Reklama

Wotum nieufności

Ocena
serialu
7,5
Dobry
Ocen: 22
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Remigiusz Mróz o "Wotum nieufności": Ekranizacja przerośnie oczekiwania

14 października na platformę Polsat Box Go trafi pierwszy odcinek wyczekiwanego serialu "Wotum nieufności", stanowiącego ekranizację popularnej powieści Remigiusza Mroza. Obraz zapewni widzom wgląd w świat polityki na najwyższych szczeblach władzy. - Nie mogliśmy niestety zaanektować sejmu ani Pałacu Prezydenckiego… ale kto wie, może za sprawą tego serialu wywołamy polityczną rewolucję i sami się tam wprowadzimy? Drugi sezon moglibyśmy kręcić przy Wiejskiej i Krakowskim Przedmieściu bez żadnych przeszkód - mówi Remigiusz Mróz w rozmowie z Interią.

Sylwia Pyzik, Interia. Gdy na planie padł ostatni klaps, napisał pan na Instagramie: "szykuje się moim zdaniem najlepsza z ekranizacji - może nawet nie tylko tych dotychczasowych, ale i przyszłych, bo tę poprzeczkę będzie przeskoczyć naprawdę trudno". Czy teraz gdy serial jest już gotowy, podtrzymuje pan tę opinię?

Remigiusz Mróz: Podtrzymuje i podpisuję się pod nią wszystkimi kończynami. "Wotum nieufności" zawiesza poprzeczkę tak wysoko, że naprawdę nie wiem, czy jakiejkolwiek ekranizacji w przyszłości uda się ją przeskoczyć. Jest w tej produkcji wszystko to, na co czekaliśmy - scenariusze na najwyższym poziomie, wierność materiałowi źródłowemu i dbałość o wszystkie te szczegóły, które sprawiały, że z takim zapałem śledziliśmy losy makiawelicznych polityków. A do tego mamy świetną muzykę, niesamowitą reżyserię i kreacje aktorskie, które na długo zapadną w pamięć.

Reklama

Jak podoba się panu dobór obsady? Czy kreacje aktorskie Antoniego Pawlickiego i Katarzyny Dąbrowskiej, którzy występują w rolach głównych, wpisały się w to, jak wyobrażał pan sobie ich postaci?

- Antek Pawlicki właściwie nie miał do roli Hauera żadnego kontrkandydata - owszem, pojawiało się przy niej chyba najwięcej nazwisk, ale to właśnie on zgodnym zdaniem całej ekipy musiał dostać ten angaż. Podobnie jednomyślni byliśmy w przypadku Kasi Dąbrowskiej, choć problematyczne mogło okazać się to, że grała niedawno w innej mojej ekranizacji. Na castingu skradła jednak cały show i nie ulegało wątpliwości, że to jedyny słuszny wybór. Skojarzenia z poprzednią rolą pojawiały się też wśród widzów, ale kiedy tylko wypuściliśmy pierwsze zdjęcia z planu, stało się chyba dla wszystkich jasne, że mamy idealnych Hauera i Seydę. Zresztą nie tylko ich. Anka Mrozowska jest świetna w roli Bukowskiej, Leszek Lichota jest perfekcyjnym Hubertem, a Zofia Wichłacz daje prawdziwy popis jako Milena i ma chyba jedną najciekawszych ról w ostatnich latach. Ale co będę mówił, najlepiej przekonać się na własnej skórze.

Serial "Wotum nieufności" jest promowany jako polska odpowiedź na "House of Cards". Zgadza się pan z tą analogią?

- Zakładając, że pomijamy ostatni sezon, to wyjątkowo miły komplement. Ta produkcja właściwie postawiła całą globalną platformę streamingową, i zapadła w pamięci każdego, kto nałogowo pochłania seriale. W trakcie tych bardziej udanych pięciu sezonów wspinano się na wyżyny aktorskie, realizacyjne i scenopisarskie, więc jeśli rzeczywiście takie skojarzenie wśród widzów wystąpi, myślę, że wszyscy będziemy zaszczyceni. Poza tym odnoszę wrażenie, że brakowało w Polsce takiego serialu - mieliśmy wprawdzie swego czasu pewne podejścia, ale nie ukazywały tak dobitnie politycznej kuchni, parlamentarnych kulis, mrocznych zaułków prezydentury i interpersonalnych wojen, które rozgrywają się w życiu partyjnym. A czasem wręcz stanowią jego rdzeń.

Wspomniał pan także, że lokalizacje powieściowe w przypadku tego serialu "rzeczywiście pojawiają się na ekranie i same w sobie stają się bohaterami". Czy ma pan swoje ulubione miejsce, które "zagrało" w tym serialu?

- Zdecydowanie Łazienki Królewskie. Biegam tam codziennie, więc znam każdy kąt i traktuję je trochę jak własne podwórko - niesamowitym przeżyciem było wejście tam z kamerami i kręcenie scen, które niegdyś widziałem tylko w wyobraźni. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że to zrobimy - stawiałem raczej na to, że jakiś inny park lub zalesiony teren odegra tę rolę, bo logistycznie nie było to łatwe do zorganizowania. Producentom jednak zależało na tym, by pokazać realne miejsca z książki, jeżeli tylko istniała taka możliwość - co ogromnie doceniam, bo nie zawsze podobna gotowość występuje. Nic więc nie udaje Łazienek, placu Trzech Krzyży czy innych lokacji, które przewijały się przez karty książek. Nie mogliśmy niestety zaanektować sejmu ani Pałacu Prezydenckiego... ale kto wie, może za sprawą tego serialu wywołamy polityczną rewolucję i sami się tam wprowadzimy? Drugi sezon moglibyśmy kręcić przy Wiejskiej i Krakowskim Przedmieściu bez żadnych przeszkód.

Co szczególnie urzekło pana w serialu "Wotum nieufności"? Czy jest coś, co wyróżnia tę ekranizację na tle innych, które powstały na podstawie pana książek?

- Odwaga realizacyjna i swoboda w jej rozwijaniu. Dostaliśmy od Polsatu szerokie spektrum możliwości działania - mam wrażenie, że przy każdej poprzedniej produkcji twórcy na to czekali, a tutaj wreszcie mogli z tego skorzystać. Już po pierwszym spotkaniu w stacji widziałem, że wszyscy traktujemy to jako coś naprawdę wyjątkowego, co zasługuje na odpowiedni rozmach - i widać to doskonale na ekranie. Ta produkcja sprawia wręcz monumentalne wrażenie. Właściwie z miejsca mogłaby zostać przeniesiona na ekran nie tyle telewizora, ile kina, bo jest kręcona w sposób absolutnie wyjątkowy. Jest trochę jak ożywione obrazy Beksińskiego.

Jako pisarz ma pan pełną kontrolę nad swoim dziełem. W ekranizacji oddaje ją pan w dużej mierze filmowcom. Jakie to uczucie?

- Bardzo przyjemne, bo zasadniczo nie muszę już nic robić. Mówiąc jednak całkiem poważnie - jest w tym coś osobliwego, bo historia, która dotychczas była moja, staje się teraz tworzywem dla innych. Ale to naturalny proces, z którym oswaja się każdy pisarz. Jeżeli bowiem dana książka funkcjonuje na rynku już od pewnego czasu, poczucie osobliwości stopniowo się zmniejsza - opowieść żyje już przecież w umysłach czytelników, a więc staje się pewnym wspólnym tworem. Autor ma świadomość, że traci do niej prawo wyłączności. I to w gruncie rzeczy całkiem przyjemne - szczególnie przy ekranizacji, bo dopóki nie obmyślimy, jak wniknąć w czyjąś głowę, to jedyny sposób, by zobaczyć, jak dane postacie i zdarzenia wyglądają w czyimś umyśle.

Zdarza się panu ingerować w pracę filmowców? A może wręcz przeciwnie - traktuje pan ekranizację jako pewną interpretację swojego dzieła i oddaje pełnię władzy twórcom zza kamery?

- Staram się w ogóle nie ingerować, chociaż lubię być na bieżąco z tym, co dzieje się na planie. Ostatecznie wszystko zależy od tego, z kim pracuję - z reżyserem "Wotum nieufności", Łukaszem Palkowskim, znamy się od lat, więc nawet kiedy staram się władować z buciorami na jego podwórko, ma on pewność, że mu tam nie nabrudzę. Ja z kolei mogę spokojnie oddać w jego ręce historię, bo mam do niego pełne zaufanie i wiem, że ulepi z niej rzecz na najwyższym poziomie.

W samym 2021 roku sprzedał pan ponad milion książek. Banałem będzie stwierdzenie, że ma pan rzeszę wiernych fanów. Jednak czytelnicy mają wysokie wymagania wobec ekranizacji, czasem bywają wobec nich krytyczni. Czy ta spełni ich oczekiwania?

- Moim zdaniem nie tylko spełni, ale nawet przerośnie. To z jednej strony dość odważna teza, bo najlepsze ekranizacje zawsze powstają w naszych umysłach - z drugiej jednak ten serial jest naprawdę wierny książkom. Nie mam nawet na myśli kwestii fabularnych, bo te zawsze trzeba nieco uformować pod kątem ekranu - ale widać w tej produkcji szacunek i wdzięczność wobec oryginału. Najbardziej przebija to chyba w konstrukcji bohaterów i ich relacji, ale także w małych detalach, które innym twórcom mogłyby umknąć, a tu zostały zachowane. Dzięki temu zyskujemy pewien koloryt, który przyciągał nas do książkowej serii.

Określa się pan mianem "rzemieślnika słowa", ale pana twórczość coraz śmielej wkracza na ekrany. Czy ten trend wpływa na pana codzienną pracę twórczą?

- Ani trochę. Zasadniczo nic, co dzieje się wokół pisania, przesadnie na nie nie wpływa. Wszystko dlatego, że to proces polegający na wymeldowaniu się ze świata i odcięciu od zewnętrznych bodźców. Ostatecznie więc nie ma znaczenia to, co dzieje się w sferze ekranizacji, wyników sprzedażowych czy jakichś nagród, liczy się tylko opowiadana historia. Jeśli coś sprawia, że pisarz zaczyna odklejać się od niej emocjonalnie i zajmować innymi kwestiami, jest to zazwyczaj sygnał, że pomieszały mu się priorytety. I powinien jak najprędzej na powrót je poustawiać.

Dlaczego warto zobaczyć serial "Wotum nieufności"? Czego widzowie mogą się po tej produkcji spodziewać?

- Wglądu w to, jak naprawdę działa polityka. Właściwie codziennie obserwujemy w tej sferze grę pozorów, która nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się za kulisami. Teraz nie tylko będziemy mogli za nie zajrzeć, ale także w wziąć w tej grze udział.

"Wotum nieufności": O czym opowiada serial na podstawie powieści Remigiusza Mroza?

Głównymi bohaterami serialu "Wotum nieufności" są posłowie przeciwnych frakcji - Patryk Hauer (Antoni Pawlicki) oraz Daria Seyda (Katarzyna Dąbrowska).

Po rezygnacji prezydenta RP Marszałek Sejmu Daria Seyda ma nadzieję, że zajmie jego miejsce. Głównym przeciwnikiem Darii w walce o prezydenturę zostaje Patryk Hauer - wschodząca gwiazda prawicy. Dba o swój wizerunek w mediach i o swoją pozycję w partii. We wszelkich poczynaniach zawodowych wspiera go żona Milena (Zofia Wichłacz).

Podczas prac komisji śledczej Hauer odkrywa polityczny spisek, sięgający najistotniejszych osób w kręgach władzy. Seyda i Hauer znajdują się po przeciwnych stronach sceny politycznej. Dzieli ich wszystko, ale połączy ten sam cel - odkryć i ujawnić, kto stoi za spiskiem.

Zobacz "Wotum nieufności" w Polsat Box Go!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy