Reklama

Usta Usta

Ocena
serialu
7,2
Dobry
Ocen: 601
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Nicolas Cage znad Wisły

Przystojny brzydal, prawie jak Nicolas Cage - Wojciech Mecwaldowski, który podbił serca widzów rolą przezabawnego Piotra Nowaka w serialu "Usta Usta", śmieje się, że czasem czuje się jak schizofrenik – bo cały czas próbuje być kimś, kim nie jest.

Patrząc na ciebie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że świetnie się bawisz podczas pracy na planie "Usta Usta"…

Reklama

- Gdy praca jest równocześnie wielką życiową pasją, nie sposób się nią nie bawić. Kocham swój zawód, bo napędza mnie do życia, dodaje energii i chęci do działania. A najpiękniejsze w nim jest to, że wcale nie czuję, że pracuję.

Nie odnosisz czasem wrażenia, że praca stała się sensem twojego życia?

- Nie, ponieważ zdaję sobie sprawę, że poza nią istnieje także moje własne życie. Potrafię oddzielić to prywatne od zawodowego. I choć ostatnio trudniej u mnie o momenty, które mógłbym wykorzystać wyłącznie na spełnianie własnych przyjemności, to przynajmniej staram się, by o nich nie zapominać.

W "Usta Usta" sporo jest scen intymnych. Czy sprawiało ci jakikolwiek problem uczestniczenie w nich?

- Jeśli w scenariuszu jest uzasadnione, dlaczego między postaciami dochodzi do zbliżenia i nagości, nie mam nic przeciwko. Taki już jest mój zawód - czasami gra się w kompletnym ubraniu, a czasami tego ubrania po prostu brak. W intymnych scenach nie występuję przecież jako ja, tylko jako dany bohater. Oczywiście, dziwnie się czuję, gdy leżę w łóżku z kobietą, a obok nas kręci się kilkanaście osób z ekipy.

- Z prawej stoi kolega z tyczką i nagrywa dźwięk, inny trzyma łóżko, aby się nie rozleciało, kolejny jest za kamerą, charakteryzatorki poprawiają mi make up, a dziewczyny od kostiumów majtki. Swoje trzy grosze dorzucają jeszcze scenografowie, wygładzający pościel.

- To nie sprzyja wytworzeniu odpowiedniego klimatu, który służyłby intymności. Że o romantyzmie już nie wspomnę.

Czy któraś ze scen ubawiła cię szczególnie?

- W "Usta Usta" była scena, w której mój bohater kochał się z żoną Izą (Sonia Bohosiewicz - przyp. red.), a jednocześnie fantazjował o pięknej barmance.

- Kręcenie tej sceny polegało na tym, że najpierw siedziała na mnie serialowa żona, a na hasło "zmiana, szybko, zmiana" zastępowała ją barmanka. Trudno było o powagę, bo cała sytuacja wydawała się po prostu nienormalna.

Bo samo aktorstwo nie jest normalne - granie na emocjach, przełamywanie barier, przekraczanie granic wstydu...

- To prawda. Momentami możesz poczuć się jak schizofrenik, bo cały czas próbujesz być kimś innym niż jesteś.

Widzowie, którzy utożsamiają cię z twoim bohaterem, chyba także wpływają na ten schizofreniczny stan...

- No tak, zdarza się, że przypisują nam, aktorom, zespół cech naszych postaci. A potem, widząc nas na ulicy, przechodzą na drugą stronę, bo nie lubią nas za bohaterów, których gramy. Albo rzucają się na nas i krzyczą na przykład: "Nowak, chłopie, jak powiem żonie, to mi nie uwierzy!".

Widzowie darzą cię dużą sympatią...

- Wydaje mi się, że ludzie boją się mnie, czego nie potrafię zrozumieć, oraz że odbierają mnie jako jednostkę nienormalną. Ale nie winię ich za to - przyznaję, że jestem trochę nienormalny. Zresztą każdy z nas ma w sobie małego popaprańca. I dobrze, bo dzięki temu życie jest kolorowe.

Wielu aktorów nie lubi oglądać swoich poczynań na ekranie, a ty?

- Ja również. Z jednej strony jestem ciekaw efektu końcowego, z drugiej jednak z trudem przychodzi mi patrzenie na siebie. Zwykle dostrzegam w swojej grze mnóstwo błędów.

Czy prywatnie też jesteś taki krytyczny wobec siebie?

- Nie, prywatnie mam dużo więcej luzu.

Słyszałam, że denerwujesz się, gdy określa się ciebie mianem gwiazdy...

- Bo ja nie jestem żadną gwiazdą! Jestem aktorem, który robi to, co kocha. Na tyle popularnym, że kojarzonym przez widzów z kina lub telewizji.

Wielu twoich kolegów po fachu wzbrania się przed graniem w serialach, uważając ten rodzaj pracy za coś poniżej ich godności. A jakie jest twoje zdanie na ten temat?

- Dla mnie liczy się głównie to, by pracować jako aktor i się rozwijać. Dlatego nie robi mi różnicy, czy występuję na scenie, czy przed obiektywem kamery - i tak chodzi o jedno i to samo. Ważne przy tym jest to, co mam do zagrania i z kim współpracuję.

A wziąłbyś udział w bijącym rekordy popularności show?

- Kilka razy otrzymałem pewne propozycje i zawsze odmawiałem. Absolutnie nie potępiam tych, którzy uczestniczą w podobnych programach, ale mnie to po prostu nie interesuje. Cieszę się z tego, że sam decyduję o własnej aktywności, i że nikt mi niczego nie narzuca. Zresztą, ja się nie nadaję do show. Nie potrafię funkcjonować w jego anturażu.

Rozm. alm

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Mecwaldowski | Usta usta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje