Jerzy Bińczycki często powtarzał w wywiadach, że jego największą pasją jest teatr, a ulubionym miejscem - scena. Przed kamerą nie czuł się po prostu najlepiej.
"Ustalono kiedyś, że jestem niefilmowy" - żartował.
Faktem jest, że kino go nie rozpieszczało. Zanim prawie 15 lat po ukończeniu szkoły teatralnej dostał rolę Bogumiła Niechcica w "Nocach i dnia", grywał w filmach jedynie epizody - np. Żyda na rampie w "Końcu naszego świata", marynarza na plaży w "Skoku", dyrektora instytutu w "Życiu rodzinnym" czy turystę niemieckiego w "Szklanej kuli". Dopiero w 1975 roku, gdy cały świat zobaczył go w nominowanych do Oscara "Nocach i dniach", Jerzy Bińczycki uwierzył, że nie tylko na scenie, ale też na planie filmowym... może wszystko.
Jerzy Bińczycki: Nie chciał być kojarzony jedynie z jedną czy dwiema rolami
Propozycję wcielenia się w głównego bohatera "Znachora" aktor przyjął po dość długim namyśle. Na początku nie chciał nawet słyszeć o tym, żeby - jak mówił - wpadać z deszczu pod rynnę. Jeszcze nie zdążył wydostać się z szufladki z napisem "Bogumił Niechcic", a już miałby dać się zamknąć w następnej?
"Bardzo bał się "efektu Janka", czyli tego, co przez lata dotykało Janusza Gajosa kojarzonego długo z rolą Janka Kosa w "Czterech pancernych". Ojciec nie chciał być postrzegany wyłącznie z perspektywy jednej czy dwóch ról" - powiedział niedawno Wirtualnej Polsce syn Jerzego, Jan Bińczycki.
"Ojciec uciekał od stereotypów, chciał odskoczyć, robić inne rzeczy, grać zupełnie inne postacie" - dodał.
Gdyby Jerzy Hoffman nie uparł się, że to właśnie Bińczycki ma zagrać profesora Wilczura, aktor nie zdecydowałby się na przyjęcie roli. Był wtedy bardzo zajęty w teatrze, przygotowywał się do kolejnej premiery, a poza tym właśnie się ożenił i nie wyobrażał sobie, że miałby zostawić ukochaną na całe lato. Oboje planowali budowę letniego domu w Karwińskich Błotach nad morzem i myśleli o powiększeniu rodziny.
Reżyser wysłał ponoć Bińczyckiemu list, w którym napisał: "Bez Ciebie tego filmu nie będzie. Ty się urodziłeś do tej roli". To go przekonało.

Jerzy Bińczycki: Na premierę "Znachora" zabrał nastoletnią córkę
12 kwietnia 1982 roku, a więc w dniu, kiedy "Znachor" wchodził na ekrany kin w całej Polsce, żona Jerzego Bińczyckiego, Elżbieta, pochłonięta była opieką nad malutkim synkiem. Na uroczystą premierę filmu Hoffmana, który miał się odbyć w warszawskim kinie Moskwa, aktor zaprosił swoją 17-letnią córkę z pierwszego małżeństwa. Magda była akurat na obozie wędrownym. Z tatą, jadącym do stolicy z Krakowa, miała spotkać się w pół drogi - w Kielcach.
"On jechał jakimś rannym pociągiem, pamiętam, że moja nauczycielka odwiozła mnie na dworzec, wskoczyłam do tego pociągu" - wspominała Magdalena Łaptaś (z domu Bińczycka), goszcząc w podcaście "OFF Czarek".
Córka aktora dobrze pamięta, jak niecierpliwie jej ojciec czekał na recenzje dzieła Jerzego Hoffmana i cieszył się, gdy Zygmunt Kałużyński, z którego zdaniem bardzo się liczył, napisał, że to on "trzyma film" i że "siedzi się w kinie do końca, tylko żeby na niego patrzeć".
"Tato był bardzo zadowolony, że Kałużyński docenił jego rolę" - opowiadała Cezaremu Łasiczce.
Jerzy Bińczycki: Syn aktora oglądał "Znachora" kilkadziesiąt razy
Dzieci Jerzego Bińczyckiego nie kryją, że oglądają "Zachora" zawsze, gdy tylko mają okazję.
"Widziałem ten film, nie przesadzając, kilkadziesiąt razy. Mama też chętnie do niego wraca. Oglądam z przyjemnością wszystkie filmy z ojcem. Nie tylko te najbardziej znane, ale też zapomniane dziś nieco perełki. Za każdym razem jest to dla mnie bardzo wzruszające" - mówi Jan Bińczycki.
Jerzy Bińczycki bał się, że po "Znachorze" nie zagra już nic ciekawego, ale mylił się - stworzył jeszcze wiele świetnych kreacji w filmach, serialach i przede wszystkim na scenie ukochanego Starego Teatru, z którym związany był do śmierci.

Zobacz też:
"Krew": Vanessa Aleksander w roli głównej w nowym kryminale. Kim jest jej bohaterka?
"Krew": Śmierć jest dopiero początkiem. Koniec przyprawia o dreszcze [recenzja]





