Reklama

Ojciec Mateusz

Ocena
serialu
8,8
Bardzo dobry
Ocen: 2951
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Tamara Arciuch: Zbyt lubię swoją twarz, by pójść pod skalpel

Mówi o sobie, że jest spełnioną i szczęśliwą mamą i żoną. Zna swoją wartość i nie przejmuje się niesprawiedliwymi ocenami. W tym sezonie zobaczymy ją w serialu "Lifting", gdzie zagra kobietę uzależnioną od operacji plastycznych oraz w nowej serii "Ojca Mateusza".

Rusza nowy sezon "Ojca Mateusza". Podobno twoja bohaterka zostanie wplątana w bardzo niebezpieczną intrygę...

Reklama

- To prawda. Nasz proboszcz wpadnie w nie lada tarapaty, a ja - jako dziennikarka lokalnych mediów - będę go bronić z całych sił. Moja dociekliwość nie wszystkim się spodoba, dla niektórych stanowić będzie zagrożenie. Kiedy pewne fakty wyjdą wreszcie na jaw, okaże się, że Justyna została bezwiednie zmanipulowana. Więcej szczegółów tej afery nie mogę zdradzić.

Co według ciebie jest największym atutem tego serialu?

- Z pewnością postać tytułowego księdza. Nad każdym się pochyli, każdego z uwagą wysłucha, pocieszy dobrym słowem, nikogo nie opuści w potrzebie. I co bardzo istotne, znajdzie zrozumienie dla różnych, nie zawsze zgodnych z prawem czy moralnością zachowań. Taki właśnie powinien być każdy duchowny! Wielkim plusem tej produkcji jest również, oczywiście prócz znakomitej obsady, rys komediowy. Dzięki temu "Ojca Mateusza", mimo popełnionych w nim zbrodni, ogląda się bardzo przyjemnie. Jak bajkę z morałem.

Justyna Malec zalicza się do pozytywnych bohaterek, ale masz w dorobku również role, które nie zaskarbiły ci sympatii widzów.

- Mój serialowy wizerunek rzeczywiście przez jakiś czas budził spore kontrowersje. Grane przeze mnie postaci nie były godne naśladowania. (śmiech) W "Adamie i Ewie" wystąpiłam w roli nieobliczalnej żony tytułowego Adama, której lepiej nie wchodzić w drogę. Z kolei w "Niani" byłam wredną Karoliną, dzięki której mogłam jednak przekraczać wiele granic. Publiczność dość często utożsamia nas z rolą. Sądzi, że skoro ktoś jest okropny i nie do zniesienia na ekranie, to w ten sam sposób zachowuje się w realnym życiu. To ta mniej wesoła strona naszego zawodu.

Bolały cię niektóre oceny?

- Czasami przejmowałam się tym. Dziś jestem bardziej pewna siebie, znam i doceniam swoją wartość. Nie jestem również tak nieśmiała, jak kiedyś.

Niedawno skończyłaś pracę na planie nowego serialu "Lifting". Trudno cię w nim rozpoznać.

- Może dlatego, że wcielam się w nim w ognistego rudzielca i mam ostry makijaż. Mimo że serial w reżyserii Bo Martina jest rodzajem pastiszu na dzisiejszą pogoń za pięknem i młodością, to porusza on ważne kwestie. To historia czterech nieszczęśliwych kobiet, które spotykają się w klinice chirurgii plastycznej. Każda z nich ma za sobą nieudane związki, czuje się niekochana, niepotrzebna, nieakceptowana. W zmianie, czy raczej poprawie wyglądu, widzi szansę na lepsze życie.

Prywatnie zdecydowałabyś się na operację plastyczną?

- Zbyt lubię swoją twarz, by pójść pod skalpel. (śmiech) Poważnie jednak mówiąc, nie odczuwam takiej potrzeby. Mam szczęśliwą i kochającą rodzinę, czuję wewnętrzną harmonię, spełniam się jako matka i żona. Nie wstydzę się swoich zmarszczek, gdyż świadczy to o tym, że często się śmieję. Ogromna w tym zasługa mojego męża Bartka (Kasprzykowskiego, red.), który nieustannie mnie rozśmiesza.

Rozmawiał ARTUR KRASICKI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje