Na dobre i na złe

Ocena
serialu
8,8
Bardzo dobry
Ocen: 12245
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Na dobre i na złe": Michał zapowiada się ciekawie

Po krótkiej przerwie aktor wkrótce ponownie zagości na ekranach naszych telewizorów. I jak obiecuje, jego bohaterowie dostarczą nam emocji!

Dokładnie rok temu zakończyłeś pracę na planie "Singielki". I zniknąłeś z ekranów telewizyjnych. Gdzie byłeś, gdy cię nie było?

Reklama

- Zdarza się tak, że po dużych projektach trzeba zapłacić "frycowe". I tak jakoś jest, że po burzy przychodzi moment ciszy. Na początku jest on bardzo przyjemny - ubiegłoroczny sezon narciarski zaliczam do bardzo udanych - ale im dalej w las, tym większe przebieranie nogami i frustracja (śmiech). Nie było jednak tak źle, bo parę fajnych rzeczy się wydarzyło - wróciło "Rozlewisko", miałem więc wakacje w pracy na Mazurach w towarzystwie ludzi, których nie widziałem od ponad dwóch lat i za którymi się stęskniłem. Jest też praca nie stricte aktorska: - szkolenie dzieci w jeździe na nartach, przygotowywanie młodych ludzi do egzaminów wstępnych. Taki okres wycisza uczy pokory, uświadamia, że nic w tym zawodzie nie jest dane na zawsze. Z drugiej strony to też kwestia wyboru - mieszkam w Krakowie, więc jestem z boku tej warszawskiej rzeczywistości, która może dawałaby mi możliwość większej ilości pracy. Coś za coś. Ale ten rok będzie bogatszy. Wspomniana wcześniej kontynuacja "Rozlewiska", "Na dobre i na złe" oraz nowy projekt - "Drogi wolności".

Czyli, gdy nie ma ofert, nie siedzisz i czekasz, aż manna spadnie z nieba, tylko szukasz sobie innego zajęcia.

- Z racji posiadania rodziny nie mogę siedzieć i czekać (śmiech). Będąc kawalerem, mogłem żyć chwilą, teraz trzeba choć trochę planować. Lubię swój zawód, jest on dla mnie ważny i nie chciałbym umniejszać jego roli w moim życiu, ale ostatecznie to tylko zawód. Pracujemy po to, żeby żyć, więc jeżeli takiego zajęcia nie ma, to jest inne. Nie ukrywam, że był moment po szkole teatralnej że bycie instruktorem pomagało mi się utrzymać. Na szczęście od jakiegoś czasu udaje mi się wyżyć z aktorstwa, a szkolenie na nartach jest już tyko frajdą. 

Wracając do twojej nieobecności na szklanym ekranie, nie samą telewizją żyje człowiek...

- Tuż po "Singielce" była premiera tekstu  Jarosława Murawskiego w reżyserii Leny Frankiewicz "Komeda" w warszawskiej Imce i łódzkim nowym. Zostałem tez zaproszony do współpracy przez Bartka Szydłowskiego w Teatr im. Słowackiego w którym pomagałem przy powstaniu spektaklu "Rejs" na podstawie filmu, gdzie oprócz aktorów "słowaka" występują wspaniali aktorzy-miłośnicy. Super przygoda, bo oprócz ludzi temat filmu jest niesamowicie dziś aktualny. Później na Festiwalu Teatralnym Genius Loci miałem przyjemność pracować w Zakopanem przy bardzo ciekawym spektaklu "W ogień" napisany przez Mateusza Pakułe a wyreżyserowany przez Wojtka Klemma. Graliśmy go w plenerze na parkingu pod dolną Równią Krupową. Spektakl jest próbą zmierzenia się z historią Józefa Kurasia żołnierza podziemia, który po Wojnie w pewnym momencie wręcz panował na Podhalu. Temat ciekawy i do dziś, dla części Górali bardzo żywy, czego zresztą doświadczyliśmy pracując nad spektaklem. Do dziś dla jednych bohater, dla innych bandyta. Dla nas oprócz historii samego "Ognia" ciekawy było pytanie o cel i formę opowiadania o tych dość "szarych" czasach naszej historii. 3 lutego przenosimy spektakl na deski Małopolskiego Ogrodu Sztuk. Trudna sztuka w przypadku spektaklu, w którym góry - tło -były jednym z bohaterów całego wydarzenia, a teraz ten główny bohater zostaje na miejscu (śmiech). Ale mamy fantastyczną ekipę, która będzie walczyć, żeby dać radę.

- Zagrałem też w nowym filmie Kingi Dębskiej, z którą poznaliśmy się przy "Singielce". Na planie "Zabawa, zabawa" miałem przyjemność partnerować Agacie Kuleszy. Cały czas jest we mnie apetyt grania na dużym ekranie. Kontynuuję także przygodę z improwizacją w grupię Impro KRK, którą współzałożyłem dwa lata temu z bandą przyjaciół, świetnych i bardzo zdolnych ludzi. I tak od dwóch lat w piątki występujemy w krakowskim Teatrze Szczęście na ul. Karmelickiej 3, raz w miesiącu w  teatrze im. Solskiego w Tarnowie a od lutego co miesiąc na scenie Miniatura Teatru Słowackiego. Cały czas więc coś się dzieję. Jeśli nie ma ofert serialowych, są inne aktorskie wyzwania. I, oczywiście, narty, które zawsze staram się wpleść w swój grafik.

Czas na narty musi być...

- Jeżdżę na nich od zawsze. Różne rzeczy się w moim życiu działy, a narty stanowiły constans. Od lat jestem związany z klubem Yeti, gdzie od małolata, przez instruktora awansowałem na członka zarządu. Przeszedłem wszystkie kręgi wtajemniczenia (śmiech).

A propos jeszcze "Singielki", rok po zakończeniu tej telewizyjnej przygody, jak myślisz, co dała ci rola Tomasza?

- Ciekawe pytanie, którego chyba nigdy sobie nie zadałem. Na pewno uświadomiła to, co wcześniej mi umykało. Żyjemy, patrząc w przyszłość, czekając na coś wspaniałego, co ustawi nam życie. I przez to pomijamy naprawdę ważne rzeczy. Jako aktorzy powinniśmy czerpać radość nawet z najmniejszych wyzwań. Nie ukrywam, że przez te półtora roku pojawił się moment znużenia. Nagle złapałem się na tym, że przychodziłem do pracy, która powinna mi dawać frajdę, jak do fabryki. A to z kolei rzutowało na wszystko - jakość, radość z grania. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, oprzytomniałem i powiedziałem: "Szukaj funu". Okazało się, że nie jest to wcale takie trudne. Przed "Singielką" miałem moment wahania, czy wchodzić w taki rodzaj projektu, czy jest mi to potrzebne dla mojego rozwoju jako aktora. Wówczas zadałem takie pytanie jednemu z uznanych reżyserów, a on mi odpowiedział: "Możesz to zrobić. Tylko zrób to dobrze". Nie ma złych i dobrych projektów, są jedynie dobrze lub źle zagrane role. "Singielka" to także przedsięwzięcie, z którego czerpałem ogromną przyjemność, abstrahując od chwilowej spadku formy. Mieliśmy naprawdę świetną ekipę, od kolegów aktorów, produkcje po tzw. technikę na których zawsze można było liczyć. I na pewno też kolejną - po "Pierwszej miłości" i "M jak miłość" - falę popularności. Na planie "Singielki" zrodziło się także moje życie w mediach społecznościowych. Za namową Dominiki Gwit założyłem oficjalny profil na Facebooku, a pod wpływem Filipa Bobka konto na Instagramie. Oba dziś prowadzę samodzielnie, co jest bardzo zabawne.

Zatrzymajmy się przy tej fali popularności. Jesteś aktorem z niszy, pojawiasz się przy okazji różnych projektów, ale nie jesteś na świeczniku. Lubisz być tak trochę z boku?

- Jestem aktorem. Moim zadaniem jest dobrze zagrać rolę, którą ktoś mi powierzy. Moja nieobecność w sferze celebryckiej to mój wybór. Oczywiście trochę jest to zależne od tego, że mieszkam w Krakowie. Nie wiem też, jak bym sobie z taką popularnością poradził. To coś niebezpiecznego, co powoduje, że człowiek może zacząć się upajać, zachłystywać i robić głupie rzeczy. Wydaje mu się, że jest kimś ważnym, coś mu się należy. W Krakowie mi to nie grozi, mam znajomych, którzy zawsze ściągną na ziemię (śmiech). Jedyne, czego mi brakuje, to ofert fabularnych. Z drugiej strony wierzę i mam nadzieję że moja praca, moje aktorstwo obronią się same.

W ogóle lubisz oglądać efekty swojej pracy?

- Zdecydowanie wolę grać, niż oglądać siebie na ekranie (śmiech).

Musisz przyznać, że z impetem wchodzisz w rok na małym ekranie.

- Wychodzi na to, że w tym roku pojawię się aż w trzech produkcjach. Najpierw startuje "Pensjonat nad Rozlewiskiem", 7 marca zadebiutuję w "Na dobre i na złe", a prawdopodobnie jesienią w "Drogach wolności".

To co robisz w "Na dobre i na złe"?

- Na razie miałem przyjemność zagrania z Michałem Żebrowskim, Iloną Ostrowską i Karoliną Czarnecką. Michał, moja postać, zapowiada się bardzo ciekawie. Już na dzień dobry popada w konflikt ze swoim pryncypałem, czyli dr. Falkowiczem. Pojawią się też historie z innymi postaciami sprzed lat. Będzie się działo.

Jak czujesz się w kitlu?

- Jestem jeszcze przed sceną pierwszej operacji i jestem przerażony (śmiech). Gdy zobaczyłem tekst i tę medyczną nomenklaturę, która jest mi zupełnie obca... To jak nauka innego języka. Lekarza zdarzyło mi się już grać parę razy, choćby w "Powidokach" Andrzeja Wajdy ale nigdy nie operowałem. Przeprowadzałem tylko sekcje zwłok ale prowadził Robert Gonera, ja miałem luz.

Pracę przy serialach znasz z dwóch perspektyw - od początku produkcji, będąc jej głównym bohaterem oraz w środku, kiedy dołączasz do zgranej już obsady jako jeden z jej elementów. Która jest bardziej komfortowa dla ciebie jako aktora?

- Wejście w organizm już funkcjonujący od jakiegoś czasu jest bardziej stresujące. W końcu wchodzisz w grupę ludzi, która się zna, lubi i ma swój język. Jesteś jak dzieciak w nowej szkole. Musisz swoje odrobić, żeby się wgrać. Lepiej zaczynać od nowa (śmiech). Z "Na dobre..." jest też tak, że z ekipą, niektórymi aktorami spotkałem się już przy innych okazjach, więc nie jest to dla mnie w pełni obce środowisko.

Reklama

Reklama

Reklama