Ranczo

Ocena
serialu
9,9
Super
Ocen: 19782
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Artur Barciś: Można wrócić do "Miodowych lat". Tylko po co?

Jest przede wszystkim mężem, ojcem i aktorem, ale też zapalonym kibicem piłkarskim, który jak nikt inny czekał na rozpoczęcie Mistrzostw Świata w Brazylii. Jak chce pogodzić swoją pasję z pracą?


Reklama

Rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Brazylii. Jak pan zamierza pogodzić pracę z oglądaniem meczów?

- Cieszę się, że większość ciekawych spotkań rozgrywanych jest przed północą. Pozostałe zaś nagrywam i po powrocie z pracy natychmiast odtwarzam. Znany jestem z tego, że jeśli jest ważny mecz, to zbrodnią będzie, jeśli ktoś z bliskich lub znajomych poda mi wynik końcowy, zanim sam go zobaczę. Wtedy się gniewam (śmiech). Czasami żona ma taki wzrok pełen politowania, bo wie, jak dany mecz się skończył, a ja się emocjonuję, jakby rozgrywał się na żywo.

Komu pan kibicuje?

- Skoro na mistrzostwach nie ma polskiej reprezentacji, to postanowiłem kibicować drużynie, która z jednej strony nie jest faworytem imprezy, z drugiej - z czymś pozytywnym mi się kojarzy. Hiszpanie, Niemcy i Brazylijczycy są zbyt przewidywalni. Wierzę w Chorwację, gdzie nie tylko spędziłem cudowne wakacje, ale również ten kraj ma świetną, wyrównaną drużynę. Bardzo bym chciał, aby weszła do strefy medalowej...

Wróćmy jednak do seriali. Po zakończeniu zdjęć do "Miodowych lat" powtarzał pan wielokrotnie, że nie przyjmie pan już roli podobnej do Tadzia Norka. Jest pan konsekwentny, bo np. Kolęda z "M jak miłość" w niczym go nie przypomina... Czego możemy się spodziewać w jego życiu w odcinkach powakacyjnych?

- Nie mam pojęcia, jaka będzie przyszłość mojego bohatera, ponieważ "M jak miłość" jest serialem, który powstaje na bieżąco. Natomiast cieszy mnie to, że widzowie go polubili. Co do postaci, to wiadomo, że ojciec Ewy (Dominika Kluźniak) jest samotny i otwarty na nowy związek. Scenarzyści uznali, że najatrakcyjniejszą partnerką będzie dla niego Budzyńska (Maria Rybarczyk). Ten wybór szczególnie mi odpowiada, ponieważ uważam Marię za znakomitą aktorkę. Problemem jest tylko to, że brakuje mi wolnych terminów, bo dużo gram w teatrze i ten wątek w serialu występuje od czasu do czasu.

Nigdy nie narzekał pan na brak zajęć, jednak dopiero rola Janka Kaniewskiego w "Doręczycielu" mogła przynieść panu jeszcze większą popularność. Nie żałuje pan, że powstało tylko 14 odcinków?

- Tak to już jest niestety z serialami, że pojawiają się i często po jednym sezonie znikają. Wiele ciekawych produkcji nie doczekała się kontynuacji. Podobnie było z "Doręczycielem". Nie ma powodu, by rozpaczać, chociaż wiem, że druga seria przygód Janka byłaby jeszcze ciekawsza. Mojemu bohaterowi miało urodzić się dziecko, które postanowiono mu odebrać. Wszystko miało rozstrzygnąć się w sądzie...

Dzięki temu jednak wrócił pan do "Rancza". Na czym polega fenomen Czerepacha, który święty nie jest, ale widzowie i tak go lubią?

- Ja z "Rancza" nigdy nie odchodziłem. Umówiłem się ze scenarzystami, że jeśli miałem grać w "Doręczycielu", to oni Czerepacha wysyłali np. do Brukseli na 6-7 odcinków. Nigdy nie opuściłem całego sezonu. Co do sympatii, to należy pamiętać, że "Ranczo" jest serialem komediowym, w którym bohaterowie przedstawieni są w krzywym zwierciadle. Czerepach manipuluje ludźmi, ale jego intrygi podane są w komediowym sosie, strawnym dla każdego widza. Ludzie wybaczają mu, ponieważ go rozumieją.

A nie tęskni pan za "Miodowymi latami"? Nie chciałby pan, by powstał jeszcze jeden sezon, pożegnalny?

- Można wrócić do tego serialu, tylko po co? Jakiś czas temu złożyłem propozycję, która pewnie spodobałaby się też pozostałym aktorom z obsady, by nakręcić jeden odcinek specjalny na Boże Narodzenie. Tylko, że do tego potrzebny jest dobry scenariusz. Zrobienie tego dla pieniędzy nie wchodzi w rachubę. Oglądalność byłaby duża, ale nie o to chodzi.

Rozmawiał Mariusz Sobota

Dowiedz się więcej na temat: Ranczo | Artur Barciś

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje