Reklama

Praca konkursowa - Gra o Tron

Jest to krótka historia z życia Elmara Snow. Jest on bękartem z północy, który pragnie stać się kimś więcej, niż był do tej pory.

                                                                        Wilcza Krew

Reklama

Elmar Snow nie znosił koni. Nie żeby wyróżniało je to spośród innych zwierząt. Nie znosił ich wszystkich. Pociągnął po raz drugi lejce, by dosiadany przez niego gniadosz, zwany Oczkiem, w końcu zwolnił do kłusa. Nigdzie im się nie śpieszyło. Elmar nie mógł nie zauważyć pewnej sprzeczności, między swym „końskim uprzedzeniem” a umiejętnościami jeździeckimi.

Był w tym naprawdę dobry. Nie jego wina, że zwykle trafiał na uparte i nieokrzesane wierzchowce, które najwidoczniej nie darzyły go większą sympatią, niż on je. Oczko pod tym względem był ich królem. Koń chyba odczytał jego myśli, bo w tym momencie ponownie dziko popędził leśnym traktem.

Cholerny zwierzak. Szarpnął za uzdę i obejrzał się na swych kompanów. Było ich tylko dwóch.

Więcej nie potrzebował.  Theomar i Patt. Małomówne chłopaki, żaden z nich zapewne nie miał nawet siedemnastu lat. Nie zgłębiał ich perypetii, nie czuł też potrzeby poznawania kompanów. Kojarzył ich jedynie ze służby pod godłem Wilkora. Nieznaczące persony, tak samo jak on. Dlatego zapewnie wybrano ich do tego niewdzięcznego zadania. Jeźdźcy dopędzili Elmara i  wszyscy równym tempem pokłusowali dalej. Więcej ludzi nie potrzebował, bo niby po co?

Trzy kruki przyleciały do Dreadfort. Dopiero za trzecim razem wieści, które przyniosły, przestano traktować jako kiepski żart. A może raczej, przestano je ignorować. Dla Elmara to wciąż było jednym, wielkim i durnym dowcipem.

Robb Stark, nie żyje.

Zacisnął palce na końskiej grzywie. Często powtarzał w myślach te słowa. Nie wynikało to z szoku, bądź żałoby… Może nawet się tym delektował?

On nie żyje, a jednak to przez niego jadę teraz do mieściny, o której istnieniu wcześniej nawet nie słyszałem… To z jego powodu, nie noszę na tarczy Słońca Północy, tylko Oskórowanego Człowieka. Chyba jednak wyszło mu to na dobre. Przedtem był nikim. Jako krewniak Ricarda Karstarka nie miał w Karhold specjalnych przywilejów. Nawet najbliższa rodzina ich nie miała, co dopiero bękart jego wuja. Nie powiodło mu się również w Winterfell, u zamożniejszych i bardziej renomowanych Starków. Nie… Tam też był nikim, mimo że przelewał krew na wojnie Młodego Wilka. Wpierw w jego służbie, potem na jego zgubę.

Robb Stark przegrał wojnę, ścinając Lorda Ricarda. To był jeden z największych błędów jakie popełnił, zaraz po złamaniu przysięgi danej Freyowi. Karstarkowie odwrócili się od niego i większość z nich wróciła na północ. Elmar jednak nie chciał wracać tam jako „nikt”. Nie tym razem. Chciał stać się kimś. Dlatego teraz jechał pod godłem Lorda Boltona, któremu oddał swe usługi. Wyrzekł się tego, kim był wcześniej. Nawet nazwisko ojca, które mu się nie należało z faktu nieślubnego poczęcia nosił już zbyt długo. Przeszłość zostawił za sobą.  Nazywał się Elmar Snow.

                                                                               *

Nie był pewien, czy strażnik miał problem z czytaniem w nikłym świetle pochodni, czy najzwyczajniej czytać nie umiał. Do wioski dotarli po czterech dniach intensywnej jazdy. Była chłodna noc, a Elmar czuł coraz rosnącą irytację. Miniony dzień był ulewny, więc razem z towarzyszami byli przemoczeni do suchej nitki. Do tego dochodziło zmęczenie i smród potu. Ich własnego i końskiego. Mrużący oczy i wydymający policzki nad opieczętowanym przez Roose’a Boltona dokumentem wartownik przelewał czarę goryczy.

— Wpuść nas, albo poślij po kogoś bardziej rozumnego! — warknął zniecierpliwiony. — Szkoda mojego czasu. Sens tego, iż poświęcam go sprawie tak niedorzecznej, jest i tak dość wątpliwy.

Seria kiwnięć głową wartownika połączona z nieskalanym myślą spojrzeniem dała Elmarowi pewność, że nie zrozumiał on połowy usłyszanych słów. Prawdopodobnie chcąc oszczędzić sobie  wstydu, przepuścił ich, bąkając jakieś przeprosiny. Elmar puścił je mimo uszu i wraz z towarzyszami przejechał przez wyrwę w wysokiej na pięć stóp palisadzie. W mroku majaczyły zarysy domostw.

Gdy pokazywano Elmarowi lokalizację wioski zwanej Iglicą, nie krył zaskoczenia. Lubował w mapach i wydawało mu się, że zna  Westeros jak własną kieszeń. Położona w Wilczym Lesie, gdzieś między Winterfell a Torrhen’s Square, Iglica była niespodzianką, której wcześniej nie dostrzegał. Kolejny wartownik wyłonił się z ciemności, idąc im na spotkanie. Okazał się bardziej rozgarnięty od towarzysza, gdyż bez zbędnych ceregieli przysłał pachołka, który miał zaopiekować się końmi. Elmar nie ukrywał ulgi, zsiadając z wierzchowca. Oczko parsknął donośnie, jakby dając do zrozumienia, że również cieszy się ich tymczasowym rozstaniem.

— Kto tu zarządza? — spytał Elmar, ściągając skórzane rękawice. – Pragnę z nim mówić jak najprędzej.

— Wszyscy śpią, Panie. Wy również powinniście wypocząć. O świcie...

— Nie zamierzam czekać do świtu – przerwał wartownikowi ostro. — Zbudź  przełożonych. Czas nagli.

                                                                                 *

— Wysłaliśmy trzy kruki. Czyżby dwa z nich zostały przechwycone? Ustrzelone przez nieprzyjaciół?

Elmarowi nie podobał się ton, jakim mówił do niego starszy zarządca Iglicy. Ugoszczono ich w zajeździe „Pod kroplą rosy”, jedynym, jaki się tu znajdował. Musieli krótką chwilę czekać na sprowadzenie do gospody Forrena, sprawującego władzę w tym zakątku. Poza nimi, w niewielkiej jadalni była tylko właścicielka zajazdu, zajęta sprzątaniem ze stołów. Po chłodnym powitaniu przez zarządcę, Elmar nie silił się więc, by ukryć nutę lekceważenia w głosie.

— Skądże. Wszystkie dotarły do Dreadfort.

— Nie pojmuję… — starzec był zdezorientowany. — Minęły cztery tygodnie od wysłania ostatniego z nich. A do tego ludzi przybyło  zaledwie trzech, i to pod wodzą bękarta. Jak mam to rozumieć?

— Mógłbym zadać to samo pytanie — teraz już nie krył pogardy. — Jak mam rozumieć zawracanie głowy Namiestnikowi Północy czymś tak niedorzecznym? Mało to już bajek krąży po Westeros? Bajek o smokach za Wąskim Morzem, Białych Wędrowcach i czerwonych czarodziejach, wskrzeszających zmarłych! Wy jednak postanowiliście dorzucić kolejną do tej listy. Robb Stark nie żyje, zarządco. Ilu, twoim zdaniem ludzi miałem wziąć, by polować na ducha?

—Krwawe Gody zbezcześciły święte prawa. Walder Frey i Roose Bolton ściągnęli na nas gniew bogów.

—Stark był samozwańcem i uzurpatorem — Elmar wygłosił popularną wśród południowców formułkę. — Zapragnął Północy dla siebie i maszerował przeciw koronie. Spotkał go zasłużony los. Jeśli bogowie są sprawiedliwi, razem ze swoją matką płoną w najgłębszym z siedmiu piekieł. Nie przypominam sobie też, byś był z Lordem Boltonem blisko, więc jako jego podwładny, tytułuj Namiestnika Północy jak należy.

Z zadowoleniem zauważył, że zarządca skurczył się pod wpływem tych słów. Poczuł nawet lekką dumę, jak sprawnie ukazał mu swój autorytet. Do tego właśnie dążył.

— Może odrzućmy więc bezsensowne spory — mówił dalej, teraz już rozluźniony. — Nie wątpię, że przynajmniej część z waszych problemów jest realna. Cóż się wydarzyło, że posłaliście po pomoc? Skąd to przekonanie, iż prześladuje was duch Młodego Wilka? Mów pan, ale podajcie też coś do zwilżenia gardeł. Za mną i moimi towarzyszami daleka droga.

                                                                                          *

Mimo niechęci, którą gospodarze i goście darzyli się nawzajem, zgodnie z odwiecznym prawem ugoszczono ich  należycie. Całą trójkę nakarmiono wołowym gulaszem i świeżym, chrupiącym chlebem. Jadło popili nieco mętnym, ale orzeźwiającym i dość smacznym piwem. Udało się też w końcu wyciągnąć z zarządcy całą historię.

— Wilki, panie...  — Elmar uśmiechnął się. Forren nabrał szacunku do jego osoby. — Całe stada pojawiają się w okolicy. Pół biedy, jak zagryzą kurczę, czy nawet prosiaczka… Ale nie poprzestają na tym. Ludzi zginęło już wielu za sprawą ich kłów. To jednak jeszcze nic, gdyż watahę prowadzi bestia większa, niż kiedykolwiek żem widział. Potwór to, nie wilk...

— Bywają wilki mniejsze i większe.

— Nie aż tak… Wielkie to jak koń było. Kły grubości moich palców miało.

— I twym zdaniem, to pośmiertne wcielenie niedoszłego „Króla Północy”, zarządco?

— Z początku myślałem, iż to wilkor, ale nie widziano ich tu od dawien dawna...

Elmar akurat je widział. A nawet sześć wilkorów. Przebywając w Winterfell, gdzie Ned Stark ofiarował swym potomkom po jednym szczenięciu. Z tego co było mu wiadomo, cztery już nie żyły, a jeden znajdował się daleko na północy, w Czarnym Zamku. Zostawał więc ostatni...

Jak to szło? Szary Wicher, Duch, Kudłacz, Lato, Dama i Nymeria... O ile imiona pamiętał, to przypasować ich do właścicieli już nie potrafił.

— Ale nie… — ciągnął staruszek. — Dopiero jak plotki się potwierdziły, uwierzyłem. Widziano rosłego męża z wilczą głową, miast ludzkiej. Zjawę z innego świata… Tam gdzie on, tam krew, ogień i śmierć. Raz w ciele wilka, raz w ludzkim. Wrócił po zemstę, klnę się na moją matkę, że przyjdzie nam zapłacić za straszliwą zbrodnię, której dopuszczono się w Bliźniakach!

Człowiek z wilczą głową. O ile wilkor brzmiał w miarę wiarygodnie, tutaj Elmar nie dał krzty wiary zarządcy. Nie miał jednak chęci ani czasu żeby spierać się o wiarygodność tej opowieści. Po posiłku, zaskakująco ożywiony, mimo późnej pory, Forren zabrał go na zewnątrz. Pokazał mu dokonania tych „zjaw”. Jak się okazało, wyrwy w palisadach od strony lasu nie był dziełem mieszkańców Iglicy. Potem obejrzeli odrażające truchła zwierząt hodowlanych. Okrutnie poszarpane, większość pozbawiona kończyn, lub z wnętrznościami poza tułowiem… Ludzkich ciał nie widział, a jedynie mogiły im usypane. Dokładniej mówiąc, piętnaście mogił.

— Tego nie uczyniło zwierzę ni  człowiek… — rzekł posępnie starzec — To dzieło potwora.

Elmar przez chwilę milczał zamyślony. Wpatrywał się w oświetlone pochodnią groby i dopiero po paru minutach zorientował się, iż Forren przygląda mu się z ciekawością.

— Snow… Bękart z północy? — zarządca zaskoczył go dość oczywistym pytaniem. Elmar był świadom, że to nazwisko kojarzy się z dwoma osobami. Do pierwszego, przylgnęła już łatka „syna zdrajcy”, a bękart Lorda Boltona… Widział, co uczynił z Theonem Greyjoyem. To wystarczyło, by wyrobić sobie opinię o Ramseyu Snow.

— Moim ojcem jest Arthor Karstark — odparł bez emocji w głosie.

— Widać — Forren uśmiechnął się tajemniczo. — Silna budowa, oczy ciemne, tak jak i włosy. Masz ich krew, synu. Krew wilków płynie w twych żyłach. Czy tego chcesz, czy nie.

— Zajmę się tymi wilkami — Elmar zignorował uwagę zarządcy. — W imieniu Lorda Boltona, z którego rozkazu tu przybyłem. Jedyne czego potrzebuję, to pełen kołczan i łuk. Macie jakieś pojęcie, w których częściach lasu porusza się stado?

— Nie, ale bez obaw. Same cię odnajdą.

                                                                                      *

Łuk był cisowy, długi na trzy stopy. Cięciwa z końskiego włosia i owinięty materiałem majdan dobrze wpasowujący się w dłoń. Broń wydawała się solidnie wykonana. Otrzymał też skórzany kołczan, zawierający dwadzieścia strzał z jaskrawo żółtymi lotkami. Było dość chłodno, dlatego przed wyruszeniem w drogę przywdział gruby, wełniany kaftan, rękawice i lniany kaptur. Za pasem miał sprawdzony w boju miecz. Tylko tyle było mu trzeba. Wyruszył dwie godziny przed świtem. Spać nie mógł, a w każdym razie niezbyt długo. Nie obudził swych kompanów. Nie potrzebował ich. Naturalnie Oczka również nie zabrał. Spłoszona szkapa była ostatnim czego potrzebował. Tylko on, las i dzikie wilki. Nie czuł lęku. To on był łowcą, a one zwierzyną. Pewnie kroczył po leśnej ściółce. Noc była jeszcze ciemna i cicha. Czasem zahukała sowa, a wiatr zaszeleścił gałązkami drzew. Elmar Snow oddychał pełną piersią. Był łowcą, ale nie głupim. Nie zamierzał samotnie wybić całej watahy. Wystarczył jeden celny strzał. Przywódca stada, rzekome wcielenie Robba Starka. Tylko jego krew musiał przelać. A jeśli faktycznie jest wilkorem? Tym lepiej. Jego wielki łeb przyniesie zarządcy w podarku. A może nawet weźmie trofeum z sobą do Dreadofrt? Zabicie takiej bestii na pewno przyniosłoby mu sporo sławy.

Szary Wicher, Duch, Kudłacz, Lato, Dama, Nymeria...

Dotarł do małego potoku. Obmył twarz i wyprostował się powoli. Choć nie widać było słońca, zaczynało się rozwidniać. Zapowiadał się kolejny pochmurny dzień. Może nawet deszczowy. Biorąc pod uwagę nadchodzącą zimę, to i tak nie było najgorzej. Na twarzy Elmara zagościł lekki uśmiech. Częściowo dlatego, że w końcu dopasował sobie imiona wilkorów do ich właścicieli. Ale nie to było głównym powodem satysfakcji i przypływu emocji.

Szary Wicher zginął w Bliźniakach, razem z Robbem...

Wyciągnął strzałę z kołczanu.

Damę zarżnięto z rozkazu królowej Cersei...

Nałożył ją na cięciwę i wyprostował plecy.

Lato i Kudłacza, załatwił Greyjoy. Duch jest na Murze...

Łuk zatrzeszczał cicho wyginając się. Pióra lotki łaskotały jego prawy policzek.

Zatem ty jesteś Nymeria...

Stała z osiem stóp od niego, po drugiej stronie potoku. Musiał oddać nieco honoru Forrenowi. Wilkorzyca była naprawdę olbrzymia. Nie widział jednak innych stworzeń w okolicy. Była sama. Uniosła powoli łeb. Wyczuła jego obecność. Skierowała na niego świdrujące, lśniące ślepia. Zachował zimną krew. Uspokoił oddech, mrużąc lekko oczy. Przyciągnął cięciwę aż do kości policzkowej. Palce lewej dłoni zacisnął mocniej na majdanie.

Wilcza krew… Czas ją przelać.

— Panie!

Strzała ze świstem wbiła się w pień drzewa. Wilkor obrzucił ją spokojnym spojrzeniem, po czym nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku, odwrócił się i zniknął w gąszczu. Elmar zaklął i odwrócił się w kierunku, z którego dobiegł krzyk. Rozbrzmiał tętent kopyt, a z pomiędzy drzew wyłonił się Theomar… A może Patt? W każdym razie jeden z nich. Dosiadał swego siwka, a za uzdę ciągnął za sobą Oczko.

— Och, jak dobrze że cię znalazłem, panie!

— Obyś miał dobry powód, durniu! — Elmar nie krył rozczarowania i wściekłości. Był o włos od ubicia bestii. Zaniepokoił się jednak, gdy spostrzegł ślady krwi na końskim boku.

— Co się dzieje?

— Wioska… — wysapał jeździec. — Wioska płonie!

                                                                                       *

Oczko wylewał z siebie siódme poty, cwałując przez las. Gałązki mijanych drzew bezlitośnie obdrapywały Elmarowi twarz. Było już dość widno, acz szaro i ponuro. W powietrzu unosił się gryzący swąd dymu, ostrzejszy z każdym krokiem przybliżającym ich do Iglicy.

— Kto zaatakował wioskę? — musiał krzyczeć, by przebić się przez hałas końskich kopyt.

— Bractwo Dondarriona?

— Nie wiem. Gdy zaczął się atak, umknąłem do stajni i ruszyłem cię szukać, panie. Chwała bogom, udało mi się szybko trafić na twój trop. Theomar nie żyje. Jechał za mną, ale… Strzała przeszyła mu czaszkę.

A więc jednak Patt...

— Żadnych oznaczeń? Chorągwi?

— Owszem, ale nie sugerowałbym się nimi. Widziałem zarówno Lannisterskiego lwa, jak i wilkora Starków. Kilka bliźniaczych wież Freyów i jeleni Baratheonów. Tarcze i odzież skradzione z trupów, jak mniemam.

Wrony zaczęły swą ucztę...

— Jesteś chociaż w stanie ocenić liczebność wroga, Patt? W przybliżeniu?

Chłopak potrzebował paru chwil na odpowiedź. Byli coraz bliżej wioski, czego dowodziły coraz gęstsze kłęby dymu, płynącego z naprzeciwka. Oczko parsknął głośno i przyśpieszył, popędzony przez Elmara.

— Dziesięciu, przynajmniej… Nie więcej niż dwunastu. Ale tyle wystarczyło. W Iglicy garnizon straży liczył ze dwa razy mniej ludzi. Panie… — chłopak zająknął się — co zamierzasz? Dwóch, przeciw tuzinowi? To raczej kiepski pomysł...

Pomysł godny legend. Elmar uśmiechnął się w duchu. Jednak Patt mu uświadomił, że do tej pory nie zastanawiał się, co zrobią, gdy dotrą do wioski. A była to kwestia warta przemyślenia.

— Zaskoczenie może być naszą najlepszą bronią! — Wydobył z pochwy miecz. Ich oczom zaczęły ukazywać się zarysy palisady. Za nią były już tylko dym i płomienie. Kątem oka dostrzegł blednące oblicze towarzysza.

— Trzymaj się blisko mnie! — próbował dodać otuchy przestraszonemu kompanowi. — Dobądź broni, Patt!

Co ja wyprawiam? Na bogów, Elmar, zawróć… Wracaj do Dreadfort. Uciekaj...

Przytłumił głos czegoś, co mogło uchodzić za rozsądek. Nie, nie zamierzał go słuchać. To była jego chwila. Jego szansa.

Oczko przedarł się przez wyrwę w palisadzie. Siwek Patta podążył za nim. Widoczność była znikoma. Gdy spojrzał w górę nie widział nawet nieba. Przez dym przenikał tylko blask ognia, płacz dzieci i krzyki kobiet. Dostrzegł też zwłoki pod końskimi kopytami. Elmar z trudem powstrzymał kaszel. Przetarł podrażnione oczy kciukiem. Chwila nieuwagi, która sporo go kosztowała. Usłyszał tylko świst i przerażające kwilenie. Oczko stanął dęba, zrzucając jeźdźca na ziemię. Bolesny upadek pozbawił Elmara tchu na dłuższą chwilę. Zachował jednak czysty umysł i przetoczył się przez bark. W samą porę, bo jego wierzchowiec runął tuż obok. Elmar podniósł się na kolana i chwycił rękojeść upuszczonego miecza. Jak przez mgłę, widział konającego gniadosza. Strzała sterczała z pyska broczącego krwią. Oczko drżał w konwulsjach, przewracając oczami w przerażeniu.

Wybacz...

Szybkim cięciem zakończył jego męki. Ciało rumaka znieruchomiało. Elmar wstał z klęczek i uniósł ociekającą krwią klingę. Nie widział Patta. Nic nie widział. Kroczył powoli przed siebie, zachowując najwyższą ostrożność. Kręciło mu się w głowie, a kość ogonowa promieniowała bólem. Wtedy go dostrzegł. Z oparów wyłoniła się sylwetka wysokiego męża, zaciskającego obie dłonie na wielkim mieczu. Zamrugał powiekami. Chyba śnił...

Jego głowa… To nie była ludzka głowa. Wilk. Wilcza głowa. Na bogów, Robb Stark wrócił. Robb Stark wrócił, by nas ukarać!

Nie miał czasu na myślenie. Z dymu wyłonił się ktoś inny, zobaczył frunące ku niemu ostrze topora. Sparował je mieczem. Odskoczył do tyłu, by uniknąć kolejnego ataku i skontrował. Krok w prawo, krok w lewo i cięcie z góry. Uderzył prosto między obojczyk a szyję. Poczuł, jak klinga gruchocze kość przeciwnika. Mężczyzna upadł, trysnęła krew. W tej samej chwili człek z wilczą głową rzucił się na Elmara. Pierwsze dwa ciosy olbrzymiego miecza zdołał odbić. Trzeci drasnął go w udo, gdy próbował wykonać unik. Krzyknął z bólu i uniósł odruchowo broń, by sparować kolejne cięcie. Spodziewał się, że przyjdzie z góry. Mylił się. Potężny sztych przeszył mu trzewia. Poczuł, że ostrze przeszło na wylot, by po krótkiej chwili się wycofać. Miecz wypadł Elmarowi z dłoni. Upadł na plecy, krztusząc się krwią. Człowiek o wilczej głowie pochylił się nad nim. Teraz dopiero Elmar zorientował się, że nie była to głowa. To był hełm. Hełm w kształcie psiego pyska.

Nie znoszę zwierząt… Szalona myśl u konającego. Gdyby był w stanie, pewno zaśmiałby się gorzko.

— Kto to? — głos napastnika był niski i zachrypnięty. Za jego plecami, pojawiła się inna sylwetka. Przemówiła głosem Patta.

— Nikt. Człowiek Boltona, ale nikt ważny. Szukać go nie będą. Okupu nie dadzą. Szkoda czasu.

Patt, nie… Nie, nie, nie… Nie „nikt”...

— Wykończ go, Kąsacz. Nic tu po nas – rzucił beznamiętnym głosem Patt.

Elmarowi zrobiło się strasznie zimno. Może to były halucynacje, ale człowiek zwany Kąsaczem chyba nie miał nosa. Widział jego oczy. Szalone, ciemne jak noc oczy. Nie mogę umierać jako nikt… Nazywam się...

Kąsacz zrzucił hełm i ze zwierzęcą dzikością wgryzł się Elmarowi w gardło. Pochłonęły go ból i ciemność. Krew zalewała wszystko. Wilcza krew.

Nazywał się Elmar Snow.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje