Reklama

Gra o Tron - konkurs

Reklama

Trzask pękającego lodu, wrzask, uczucie pustki pod nogami, ciemność i rozdzierający serce strach. Te wszystkie odczucia udało mi się zarejestrować w ciągu zaledwie sekundy, choć miałem wrażenie, że czas spowolnił swój galop do powolnego stępa, wydłużając się w nieskończoność.
Następnie pojawiła się dojmująca cisza. Umarłem? Ta pierwsza myśl przedarła się przez mgłę spowijającą mój umysł. Potem pojawił się ból. Ach, więc jednak żyję, pomyślałem z przekąsem.
Starałem się poruszyć, jednak moje ciało odmawiało jakiegokolwiek posłuszeństwa – zupełnie, jakbym próbował poruszyć umysłem martwą kukłę znajdującą się całe kilometry od mojej zacnej osoby. Powoli, po zdawać by się mogło wieczności, otworzyłem oczy. Zamrugałem gwałtowanie kilkanaście razy, chcąc pozbyć się mroczków sprzed mojego wzroku – gdy w końcu mi się udało, zobaczyłem napierającą zewsząd biel, delikatnie zabarwioną niebieską poświatą. Cholera! Zapadłem się pod śnieg! Chcąc się opanować klaustrofobiczne uczucie, które mnie wypełniło, przełknąłem ślinę i starając ruszać jak najmniej, krzyknąłem. Cóż, a właściwie chciałem, bo gardło miałem tak ściśnięte i wyschnięte ze strachu, że równie dobrze moglibyście wepchnąć mi weń kałdun waty i dopiero wtedy kazać krzyknąć. Potrzebowałem zwilżyć gardło, a cóż, jedyną wodą, którą miałem pod dostatkiem, była w stanie, powiedzmy, nadającym się raczej do gryzienia aniżeli picia. O dziwo miałem trochę miejsca do manewru, więc zeskrobałem garstkę śniegu, ociepliłem nieco w dłoniach i tak przygotowaną kulkę włożyłem do ust, ssąc niczym cielak pierwsze mleko matki.
Zęby zawyły w proteście, skrzywiłem się więc i przełknąłem lodowatą kulę, gwałtownie czerpiąc powietrza, gdy uczucie zamarzania przełyku i płuc stało się wręcz bolesne. Odkaszlnąłem i zacząłem krzyczeć. Po chwili usłyszałem ciche skrzypienie śniegu, zamarłem więc w bezruchu. Znaleźli mnie! Na starych i nowych bogów, znaleźli! 
Zacząłem się maniakalnie śmiać, gdy zobaczyłem pierwsze przebłyski światła i mokry nos wielkości mojej pięści. Duch! A więc moi bracia są tuż za nim. Jestem uratowany!
Po zawziętym kopaniu wilkora Jona Snowa, udało mi się wystawić głowę znad lodowej pułapki i wbić kolano w coś, co spowodowało, iż z mojego gardła wydobył się jęk dojmującego bólu. Czym prędzej zerwałem się i wypełzając zdecydowanie w mało bohaterski sposób, wydostałem się na powierzchnię.
Przewróciłem się na plecy i zamarłem. Z mojego kolana wystawał wielki kawał czarnego…właśnie. Czego? Nigdy nie widziałem czegoś takiego, więc uznajmy, że przypominało to czarny, lekko przezroczysty kawał krzemienia. W każdym razie, ten kawał czegoś, jak postanowiłem go nazwać, wbił się bezczelnie w moje kolano i, sądząc po bólu, zatrzymał na kości.
Pięknie, pomyślałem. Po prostu pięknie się załatwiłeś, panie Dorianie. Poczułem mokre szturchnięcie w kark. Odwróciłem się i spojrzałem wprost w oczy wielkości jabłek i o równie intensywnym, szkarłatnym odcieniu. Oparłem czoło o pysk Ducha, czując powoli skutki odpływającej adrenaliny, a zbliżający się szok pourazowy. Wiedząc, że mam mało czasu, rozejrzałem się w poszukiwaniu innych braci  z Nocnej Straży. Nikogo nie było. Żadnego z Kruków. Wpadłem w panikę i zapomniałem o czymś wbitym w moją nogę, więc pomysł zerwania się z ziemi był wyjątkowo durny. Krzyknąłem i zapadłem się głębiej w śnieg. Przez czerwoną mgłę bólu spowijającą mój umysł przedarł się nerwowy pisk Ducha, co zdecydowanie mnie otrzeźwiło. Gdy wilk wielkości konia zaczyna piszczeć ze strachu, ból pozostaje najmniejszym problemem, jaki masz na głowie, uwierz mi na słowo.
Podsunął mi swój łeb, objąłem go ramieniem i powoli stanąłem na zdrowej nodze, rozglądając się czujnie wokół.
W pobliżu widać było ślady wyłącznie dwóch istot: moich i Ducha. A więc to on mnie usłyszał, a nie Jon lub któryś z braci, nadal byłem sam. Tak właściwie byłem sam od pięciu dni, podczas których błąkałem się po pustyni śniegu,   wyprzedając grupę jako zwiadowca i szukając śladów zimnych ludzi, którzy zaatakowali na Murze nie tak dawno  Jeora Mormonta, naszego komandora dowódcy. Cóż, śladów nie znalazłem, udało mi się za to zgubić, porządnie zmarznąć, zakopać w zaspie i nawet zatęsknić za Murem i parszywymi gębami innych Kruków. Doczłapałem uczepiony sierści Ducha aż do jaskini, która była moim celem, zanim coś trzasnęło mi pod stopami i zapadłem się pod wieloletnią warstwę śniegu, zanim znalazł mnie wilkor. Zajrzałem nieufanie do środka; byłem poza Murem na terenie należącym do Dzikich i nie miałbym szans ujść z życiem, gdyby w jaskini znalazł się chociaż jeden z nich – a na pewno nie w tym stanie. Jednocześnie miałem nadzieję, iż jest na tyle głęboka, bym mógł rozpalić ogień nie zwracając na siebie uwagi dymem.  Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, Duch zniknął w środku, by po chwili wrócić radośnie merdając ogonem. Uznałem to za okoliczność sprzyjającą i wszedłem do środka.  Moja kryjówka była na tyle głęboka, iż spokojnie mogłem rozpalić ogień i zagotować wodę. Bogowie najwyraźniej mieli nade mną pieczę, bo w jaskini było pełno chrustu i śniegu w kątach, a moja hubka i żywność nie zamokła.
Z łukiem było trochę gorzej, ale parę poprawek i byłem w stanie go naprawić. Najgorzej przedstawiała się sytuacją z ranną nogą – wiedziałem, że jak najszybciej muszę ją opatrzyć, co nie zmienia faktu, iż perspektywa wyciągania kawałka czegoś z kolana, zszycia i opatrzenia rany bez makowego mleka, nie wydawała mi się zbyt zachęcająca.
Zagotowałem wodę, wrzuciłem do niej kilka kawałków szmat odciętych z ubrania, ciesząc się jednocześnie, że płaszcze nocnej straży są tak ciepłe,  iż nie zrobi to żadnej różnicy. Musiałem wyciąć kawałek materiału spodni, by widzieć ranę- zdjęcie ich nie było zbyt mądrym pomysłem, nawet gdyby 10cm kawał czegoś mi tego nie uniemożliwiał. Przetarłem ranę jak najdelikatniej lodem mając nadzieję na choć minimalne znieczulenie skóry, złapałem za niechcianego lokatora mojej nogi i pociągnąłem z całej siły.
Chętnie bym napisał, co wydarzyło się dalej, lecz ból był tak powalający, iż straciłem przytomność, zanim jakikolwiek odgłos zdążył wydobyć mi się z gardła.
Gdy się obudziłem, Ducha nie było w pobliżu, ogień dalej wesoło trzaskał, moja noga była opatrzona i usztywniona,  a odwrócony plecami do mnie siedział Dziki. Sądząc po pochylonej pozie, spał. W gorączce nie przyszło mi na myśl zastanawianie się, czemu ów Dzikus mnie nie zabił, rozpoznając we mnie znienawidzonego Kruka – chciałem przeżyć za wszelką cenę, a to oznaczało wyeliminowanie potencjalnego zagrożenia. Cóż, lepszej szansy bym  nie miał, więc po cichu wyciągnąłem krótki nóż, szykując się do rzucenia nim prosto w kark mojego niechcianego kompana. Mój nadgarstek zamarł w połowie celu, gdyż zauważyłem znajomą rozwichrzoną czarną czuprynę loków, wystającą zza kołnierza. Niemożliwe… A jednak, nikt inny nie mógłby mieć włosów o tak głębokiej czerni. Odkaszlnąłem i wychrypiałem jedno imię, które wydało mi się zbawieniem i majakiem sennym:
-Jon?
Postać w łachmanach Dzikich powoli się otrząsnęła i odwróciła moją stronę, by ukazać mi wiecznie nieszczęśliwe oblicze mojego brata z Nocnej Straży, bękarta Neda Starka: mojego najlepszego przyjaciela, Jona Snowa.
Odetchnąłem z ulgą, przed oczami zakwitła mi cała gama kolorów, a tuż przed ponowną utratą świadomości, zdołałem zobaczyć wesoły,  drapieżny uśmiech Jona w odpowiedzi na moje słowa:
- Cholerny bękarcie, dobrze cię widzieć!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje