Reklama

Przepis na życie

Ocena
serialu
7,9
Dobry
Ocen: 1075
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Trudna sztuka dialogu

"Dialog w naszym kinie, filmie, telewizji jest dialogiem kulawym". Z Piotrem Adamczykiem, odtwórcą roli Andrzeja w serialu "Przepis na życie" rozmawiamy o drugiej serii produkcji, pracy na planie i przyszłości bohatera, w którego się wciela.

Reklama

Od chwili, gdy w 2004 roku Piotr wcielił się w postać Jana Pawła II, swoje pasje musiał odłożyć na bok, bo reżyserzy zaczęli wprost zasypywać go propozycjami. Aktor przyjmuje bardzo różnorodne role, bo - choć wiele osób uważa, że zagrał już rolę swojego życia - on sam twierdzi, że wszystko, co najlepsze, wciąż ma przed sobą. Teraz Adamczyka widzimy w serialu "Przepis na życie", w którym stworzył postać "pierdołowatego" lekarza kardiologii.

Co czeka Andrzeja w nowych odcinkach "Przepisu na życie"?

- Na pewno czekają go kolejne zawirowania rodzinne, coraz więcej dzieci… Andrzej to facet, który nie należy do najbardziej bystrych, chociaż jest lekarzem. Można go raczej określić takimi słowami jak pierdoła, ciamajda, tymczasem swoje geny chętnie rozsiewa… (śmiech).

A jest gotowy do roli ojca?

- Nawet bardzo. Myślę, że po ostatnich doświadczeniach z Mańką dotarło do niego, że ma na swoim koncie sporo błędów. Teraz stara się ze wszystkich sił być lepszym ojcem dla kolejnego dziecka. Trochę za późno, bo przecież rozwiódł się z Anką, więc ta prawda dociera do niego w nieodpowiednim czasie.

Śledzi pan inne wątki serialowe, może uchylić rąbka tajemnicy, co czeka innych bohaterów?

- Powiem szczerze, że sama sprawa scenariusza i tego, jak się on rozwinie nie jest dla mnie tak ciekawa, jak zadanie, które mam tutaj do wykonania jako aktor. Według mnie to, że serial został doceniony to nie zasługa tego kto z kim będzie czy do kogo odejdzie.

- To, co jest interesujące w naszym serialu i myślę, że dzięki temu zdobyliśmy tak dużą rzeszę wiernych widzów to kwestia gatunku produkcji. Przymrużenia oka. Postaci, które są na granicy absurdu, a jednak prawdziwe. Poczucia humoru i to, że serial ogląda się z taką przyjemnością, bo czasem jest jakiś żart, a czasem łezka się w oku zakręci. Mnie osobiście bardzo też odpowiada rodzaj muzyki dobrany do serialu, która dopełnia "Przepis na życie" i wprowadza nas w dobry nastrój. Czego więcej trzeba? Myślę, że to jest dla widza najważniejsze. Natomiast dla mnie, jako aktora jest to duża przyjemność. Granie postaci w końcu negatywnej, w sposób taki, żeby widzowie ją lubili.

No właśnie, widzowie oszaleli na punkcie Beatki i Andrzeja…

- Nie spodziewaliśmy się aż takich reakcji. Cieszę się, że takie miłe zaskoczenie mnie spotkało. Miłe zaskoczenie w postaci tego, że to co sobie założyliśmy - bo jednak gramy negatywne postaci - spotkało się z sympatią. Przecież Maja gra postać, która jest okropna, kategoryczna w swoich sądach. Andrzej opuścił ciężarną żonę. Jest ciamajdą, ma dwie lewe ręce i jest facetem, z którym raczej żadna kobieta nie chciałaby spędzać życia.

- Myślę, że usprawiedliwia ich szczera miłość, bo chociaż są skrajnymi osobowościami, bardzo się kochają. Wymaga to z ich strony ogromnego wysiłku, ale jak widać, miłość jest w stanie zwyciężyć wszystko. Mam nadzieję, że nie tylko ta miłość serialowa, wpisana w scenariusz.

Praca przy drugiej serii jest dla Was łatwiejsza?

- Myślę, że trudniejsza ze względu na oczekiwania związane z tą serią. Pierwsza część była trudna, bo robiliśmy coś nowego i mieliśmy świadomość, że może się spodobać lub nie. Przy drugiej chcieliśmy zostawić tę konwencję, która się już "uplotła", z drugiej strony wzrosły oczekiwania co do nas i co do serialu, a nie powinniśmy kierować się oczekiwaniami tylko robić swoje. To niestety nie jest łatwe.

Czy fakt, że autorką scenariusza jest aktorka wpływa na pracę aktorów?

- Na pewno ją ułatwia, bo wreszcie mamy fajnie napisany dialog, który chętnie też "doimprowizowujemy". Ta swoboda prowadzenia dialogu jest też zaletą serialu. Agnieszka Pilaszewska ze względu na to, że jest aktorką dobrą, aktorką komediową ma bardzo trafne spostrzeżenia, a dialog jest żywy. On się po prostu, jak to się mówi, dobrze układa w ustach, w munsztuku aktorskim. A w ogóle dialog w naszym kinie, filmie, telewizji jest dialogiem kulawym. Zagranicą są specjaliści od dialogów, a u nas scenarzysta musi się znać na tym, jak konstruować drabinkę, fabułę i mieć talent do dialogów, a to jest dosyć rzadki talent.

Czy może pan nam zdradzić swoje najbliższe plany?

- Praca na planie serialu "Przepis na życie" połączona ze zdjęciami do serialu "Czas honoru" - to też jest dla mnie miła odmiana, że z kitla "pierdołowatego" kardiologa przebieram się w mundur złowrogiego nazisty. Czeka mnie też wyjazd zagranicę, do Włoch, w związku z filmem o odsieczy wiedeńskiej. No i praca w teatrze. Gram w teatrze "Imka" u Tomka Karolaka oraz w Teatrze Narodowym.

A gdzie czas na urlop?

- Urlopy aktorskie są w moim przypadku urlopami krótkimi. Znalazłem sobie nowe hobby, któremu poświęcam wolny czas - uprawiam triatlon. Dodam, że z powodzeniem, bo już drugi raz dobiegłem do mety kolejnych mistrzostw Polski w Środzie Wielkopolskiej i szykuję się na kolejne.

Emisja serialu "Przepis na życie" w każdy wtorek o godzinie 21.30.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje