Reklama

Dziewczyny ze Lwowa

Ocena
serialu
7,9
Dobry
Ocen: 1016
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Dziewczyny ze Lwowa": Fajnie, że widzowie nas lubią

29 listopada zostanie wyemitowany ostatni odcinek „Dziewczyn ze Lwowa”. Zapytaliśmy odtwórczynie głównych ról, czy były kiedyś na Ukrainie. A dla fanów mamy dobre wieści: będzie drugi sezon!


Reklama


To udział w tym popularnym serialu przyniósł im rozpoznawalność. Kim są? Czarnowłosa i stale uśmiechnięta Katarzyna Ucherska, grająca płaczliwą Olyę, urodziła się w Nowym Sączu, ale jej korzenie sięgają aż do Węgier. Anna Maria Buczek, czyli Swietłana, przyznaje, że miała przodków w Węgorzewie na Mazurach. Natomiast Anna Gorajska, znana z roli Uliany, mówi, że jej rodzina mieszka na południu Polski, w okolicach Gorlic, choć tata pochodzi ze Szczecina. Ostatnia z czwórki, Magdalena Wróbel, czyli Polina, urodziła się w Krakowie:

- Ale zaraz po maturze zaczęłam wędrować po kraju i świecie. Przez rok mieszkałam we Wrocławiu, przez pięć lat w Łodzi, od trzech lat jestem w Warszawie. Uwielbiam być w drodze - dodaje.

No właśnie! Wędrówki po świecie bywają takie pasjonujące. My postanowiliśmy zapytać młode aktorki o to, czy wszystkie cztery dotarły do kraju, z którego przyjechały bohaterki "Dziewczyn ze Lwowa".

Miałaś okazję być kiedyś na Ukrainie?

Katarzyna Ucherska: Nie i bardzo tego żałuję, ponieważ okazji było wiele. Mogłam towarzyszyć mamie, która jeździła tam dość często. Teraz, niestety, Ukraina jest niebezpiecznym kierunkiem. Ale znam Ukraińców, którzy mieszkają w Polsce. Nawet w moim rodzinnym Nowym Sączu jest ich niemało. Całkiem niedawno poznałam fantastycznych ludzi z Ukrainy: jeden jest dyrektorem firmy budowlanej w Nowym Sączu, a drugi świetnym saksofonistą. Byłam nawet na jego recitalu. On grał, a jego żona, która jest Polką, śpiewała. Fantastyczna rodzina - otwarci, życzliwi.

Nauczyłaś się czegoś dzięki serialowi?

K.U.: O tak, wielu rzeczy. Specjalnie na potrzeby naszego serialu zaczęłam się uczyć języka ukraińskiego. Sądziłam, że mi się przyda. Okazało się jednak, że ze względu na komfort widza nie będziemy mówić w tym języku. Musielibyśmy wówczas wspomagać się napisami lub lektorem. Z pewnością przydały mi się akcent i melodyka. Poza tym na Ukrainie mało kto mówi czystym ukraińskim, jest to raczej mieszanka ukraińskiego i rosyjskiego. Dlatego w naszych dialogach jest tak dużo rusycyzmów.

Twoje korzenie sięgają do Węgorzewa na Mazurach. Tu grasz Swietłanę. Czy prywatnie byłaś kiedyś na Ukrainie?

Anna Maria Buczek: Nie, ale mam to w planach. Mam przyjaciół z Ukrainy, którzy często przyjeżdżają do Polski. Jesteśmy w stałym kontakcie, rozmawiamy ze sobą "po skypie".

Jak z twoją znajomością języka rosyjskiego?

A.M.B.: Należę do pokolenia, które miało w szkole obowiązkowy język rosyjski. Mówię biegle w tym języku, ponieważ uczyłam się go przez 12 lat. Wbrew pozorom było to dla mnie utrudnieniem, bo rosyjski i ukraiński
to jednak dwa różne języki, pomimo słowiańskości obu. Ukraiński jest zdecydowanie twardszy, a mnie ciągnęło do zmiękczania. My na potrzeby serialu stylizujemy język, tak byśmy były zrozumiałe dla polskiego widza.

A tobie zdarzyło się trafić do Lwowa?

Anna Gorajska: Tak! Razem z grupą przyjaciół wybraliśmy się kiedyś do Lwowa na długi weekend. Zajrzeliśmy też do Krzemieńca, nad którym wznosi się Góra Bony. To rodzinne miasto Juliusza Słowackiego. Pamiętam, że mieszkaliśmy wtedy w domach Kresowiaków, myliśmy się przy świecach w misce wody, śpiewaliśmy stare polskie piosenki i zajadaliśmy się kapustą. Wspaniałe słowiańskie spotkanie. Kobiety płakały, wspominając Polskę z czasów, kiedy tam jeszcze mieszkały.

Jak było w samym Lwowie?

A.G.: Kiedy przyjechaliśmy do Lwowa, mieliśmy nadzieję, że szybko znajdziemy nocleg. Niestety, nie było to takie proste. Szukaliśmy, tymczasem zastała nas noc, a wtedy okazało się, że Lwów jest kompletnie ciemny. Postanowiliśmy złapać stopa i wrócić do centrum, bo akurat znajdowaliśmy się na peryferiach. No i zatrzymała się wspaniała Ukrainka - Halina, z mężem i dwójką dzieci. Załadowali nas do swojego samochodu i zawieźli do franciszkanów, u których mogliśmy zanocować. Oczywiście, gdybyśmy się znaleźli w potrzebie, mieliśmy od razu dzwonić do Haliny.

Czy nasi wschodni sąsiedzi znaleźli się na szlaku twojej podróży?

Magdalena Wróbel: Zdarzyło się, że kiedyś spędziłam wakacje na Białorusi. A co ciekawe, pojechałam tam zaraz po powrocie z podróży po Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Kanada jest wielokulturowa. Mieszka tam również wielu Polaków, którzy wyemigrowali, aby poprawić swoją sytuację materialną i tak im się spodobało, że zostali na dobre. Stany Zjednoczone to ogromna ilość ludzi przypadająca na metr kwadratowy, bogactwo, olbrzymie budynki, wielki biznes i wielkie pieniądze.

Białoruś musiała Ci się przez to wydać bardzo różna kulturowo?

M.W.: Przeżyłam szok kulturowy! Na Białorusi dominowały ogromne wiejskie przestrzenie. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy wzdłuż płotu, który był pomalowany na jeden kolor, dlatego, że kilka lat wcześniej przejeżdżał tamtędy prezydent Białorusi. W Mińsku, w hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, zabroniono nam otwierania okien i odsuwania zasłon, ponieważ w okolicy naszego hotelu miał się pojawić prezydent. Były też kontrole.

Czekamy na drugi sezon "Dziewczyn ze Lwowa", który trafi do ramówki TVP 1 najprawdopodobniej jesienią 2016 roku. Czym zajęłyście się po zakończeniu pracy na planie pierwszego sezonu? O czym marzycie?

M.W.: Założyłam prywatny biznes w Warszawie - małą gastronomię. Chciałam się przekonać, jak funkcjonuje small biznes w Polsce. Muszę przyznać, że prowadzenie własnej firmy nie jest łatwe. Tak jak Polina marzę jednak o samodzielności, chcę być panią swego losu i bardzo ciężko na to pracuję.

A.G.: Ja marzę o tym, żeby podróżować, bo właśnie wtedy człowiek najwięcej się dowiaduje o drugim człowieku i o świecie. W przyszłości planujemy z przyjaciółmi podróż do Kalifornii. Znajomy, który tam mieszka, zaprasza nas do siebie. Mamy w planie wybrać się wspólnie samochodem w podróż po Stanach.

A.M.B.: Cieszę się, że widzowie polubili nasz serial. Zagrałam ostatnio także w filmie Jerzego Skolimowskiego "11 minut". Cieszę się, że budzi on aż tyle skrajnych emocji, bo dzięki temu nie pozostawia człowieka obojętnym. Marzę, żeby moje pięć minut wydłużyło się do co najmniej jedenastu.

K.U.: Chętnie oglądam filmy rosyjskie, cenię rosyjskie aktorstwo i lubię język. A marzenie? Chciałabym studiować filologię rosyjską.

Rozmawiała EWA JAŚKIEWICZ

Dowiedz się więcej na temat: Dziewczyny ze Lwowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje