Reklama

W głębi lasu

Ocena
serialu
8,1
Bardzo dobry
Ocen: 78
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Agnieszka Grochowska: Różnorodność jest wskazana [wywiad]

O najnowszym serialu Netflixa na podstawie powieści Harlana Cobena, współpracy z Grzegorzem Damięckim, planach zawodowych i serialach rozmawiamy z Agnieszką Grochowską, aktorką wcielającą się w serialu "W głębi lasu" w postać Laury Goldsztajn.

Katarzyna Ulman, Interia: Kim jest Laura, pani serialowa bohaterka?

Reklama

- Laura wykłada psychologię. Jest powiedziałabym mocno skonstruowaną, silną kobietą, która - wydaje mi się - dokonywała wyborów w zgodzie ze sobą. Jest też osobą, która ma bardzo mocne pęknięcie w sobie i przez lata próbowała jakoś to pominąć.

- Zupełnie niespodziewanie, któregoś dnia cała jej historia przeszłości i wszystko co de facto bardzo ją ukształtowało, nagle powraca. Poznajemy ją w momencie, w którym ona musi się z tym jakoś skonfrontować.

- Wydawało mi się od samego początku - jak czytałam powieść, a potem scenariusz - że to ciekawa postać. Trzeba dodać, że została ona dosyć zmieniona na potrzeby serialu,  np. Lucy to Laura. Zmieniono też szereg innych rzeczy, których nie chcę zdradzać. Scenarzyści pod kierunkiem Harlana Cobena [autor powieści "W głębi lasu" - przyp. red.] dodali np. inne elementy biografii.

W trakcie swojej kariery zawsze starannie dobierała pani role. Pani bohaterki są różnorodne, nie są jednowymiarowe. Co zaintrygowało panią w postaci Laury? Co wyróżnia ją na tle innych bohaterek, które kreowała pani w przeszłości?

- Bardzo zaciekawiło mnie to, że przychodzi taki moment w jej życiu, w którym ona musi się skonfrontować z czymś, co jest tak bardzo głęboko w niej. Nagle okazuje się, że aby tak naprawdę być wolnym, to Laura musi znowu wrócić do tego lasu; do czasów, kiedy miała 16 lat. W jakimś sensie musi tę sytuację jakby przepracować i coś z nią zrobić. I to mi się po prostu wydaje bardzo interesujące i skomplikowane psychologicznie na tyle, żeby było ciekawe do grania. Bo to są czasem takie proste sceny - np. kiedy Laura widzi się z Pawłem, spotykają się w jego biurze po raz pierwszy od 20 lat - ale jak się nad tym człowiek skupi, to Paweł jest być może największą miłością jej życia.

- Ta znajomość została tak brutalnie przerwana i nagle po 20 latach jako ktoś kompletnie inny ma się po prostu z nim spotkać w centrum dużego miasta... Myślę, iż to są tak naładowane emocjami zdarzenia, że dla aktora jest po prostu szalenie ciekawe, że to  wszystko jest "przykryte", że tego nie można tak wszystkiego pokazać; że to się musi jakby gotować w środku i trzeba razem z tą postacią spróbować przez to wszystko przejść.

Co do kreacji postaci... Śledzimy losy Laury na dwóch płaszczyznach czasowych - w 1994 i 2019 roku. Czy konsultowała pani pomysł na kreację tej postaci z Wiktorią Filus, która gra młodszą Laurę? Czy były jakieś rozmowy między paniami jak dopasować dwie wersje tej samej postaci na przestrzeni czasu?

- Było o to trudno, bo my też nigdy nie mamy jako aktorzy tyle czasu. Serial to coś innego niż teatr. W teatrze przechodzimy przez długi proces. W kinie jest tak, że wiele rzeczy zdarza się tu i teraz, po prostu  przed kamerą. To czasem są cudowne rzeczy, czasami mniej... Duża część tej pracy, to po pierwsze scenariusz - to jest historia; ten zapis mamy i się go trzymamy, wiemy, co będzie. Druga to to, co jest reżyserowane; jak jest inscenizowane; jak  prowadzone przez reżyserów. I trzecia - filmowanie opowieści. To nie jest bez znaczenia, że to jest po prostu ruchomy obraz, który ktoś kreuje.

- Tu jest dużo elementów, dziejących się poza nami. Spotkałyśmy się [z Wiktorią Filus] na próbach charakteryzacji, dużo rozmawiałyśmy. Wtedy mi się wydawało, już od początku, że łapiemy wspólny język i mamy podobną wrażliwość, że jesteśmy wiarygodne jako ta sama osoba. Z takich bardziej anegdotycznych rzeczy czy śmiesznych...

- W zeszłym roku zdarzyło mi się zagrać w dwóch serialach, gdzie młode aktorki grają tę samą postać. Zawsze bardzo zależało mi na tym, żeby mieć taki rodzaj łączności z nimi. W związku z tym np. przy "Motywie" zauważyłam, że Agata Turkot ma różne pieprzyki i powiedziałam: "Dobrze, to  ja też chcę takie mieć" i domalowywałyśmy je.

- W przypadku "W głębi lasu" usiadłyśmy razem z Wiktorią i pomyślałam sobie "ojejku, na tym obozie, tej nocy czy jakiejś innej, może uderzyła ją gałąź, i ma taką ranę". I faktycznie, Wiktoria miała w serialu ranę, a potem ja przez cały czas grałam z taka małą raną, o tutaj. To jest dla nas taki rodzaj talizmanu; coś nas łączy. Ale wydaje mi się, że to bardziej działa na psychikę aktora niż na odbiór widza.

Jak układała się współpraca na planie? "W głębi lasu" to kolejne pani spotkanie z Grzegorzem Damięckim i Leszkiem Dawidem. Poprzednio współpracowali państwo przy "Nielegalnych".

- To było ciekawe złożenie - z jednej strony z Leszkiem już pracowałam, a z Bartkiem Konopką znamy się bardzo długo, ale nigdy razem nie pracowaliśmy. Oni pracują inaczej, ale z drugiej strony miałam takie poczucie, że naprawdę strzelają wszyscy do tej samej bramki, co jest ważne, bo tych odcinków nie ma aż tak wiele. To jest podział trzy na trzy, to tak naprawdę mała forma. Z Grzegorzem to było bardzo fortunne, że trafiliśmy na siebie, bo też przecież nigdy nie spotkaliśmy się w pracy, dopiero przy "Nielegalnych" po raz pierwszy.

- Okazało się, że odbieramy na tych samych falach i bardzo podobnie myślimy o tym zawodzie. Pewne rzeczy nas interesują, trochę jesteśmy tacy powiedziałabym... "szurnięci", podobni w tym sensie, że nie boimy się improwizacji, nie boimy się tego, że będą jakieś zmiany. To też wynika pewnie z tego, że możesz tak grać z partnerem, do którego masz zaufanie, którego zrozumiesz, wtedy łatwiej jest się rzucać do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda. Z tego jest ekscytacja i takie przeczucie, co tam się będzie działo. I tak samo było tutaj. To była bardzo ciekawa współpraca; taka pozwalająca na eksplorowanie różnych rzeczy dlatego, że mieliśmy taki poziom poczucia bezpieczeństwa. A to jest ważne.

Jakie było największe wyzwanie na planie podczas prac nad tym projektem?

- Trudno jest mówić o tych scenach nie chcąc zdradzać fabuły serialu. Ale myślę, że dosyć dużym wyzwaniem było uchwycenie, znalezienie takiego poziomu, na którym spotykasz,  naprawdę dla siebie ważnego człowieka, którego nie widziałeś prawie pół życia i nagle znowu go widzisz i nie możesz uwierzyć, że to jest on.

- W jakimś sensie rozpoznajesz w nim te same gesty, ale on jest już kompletnie inną osobą. Niejako próbujesz znaleźć tę osobę, którą kochałeś, a też z drugiej strony nie wejść w to za głęboko - bo to jest taki lęk, masz przecież swoje poukładane życie, nagle nie położysz go na szali z powodu jednego spotkania, które nie wiadomo czym jest. Nie wiesz, czym to spotkanie jest dla tej drugiej osoby.

- To nie jest taki constans, to  nie jest romantyczne "och, zobaczę mojego dawnego ukochanego", tylko w jakimś sensie są to niesamowicie żywe, pełne emocje, sprzeczne momentami, których do końca  nie można pokazać, ale które muszą być w aktorze, by móc to zagrać dlatego, że inaczej po prostu by się to kompletnie nie sprawdzało. Z drugiej strony w jakimś sensie wiecznie musi być to chowane. I to jest trudne, utrzymać wszystko na takim dziwnym rodzaju balansu.

Co jest największą zaletą grania w serialu w odróżnieniu od np. filmu pełnometrażowego?

- Trudno mi powiedzieć. Ja takie dziwne mam wrażenie, że film jest jednak moją ulubioną formą. To wynika z tego, że film rządzi się swoimi konkretnymi prawami, jest zamknięty w bardzo określonym czasie i to sprzyja sztuce. Ten limit czasu, ta forma, jest próbą skrótu, nazwania, uchwycenia czegoś.

- Oczywiście nie podważam teraz seriali - niejednokrotnie seriale są dużo lepsze, ciekawsze niż filmy; pracuje się inaczej, dłużej można z tą postacią w jakimś sensie być. Jest to po prostu inna forma pytania "czy woli pan/pani grać w teatrze czy w filmie". Teraz właśnie można powiedzieć "czy w teatrze, filmie czy w serialu". To znak naszych czasów.

- I wspaniale, że tak jest, bo ja też z zainteresowaniem się temu przyglądam; jak te scenariusze są coraz lepsze. Już nie mówiąc o tych wspaniałych światowych produkcjach, które możemy oglądać na Netflixie, gdzie to są czasami po prostu zapierające dech historie. Także wspaniale - różnorodność jest wskazana.

W swojej karierze  wielokrotnie grała pani w zagranicznych filmach oraz serialach, współpracowała pani między innymi z Ridleyem Scottem i Tomem Hardym. Plany zawodowe wiąże pani bardziej z produkcjami polskimi czy z zagranicznymi?

- Ja plany zawodowe łączę z tym, co wydaje mi się fascynujące, ciekawe i co akurat do mnie też przychodzi i z czego mogę wybierać, bo nigdy nie miałam planów, żeby wyjeżdżać z Polski lub żeby tylko w Polsce pracować. To się tak jakoś ułożyło dla mnie fartownie, że różne propozycje z zagranicy zaczęły przychodzić i wszystko się udaje dwutorowo prowadzić. Spektrum rozmawiania o różnych rolach jest po prostu szersze bo jest i w Polsce, i za granicą Polski. Wydaje mi się to szalenie ciekawe.

- W zeszłym roku mogłam zagrać w "W głębi lasu", mogłam zagrać w "Motywie", a od stycznia do maja byłam w Szwajcarii w Zurychu, gdzie grałam w filmie fabularnym. To też jest zupełnie inna praca z racji tego, że  zagranicą, to zupełnie inny kraj. To jest trochę jakby kontynuacja tej samej drogi, życzenia, żeby być jak Alicja w krainie czarów i żeby tak nagle móc się znajdować w różnych rzeczywistościach, tak szalenie ciekawych, z różnymi wspaniałymi, ciekawymi ludźmi.

Serial "W głębi lasu" (sześć odcinków) zadebiutuje na Netflixie 12 czerwca.

Jesteś fanem amerykańskich seriali? Zalajkuj nasz fan page "Zjednoczone Stany Seriali", czytaj najświeższe newsy zza oceanu oglądaj trailery, galerie, komentuj i czytaj opisy odcinków już dwa tygodnie przed emisją w Polsce.

swiatseriali

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje