Reklama

Ciega a Citas

Singielka

Ocena
serialu
9,5
Super
Ocen: 2948
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Singielka": Filip Bobek ma w sobie odrobinę dziecka

W 2008 r. podbił serca polek jako Marek Dobrzański. Wykorzystał swoją szansę – dziś należy do grona ulubionych aktorów małego ekranu!


Reklama

Po trzyletniej przerwie powracasz do serialu o miłości.

- To śmieszna sytuacja. Nastawiłem się na pracę z nową obsadą, ekipą. Wiedziałem, że spotkam się ponownie z Karoliną Izert - producentką, która w przeszłości czuwała nad "BrzydUlą" i "Prosto w serce". Kiedy jednak pojawiłem się na planie, okazało się, że w obsadzie jest kilkoro moich dobrych znajomych - Dorota Pomykała, Krzysiek Czeczot, no i Julka Kamińska, z którą spotykamy się w windzie, a na planie - na razie tylko w garderobie.

A za formą telenoweli tęskniłeś?

- Na pewno lubię ją i czuję się w niej dobrze. Pracowałem już przy niej dwukrotnie, więc nie spodziewam się, by mnie czymś bardzo zaskoczyła, aczkolwiek: "nigdy nie mów nigdy" (śmiech).

Powiedz coś o Mikołaju.

- To redakcyjny "czarny koń". Taki status chce mieć w zespole i nawet celowo tworzy wokół siebie taką otoczkę i PR. Najlepszy z najlepszych. Zależy mu, by mieć najciekawsze pomysły, najlepiej napisane materiały. Nie ukrywa, że praca to jego życie. U niego w hierarchii wartości miłość plasuje się zdecydowanie na drugim, a nawet trzecim czy czwartym miejscu.

Czyli taki singiel z wyboru...

- Zdecydowanie tak. Woli "singielstwo" niż partnerstwo.

Czym się różni Mikołaj od Marka z "BrzydUli" czy Artura z "Prosto w serce"?

- Marka to już nie bardzo pamiętam. (śmiech) Wiekiem, na pewno wiekiem. A od Artura? On miał na imię Artur? (śmiech). Sagowski miał dwójkę dzieci, był odpowiedzialnym dyrektorem firmy i statecznym ojcem. Trudno stawiać obok siebie te postaci. Mikołaj jest wolnym ptakiem. Działa szybko, w jego życiu musi się coś dziać. Sprytny w pracy, ale mniej w życiu. Nie nazwałbym go głupim, ale... mniej mądrym życiowo. Tym się wyróżnia na tle całej "bandy" amantów.

To ile Filipa jest w Mikołaju? Albo na odwrót: Mikołaja w Filipie?

- Wcześniej na to pytanie odpowiedziałbym, że nic. Ale teraz moja odpowiedź brzmi: niewiele. Obaj jesteśmy perfekcjonistami, którzy lubią podnosić sobie poprzeczkę. A poza tym, i to chyba nasz największy wspólny mianownik, Mikołaj dostaje do testowania nowe samochody, co mnie - jako fana motoryzacji i szybkich aut - bardzo cieszy i rajcuje.

Przy "Singielce" masz okazję pracować u boku Izy Kuny. Zauważyłem, że było to dla ciebie ważne spotkanie zawodowe.

- Przyznam szczerze, że bardzo się go obawiałem. Dziś już wiem, że na pewno niepotrzebnie. Widziałem wiele produkcji z Izą i chapeau bas za każdą kreację aktorską, którą stworzyła na ekranie. Z jednej strony byłem zestresowany, ale z drugiej bardzo szczęśliwy i zaszczycony, że będę miał możliwość pracy z Izą. Kiedy doszło w końcu do naszego spotkania, szybko okazało się, że mamy bardzo podobne poczucie humoru, nadajemy na tych samych falach. Czasami tak jest, że z niektórymi łapiesz kontakt od razu, a z innymi proces ten zajmuje trochę więcej czasu. Teraz słodzę, a zanim wywiad się ukaże, zdążymy się pokłócić. (śmiech). A tak na serio, cieszę się, że znaleźliśmy fajny, wspólny język, który jest bardzo ważny w naszej pracy.

Widząc pierwsze efekty, obstawiasz, że "Singielka" powtórzy sukces "BrzydUli"?

- Trzymam kciuki i po cichu liczę, że tak właśnie się stanie. Widząc odcinek, skłamałbym, mówiąc, że jest słabo czy średnio. Uważam, że jest naprawdę dobrze i fajnie. Bardzo ładnie podany jest humor. Dobrze nakreślone historia i postaci. To wszystko jest wyważone, bez przegięć. Zawsze podkreślam, że na ekranie widać efekt wspólnego wysiłku wszystkich - od osób z produkcji, poprzez reżyserów aż po aktorów.

Tytułowa "Singielka" ustala sobie konkretny czas: 274 dni na znalezienie miłości. Myślisz, że w sprawach sercowych można wyznaczyć sobie taki deadline?

- Za serialową "Singielkę", oczywiście, trzymamy kciuki i życzymy jej powodzenia. Natomiast życiowo podpiszę się pod tym, co powiedziała moja koleżanka z planu - Paulina Chruściel: "Miłość może pojawić się w jednej chwili, ale następny rok zajmie ci uświadamianie sobie, że to właśnie ona". I to chyba najlepsza odpowiedź na twoje pytanie.

Jeszcze przed chwilą pracowałeś na planie "Przyjaciółek", z którego wskoczyłeś od razu na plan "Singielki", ale też serialu "Bodo", który wiosną zagości na antenie TVP. Czy to znaczy, że w tym roku nie miałeś wakacji?

- Dokładnie tak. Miałem nadzieję złapać kilka dni wolnego i dać gdzieś nogę, ale nie wyszło. No trudno. Oprócz wcześniej wspomnianych planów pojawiłem się jeszcze na jednym, o którym nie mogę za bardzo mówić, a w kolejce czeka następny - również na razie owiany tajemnicą. Prócz tego teatr i tournée ze sztuką "Kochanie na kredyt". Wakacje muszą poczekać.

Może za rok się uda...

- Dla mnie nawet cztery dni wolnego to już będzie dużo.

To jak wypoczywa Filip Bobek?

- Teraz najchętniej wyjechałbym w góry lub nad morze. Lubię poleżeć, ale też aktywnie spędzić trochę czasu. Zaserwować sobie płodozmian, całkowite przewietrzenie głowy. I odespać. Zawsze to powtarzam: uwielbiam spać!

Mówiliśmy o zmianach bohaterów. To teraz z innej strony. Czym się różni Filip z 2015 r. od tego z czasów "BrzydUli", kiedy dopiero zdobywał serca fanów nad Wisłą?

- U mnie to olbrzymi przeskok czasu. Osiem, dziewięć lat to długi okres. Twarz już nie ta sama, ale najbardziej zmienia się w głowie. Skarbnica doświadczeń, które przeszły przez moje życie i na pewno mnie ukształtowały. Dziś, patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że jestem dużo dojrzalszym facetem, ale nadal z odrobiną dziecka i lekką dozą wariactwa w sobie.

Czy w momencie debiutu myślałeś, że pewnego dnia będziesz w tym miejscu, w którym jesteś teraz?

- Kiedy rozpoczynałem swoją przygodę z "BrzydUlą", nie zakładałem, że produkcja okaże się tak dużym sukcesem. Poszedłem na casting, ale nie miałem pojęcia, jaki to będzie serial. Nikt wówczas jeszcze nie obstawiał, w którą stronę pójdzie całe przedsięwzięcie. Wszyscy - od producentów, nas aktorów aż po widzów - byli zaskoczeni sukcesem, jaki odniosła "BrzydUla". Po raz kolejny potwierdziłem swoją teorię, że bardzo dobre relacje ludzi w pracy przekładają się na wspólny sukces, kiedy ich nie ma, nie idzie tak dobrze. I "BrzydUla" była tego idealnym przykładem.

Dzięki "BrzydUli" stałeś się idolem małego ekranu. Z dnia na dzień przyszła popularność. Czy przez te kilka lat zdążyłeś się już z nią "zakumplować"?

- Zdecydowanie tak. Wtedy ta popularność przyszła w ekspresowym tempie - nikt się jej nie spodziewał, nikt nie myślał, co będzie dalej - i nikt nie był na nią przygotowany. Moim zdaniem wszystko wydarzyło się trochę za szybko. Dziś już mogę ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że jestem z nią oswojony i zaprzyjaźniony. Kiedyś krępowałem się nawet wyjść do sklepu na zakupy, a dziś myślę, ale dlaczego nie?! Nie powinienem się chować. Dla mnie to jest naturalne środowisko i pragnę normalnie w nim funkcjonować.

Mówiliśmy o początkach. Na koniec mocny strzał - jak Filip widzi siebie za 10 lat?

- Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że nadal będę szczęśliwym i wiecznie uśmiechniętym facetem z głową pełną pomysłów na życie! Tego więc Ci życzę!

Rozmawiał: Marcin Godlewski

Świat Seriali

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Filip Bobek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje