Reklama

Katarzyna Ucherska o "Twoja Twarz Brzmi Znajomo": Nie ma ani chwili wytchnienia!

Pochodząca z Nowego Sącza Katarzyna Ucherska od kilku lat udowadnia, że jest świetną aktorką. Gra zarówno w Teatrze Ateneum, jak i w wielu popularnych serialach. Serce telewidzów skradła w "Dziewczynach ze Lwowa". Od jakiegoś czasu widzowie mają okazję podziwiać ją w 13. edycji programu "Twoja Twarz Brzmi Znajomo".

Na antenie Polsatu oglądamy właśnie nową edycję programu "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Co ją wyróżnia?

- Z pewnością duża różnorodność. W programie występują świetni aktorzy i wokaliści. Każdy z nas jest zupełnie inny i myślę, że to jest w tym programie najciekawsze. Każdy odcinek to zupełnie nowy repertuar i inna metamorfoza. Będzie show!

Występy muzyczne to dla pani nowość. Ciężko było się w tym odnaleźć?

- Już zdążyłam się z tym oswoić. Jest to praca w pełni odtwórcza, a nie twórcza. Do tej pory dostawałam tekst, a interpretacja i wypełnienie tego treścią i formą zależało ode mnie. Tutaj muszę swoje ciało oddać bohaterowi, w którego się wcielam. Szczególnie gdy jest to postać kultowa, muszę odtworzyć go jak najwierniej, aby nie oszukać odbiorcy. Sama czuję, że spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność, aby oddać artyście należyty honor. Jednocześnie jest to mieszanka zadań aktorskich z wokalnymi. To wszystko tworzy obraz wspaniałej przygody zawodowej.

Reklama

W programie oceniają was jurorzy. Czy zdarza się wiele nieprzychylnych komentarzy z ich strony?

- Nigdy nie zdarzają się niemiłe komentarze ze strony jurorów. Są to ludzie z klasą. Każdy z nich reprezentuje inny rodzaj pracy artystycznej. W sztuce nie da się niczego ocenić wymiernie. Każdy juror, ponieważ jest artystą, przepuszcza przez siebie to, co widzi. Na planie każdy odnosi się do siebie z szacunkiem, a ocenie podlegają nasze wykony, a nie my sami, to chyba jasne. Panuje atmosfera artystycznej pracy, dlatego nawet po występach trwają ciekawe i inspirujące dyskusje.

Co sprawia pani największą trudność w programie?

- Zdecydowanie przejście z sali prób na scenę. Wtedy realia się bardzo zmieniają. Z takiego intymnego spotkania z trenerem wokalnym robi się występ. W bardzo krótkim czasie trzeba się przestawić. Sprawia mi również trudność obcowanie z maskami. One krępują mimikę i mój wyraz twarzy. To wszystko jest dla mnie nowe. Premiera jest co tydzień i szczerze przyznam, że nie ma ani chwili wytchnienia!

Popularność zdobyła pani głównie dzięki roli Olyi w serialu "Dziewczyny ze Lwowa". Czuje pani, że dzięki tej kreacji zmieniło się pani życie zawodowe?

- Ta rola wzbogaciła moje życie o nowe doświadczenia zawodowe i dawała mi poczucie spełnienia i radość. A w szerszym kontekście na pewno utwierdziła mnie w przekonaniu, że granice (terytorialne) są tylko sztucznym tworem, bo ludzkie przeżycia - dążenia, marzenia, problemy, radości - są takie same w każdej człowieczej jednostce.

A teraz w jakich produkcjach możemy panią zobaczyć?

- Właśnie skończyłam kręcić Teatr Telewizji, będzie to sztuka Aleksandra Fredry pt. "Rewolwer" w reżyserii Wojciecha Adamczyka ze wspaniałymi rolami m.in. Sławka Grzymkowskiego, Lidii Sadowej i Modesta Rucińskiego. Pod koniec sierpnia rozpoczęłam w Teatrze Ateneum próby do "Alicji w Krainie Czarów" w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego. W roli głównej będę występowała na zmianę z Julią Konarską, a premiera zaplanowana jest na początek listopada.

No właśnie, jest pani od wielu lat związana z teatrem. Gdzie czuje się pani swobodniej, na scenie czy przed kamerą?

- Na to powtarzające się pytanie nie ma dobrej odpowiedzi i chyba nigdy jej nie udzieliłam. Najlepiej się czuję, kiedy wykonując swoją pracę mogę się rozwijać. Zarówno na planie, jak i w teatrze są ku temu możliwości. Wszystko zawsze zależy od materiału, nad którym pracuję i ludzi, z którymi współtworzę. Scena i widownia sprawiają, że "tu i teraz" dzieje się magia, wyruszamy we wspólną podróż i ten pociąg odjeżdża tylko raz. Przed kamerą ważna jest elastyczność na uwagi reżysera i gotowość na zmiany, które często wywracają do góry nogami moje wyobrażenia na temat danej sceny. W teatrze są wielotygodniowe próby, które dają większy komfort, podczas gdy na planie odbywa się głównie ustalanie pozycji względem partnerów i kamer, a wypełnienie tego już należy do mnie, co wymaga dużej sprawności. Na scenie używam innych środków wyrazu niż przed kamerą. I te różnice mogłabym tak wymieniać, jednak obie te aktywności w moim zawodowym rozwoju wspaniale się uzupełniają.

Jak rozpoczęła się pani droga do aktorstwa?

- Do końca gimnazjum brałam udział w zajęciach teatralnych pod opieką pani Basi Margasińskiej. Następnie zaangażowałam się do amatorskiego Teatru Robotniczego w Nowym Sączu, w tym samym czasie przygotowując się do egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej. Pomógł mi w tym wspaniały aktor, reżyser, coach - Dariusz Starczewski, na co dzień związany z Teatrem Bagatela i Teatrem STU w Krakowie. Zadebiutowałam u niego w sztuce "Genomgnom" rolą Anny i w tym samym czasie zdałam do Akademii Teatralnej w Warszawie, po trwających trzy tygodnie egzaminach wstępnych.

Gdyby nie aktorstwo, to...

- Wtedy nie było planu B. Gdybym miała jeszcze kilka żyć, to chciałabym być lekarzem, astronautką, pilotem, przewodnikiem tatrzańskim, gwiazdą rocka, podróżnikiem (ale pewnie na czyimś utrzymaniu), dziennikarką, archeologiem.

Czego sobie pani życzy?

- Mam marzenie, żeby już nigdy żaden kataklizm nie pozbawił pracy ani mnie, ani moich kolegów, ani nikogo w ogóle. Chciałabym pracować w gronie najlepszych artystów, tak jak do tej pory, opowiadać piękne ludzkie historie i przeżywać je razem z widzami. Mam wiele wymarzonych ról i liczę, że wystarczy mi na nie wszystkie życia [uśmiech - przyp. red.].

Aleksandra Wojtanek/AKPA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy