Ranczo

Ocena
serialu
9,9
Super
Ocen: 55000
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Artur Barciś pozwala żonie zarządzać domowym budżetem. To ona za wszystko płaci!

Artur Barciś, czyli Arkadiusz Czerepach z niezapomnianego "Rancza", miał 28 lat, gdy spotkał kobietę, która okazała się miłością jego życia. Znajomość aktora z jego przyszłą żoną zaczęła się od awantury na planie serialu "Pan na Żuławach".

W 1984 roku, cztery lata po ukończeniu szkoły teatralnej, Artur Barciś pojechał z ekipą realizującą serial "Pan na Żuławach", w którym grał, do Gdańska. Zakwaterowano go w obskurnym domku na terenie równie obskurnego kempingu. O ile powybijane szyby mógł jakoś znieść, o tyle nie umiał sobie wyobrazić, że mógłby spać w brudnej pościeli. Poszedł do "kwatermistrza" i zbaraniał - zobaczył, że pozostali członkowie ekipy mieszkają w pięknych hotelowych apartamentach. Zrobił awanturę i nawet nie zauważył młodziutkiej asystentki montażysty, która pilnie mu się przyglądała.

Reklama

Dopiero następnego dnia dostrzegł Beatę. Podszedł do niej i zapytał, czy zechce być jego żoną. Zgodziła się.

- Przyjęłam te niespodziewane oświadczyny z przekory - opowiadała Beata Barciś w rozmowie z "Panią".

- Przez myśl mi wtedy nie przeszło, że wkrótce naprawdę pokocham tego faceta - dodała.

Artur Barciś: Miesiąc po ślubie poleciał za ocean

Rodzice Beaty nie od razu zaakceptowali Artura w roli kandydata do ręki córki. Bali się, że aktor rozkocha ją w sobie, uwiedzie i porzuci. Udało mu się przekonać ich do siebie.

- Gdy ją poznałem, byłem na takim etapie życia, że bardzo już chciałem się ustatkować - wspominał Artur Barciś w rozmowie z "Echem Dnia".

W 1986 roku - po dwóch latach narzeczeństwa - stanęli na ślubnym kobiercu i przysięgli sobie dozgonną miłość przed ołtarzem w kościele Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na warszawskim Nowym Mieście. Miesiąc później Artur poleciał do Ameryki, by zarobić na wykup mieszkania na Muranowie i na małego fiata, o którym marzył już od lat.

Beba, bo tak nazywa żonę, nie chciała go puścić za ocean. Była pewna, że spodoba mu się w Stanach i nie wróci. Przepłakała wiele nocy, czekając na jakikolwiek sygnał od ukochanego. A on harował po kilkanaście godzin na dobę na budowie.

- Za dzień zarabiałem tyle, ile w Polsce zarobiłbym przez miesiąc - wspominał na kartach książki "Aktor musi grać, by żyć".

Po powrocie do Polski Artur wykupił mieszkanie i odkupił od koleżanki, Grażyny Barszczewskiej, pomarańczowego malucha.

Tuż przed trzecią rocznicą ślubu Beba i Artur dowiedzieli się, że ich rodzina się powiększy. Franciszek, który przyszedł na świat w 1989 roku, natychmiast stał się oczkiem w głowie i najlepszym kumplem taty.

- Ani się obejrzałem, jak mój mały Franek wyrósł na wielkiego chłopa i wyfrunął z domu - stwierdził aktor niedawno, goszcząc razem z synem w programie Krzysztofa Ibisza "Demakijaż".

Artur Barciś: Nigdy nie pokłócił się z żoną o pieniądze

Państwo Barcisiowie przez pewien czas mieszkali w centrum Warszawy. Beata uznała jednak, że dla dobra Franka powinni rozejrzeć się za jakąś działką na obrzeżach miasta. Artur nie miał czasu, by szukać miejsca na dom, a tym bardziej doglądać jego budowy. Beba sama musiała pilnować robotników, urządzać dom i ogród. Kiedy w końcu wprowadzili się na Choszczówkę, od razu poczuli, że są u siebie.

Artur uznał, że skoro Beata tak świetnie poradziła sobie z budową domu, to poradzi sobie ze wszystkim. Bez wahania przekazał jej zarządzanie domową kasą. Sam z ich wspólnego konta korzysta tylko, gdy chce kupić żonie perfumy. Poważniejsze sprawunki zawsze były i wciąż są wynikiem wcześniejszych ustaleń i decyzji obojga, ale gdy dochodzi do zapłaty, do portfela sięga Beata.

- Nie jestem z tego powodu sfrustrowany. Wiem, że to ja jestem w tej rodzinie mężczyzną i to ja biorę za nią odpowiedzialność. Nigdy nie było między nami żadnej kłótni o pieniądze - twierdzi aktor.

Jeśli Barcisiowie się kłócą, a zdarza się im to od czasu do czasu, robią to bardzo elegancko. Artur najczęściej pozwala się żonie wykrzyczeć i wypłakać, potem przytula ją, całuje i - jak mówi - ma spokój na kilka miesięcy. Zapewnia, że umie przeczekać nawet największą domową burzę.

Artur Barciś: Jest szczęściarzem, bo ma dom, do którego chce wracać

Beata Barciś ostro walczyła kiedyś ze słabością Artura do papierosów. Palił jak smok, ale dla niej i malutkiego wtedy Franka rzucił. Tak bardzo boi się, że wróci do nałogu, że odmawia grania postaci palących.

- W pierwszym sezonie "Rancza" w scenariuszu było zaznaczone, że Czerepach pali. Przyjąłem rolę pod warunkiem, że wykreślą tę cechę postaci - powiedział "Życiu na gorąco".

Raz, kiedy powstawały "Miodowe lata", Norek, w którego wcielał się Artur, musiał zapalić. Aktor twierdzi, że smak papierosa czuł potem w ustach przez tydzień.

Okres kręcenia "Miodowych lat" był dla państwa Barcisiów czasem niezwykle trudnym. Artur całe dnie spędzał na próbach. Przez kilka lat był gościem w domu. Beata cierpliwie czekała na niego, choć zdarzało się, że miała dość czekania.

- Przez te wszystkie lata, jakie spędziliśmy razem, żona dokładnie poznała, co to znaczy być z aktorem. Jest bardzo mądrą kobietą, wie, kiedy odpuścić - chwalił ją Artur na łamach "Dobrego Tygodnia".

Państwo Barcisiowie są już dziadkami. Franciszek, który poszedł w ślady mamy i został montażystą, i jego żona Joanna pięć lat temu powitali na świecie syna Gustawa. Artur i Beata uwielbiają i wnuka, i synową.

Pytany o receptę na szczęśliwe małżeństwo, Artur Barciś bez wahania odpowiada, że najważniejsze jest... lubić się.

- To ogromnie ważne. Współczuję ludziom, którzy mówią, że nie mogą już na siebie patrzeć, a muszą ze sobą żyć pod jednym dachem - wyznał aktor w wywiadzie dla magazynu "Pani".

- My jesteśmy razem już prawie czterdzieści lat i wciąż jest nam ze sobą dobrze, bezpiecznie, spokojnie. Stworzyliśmy dom, do którego chcemy wracać - dodał.

AIM
Dowiedz się więcej na temat: Artur Barciś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy