Reklama

Lost: Zagubieni

Ocena
serialu
8,7
Bardzo dobry
Ocen: 602
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

O czym właściwie był "Lost"?

Tak - zagubili się scenarzyści "Lost" w tych wszystkich wątkach i zagadkach. Tak - mimo to, był to najlepszy serial, jaki wymyślono.

Szósty sezon "Zagubionych" miał ogarnąć pięć poprzednich i udzielić widzom wyczerpujących odpowiedzi. Liczono, że twórcy jakimiś niewyobrażalnie sprawnymi posunięciami fabularnymi ułożą z tych puzzli spójną, imponującą całość. Mówiło się, że od początku mieli plan, jak połączyć tajemnicze liczby, szepty, podróże w czasie, kręcenie kołem, elektromagnetyzm, chatkę Jacoba, incydent itd. w jedną, lśniącą opowieść. Pod tym względem - klapa. Tego nie dało się ogarnąć.

Reklama

Numery? A bo Jacob miał słabość do liczb. Szepty? A to uwięzione duszyczki. Magiczne zdolności Walta? A nie wiadomo. Fałszywa wizja Desmonda (Claire wsiada z Aaronem do helikoptera, jeśli Charlie utonie)? Też nie wiadomo. Pytania i, co gorsza, nieścisłości, błędy logiczne, można mnożyć i na pewno będą to robić uważniejsi widzowie niż ja.

Po obejrzeniu wzruszającego, dwugodzinnego finału "Zagubionych" nie mam jednak wątpliwości, że nie był to serial o tajemnicach wyspy. Te były tylko gadżetem, błyskotką, która miała sprawiać, że widzowie nie będą rezygnować z oglądania kolejnych odcinków. Był to serial o ludziach i przeznaczeniu. Brzmi banalnie? A kto powiedział, że banały nie mogą być interesujące, zwłaszcza jeśli podaje się je w tak atrakcyjnej formie?

Podobać się może mnogość odcieni szarości, którymi nakreślono postacie Bena, Widmore'a, Sayida czy Desmonda. Ten ostatni z tchórza uciekającego od Penny, a później czmychającego również z bunkra, stał się tajemniczo uśmiechniętym liderem, spoiwem łączącym dwa światy przedstawione w szóstej serii. Przemian bohaterów było sporo - za najbardziej znaczącą należy pewnie uznać historię Jacka, który w piątym sezonie stał się człowiekiem wiary, kontynuatorem postawy Locke'a.

Nie możemy też zapominać o Benie, w którym ostatecznie zatriumfowało dobro. Świetne jest to, że każde działanie podejmowane przez bohaterów było silnie umotywowane - temu służyły m.in. flashbacki. Wiedzieliśmy i rozumieliśmy, dlaczego bohater zachowuje się tak, a nie inaczej.

Nawet ciągnące się sześć sezonów niezdecydowanie Kate było zrozumiałe, choć dla wielu widzów - irytujące. Ale podkreślić należy, że rzadko spotyka się tak pomysłowo rozpisany miłosny trójkąt: Jack kocha Kate, Sawyer też kocha Kate, Kate leci na Sawyera, ale na Jacka trochę też, Jacka podziwia, a z Sawyera chce zrzucać ubrania, z Jackiem więcej metafizyki, z Sawyerem więcej fizyczności, i w końcu wybiera Jacka.

Pięknie pokazane zostało też, jakimi drogami chodzi człowiek po swoje szczęście i jak wiele jest w stanie dla tego szczęścia zrobić. (Sayid na przykład, by pomścić/odzyskać Nadię, był skłonny załatwić każdego. No, poza Desmondem, którego nie załatwił, gdyż - jak wiemy - Desmond był wyjątkowy i przemówił mu do serca.)

Dla mnie motywem przewodnim "Lost" było przeznaczenie. Wygrała koncepcja Locke'a - nic nie dzieje się bez przyczyny, każdy ma swój cel, należy do niego dążyć za wszelką cenę. W przedostatniej scenie serialu bohaterowie, będąc w niebie, łączą się w pary, całują się, obejmują - do tego prowadziło nie tylko całe ich życie, ale także to, czym się zajmowali po śmierci. To oczywiście koncepcja bardzo bajkowa, niemniej dyskusja między "człowiekiem wiary" a "człowiekiem nauki" została przedstawiona w sposób niebanalny. Przypomnę, że jeszcze w szóstej serii słyszeliśmy, że Locke umarł na darmo, że tuż przed wyzionięciem ducha pomyślał: "Nie rozumiem", że jego żywot był żałosny i tak dalej. Pełna rehabilitacja dążeń Locke'a, w których zasadność uwierzył w końcu także Jack, nastąpiła dopiero w finale.

By zrelacjonować fenomen "Lost", by pogratulować twórcom, można zacząć wyliczać znakomite rozwiązania fabularne - różnorodność i wyrazistość głównych bohaterów, koncepcja flashbacków i flashforwardów, łączenie science-fiction z bajkowością i filozofią... Ale dla mnie najbardziej precyzyjną miarą dzieła - książki, filmu, płyty, wreszcie serialu - jest to, czy o nim myślimy czy nie. Czy zapominamy chwilę po zamknięciu laptopa czy "rozkminiamy", wiercimy się, dyskutujemy. W tej kategorii "Lost" się broni i nie waham się uderzyć w górnolotne tony - jest wielki.

Michał Michalak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje