Pajęczyna
Ocena
serialu
8,4
Bardzo dobry
Ocen: 11
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Mateusz Banasiuk zaskoczył wyznaniem! Zdradził, kogo się boi

Mateusz Banasiuk to ostatnio jeden z najbardziej zapracowanych polskich aktorów. Widzowie mogą go oglądać w nowych produkcjach, zarówno na małym, jak i na dużym ekranie. W ostatnim czasie wcielił się w Dawida w głośnym filmie "Furioza" oraz porucznika Tadeusza Mroza w nowej produkcji Playera - "Pajęczyna". W ostatnim wywiadzie opowiedział o najnowszych rolach i wyjawił, przed kim w życiu odczuwa największy lęk.

Choć nie ma jeszcze czterdziestu lat, jego dorobek zawodowy wygląda imponująco i różnorodnie. Mateusz Banasiuk lubi wyzwania, zarówno te aktorskie, jak i sportowe. Jest wielokrotnym Mistrzem Polski Aktorów w pływaniu, tańczył z gwiazdami i zmieniał wokalne twarze.

Beata Banasiewicz, AKPA: Dziesięć lat temu ukończyłeś Akademię Teatralną w Warszawie. Widzowie znają Cię z dwóch codziennych seriali - "Barwy szczęścia" i "Pierwsza miłość". Niedawno dostałeś rolę w "Furiozie", która wymagała spektakularnej, fizycznej metamorfozy, a teraz przenosisz się w czasy PRL-u, by zagrać porucznika Tadeusza Mroza, w serialu "Pajęczyna". Jeśli dodać do tego liczne spektakle teatralne oraz koncerty Lawiny, jesteś naprawdę rozchwytywanym artystą.

Mateusz Banasiuk: - Sporo fajnych rzeczy zrobiłem jeszcze przed szkołą albo w trakcie studiów. Miło wspominam film "Wszystko, co kocham" w reżyserii Jacka Borcucha. Nakręciłem też kilka spektakli Teatru Telewizji, gdzie zagrałem główne role, więc działo się u mnie sporo jeszcze przed dyplomem. Ale, tak, na taką rolę jak w "Furiozie" aktorzy czekają całe życie.

Ile zajęło Ci przygotowanie roli Dawida?

- To było pięć miesięcy intensywnych treningów, zmiana stylu życia, diety, nawyków, postawy, myślenia, by urodzić takiego bohatera, jak Dawid, ale dla nas aktorów to pożywka. Cieszę się, że dostałem taką szansę. Mogłem dokładnie przemyśleć, jak chcę go poprowadzić. Miałem czas, by trochę z nim pobyć, ale też z Dziką i Goldenem, których stworzyli Weronika Książkiewicz i Mateusz Damięcki. To niewątpliwie komfort pracy w dzisiejszych pędzących czasach i rozpędzonych planach.

Reklama

A z czym siadałeś do czytania scenariusza "Pajęczyny"? Co Cię w nim zainteresowało?

- To również było wyzwanie, dlatego że mundur, lata 70-te, wymagają innego zachowania, innych środków wyrazu. Jednak współczesność to luz, nonszalancja, swoboda, a w wojsku wiadomo - obowiązuje hierarchia, dyscyplina słów, kroków, gestów. W dodatku niższy stopień wymaga posłuszeństwa i bezwzględnego wykonywania rozkazów. Kiedy ma się jako szefową piękną, ambitną panią kapitan to jest wyzwanie, myślę, dla każdego niepokornego faceta. A kiedy w końcu łączy Cię z nią prywatna relacja, aktorsko masz co kombinować. Kluczowa jest oczywiście moja partnerka, aktorka Michalina Olszańska, która gra Ewę, a z którą zawsze chciałem pracować. Byłem pod ogromnym wrażeniem jak twórcy przygotowali się do tego projektu, jaki zrobili research, dokumentację historyczną. Plan, scenografia, obsada - na każdym pionie ta produkcja robi ogromne wrażenie. W takim serialu chyba jeszcze nie grałem. Trudno nazwać "Pajęczynę" serialem. To zaledwie siedem odcinków, ale ogląda się go jak film pod wysokim napięciem.

Jednak to historia zamknięta, zagadka z rozwiązaniem. Wkurzyło Cię, że przed wejściem na plan dowiedziałeś się, kto zabił? To pomaga czy przeszkadza aktorowi w opowiadaniu historii kryminalnej?

- To, że wiedziałem jaki jest finał, nie przeszkadzało mi w tym, aby tego nie pokazywać na ekranie. Ale na początku twórcy dali nam do przeczytania tylko sześć odcinków! Uwielbiam zagadki kryminalne. Czytając scenariusz próbowałem więc zgadnąć, kto jest winny. Podobała mi się rola detektywa. Tak jest z serialami kryminalnymi, że każdy widz wchodzi w rolę detektywa i odkrywa karty. Twórcy zostawiają różne poszlaki, sugestie, kierunki, a widz decyduje którędy podąży. Mi się udało! Pod koniec odcinka szóstego odgadłem, kto stoi za tym wszystkim. Ciekaw jestem, czy widzom też uda się rozwikłać tę zagadkę.

Serial stoi silnymi, ambitnymi kobietami - Ewa, Teresa, Kornelia, Jagoda - a mężczyźni, mimo iż są na stanowiskach, to jednak odnoszę wrażenie, bledną i miękną na ich tle.

- Bardzo dobrze, że polskie kino się zmienia, że kobiety w filmie, na małym ekranie, na scenie przestają być tłem. Kobiety są osią, siłą napędową naszej historii. To one rozwiązują nitki tej pajęczyny, ale my też staramy się dotrzymywać im kroku (uśmiech- przyp. red.). To nie tak, że jesteśmy tylko osobami towarzyszącymi, od czarnej roboty. Ale rzeczywiście, jeśli wymienię nazwiska takie jak: Anna Radwan, Michalina Olszańska, Joanna Kulig, Magda Smalara, Liliana Głąbczyńska, Edyta Olszówka, to gramy w pierwszej lidze. Mamy też w obsadzie wyjątkowych, szalenie zdolnych, młodych ludzi, studentów, którzy dopiero wchodzą w ten zawód, z którymi miałem wielką przyjemność grania, spotkania, partnerowania.

Dla Ciebie rola jest jakąś granicą, którą lubisz przekraczać jako Mateusz Banasiuk?

- Uwielbiam postacie, które mogą, potrafią, robią coś, czego ja nie potrafię, czego nie miałbym odwagi zrobić, albo ich zachowanie czy decyzje są dalekie ode mnie prywatnie. Tadeusz na przykład jest wybuchowy, porywczy, brutalny, przemoc to jest sposób na rozwiązanie sprawy, podczas gdy ja jestem człowiekiem ugodowym. Uważam, że wszystko można załatwić rozmową, ewentualnie ucieczką (uśmiech - przyp. red.).

Boisz się czegoś?

- Dentystów, ale mój jest na szczęście sympatyczny.

Dziękuję za rozmowę.

AKPA
Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Banasiuk
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy