nie wygasa, ciągle jesteśmy dla siebie przyjaciółmi, powiernikami i kochankami - powiedział niedawno "Dobremu Tygodniowi".

Zobacz też:

"Wednesday": Najsmutniejsza dziewczyna, jaką znasz [recenzja]
"Wojenne dziewczyny": Serial znika z anteny! Vanessa Aleksander żegna się z produkcją
Anna Dymna: Po "Wielkiej wodzie" wylała się na nią fala hejtu!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy