Prawo Agaty

Ocena
serialu
8,6
Bardzo dobry
Ocen: 1290
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Bardzo zżyłam się z Agatą

Fani przygód bezkompromisowej prawniczki Agaty Przybysz trzymają kciuki za jej związek z mecenasem Dębskim. - Wolę, jak tych dwoje się ze sobą droczy - przyznaje Agnieszka Dygant. - Tak jest ciekawiej.


Reklama

O co dziennikarze pytają Panią najczęściej?

- Czy coś wreszcie będzie między Dębskim a Agatą. Pocałują się czy nie? Zawsze wtedy zastanawiam się co powiedzieć, żeby nie zanudzić czytelnika, a kiedy mówię: - Przecież już się pocałowali - słyszę: - No tak, ale chodzi o coś więcej. Prawda jest taka, że sami nie wiemy, jak scenarzyści rozpiszą ten wątek. Dla odmiany my z Lechem Lichotą (serialowy mec. Marek Dębski) wolimy, gdy nasze postaci się droczą. Agata i Marek zbudowani są na kontraście, tak jest dużo ciekawiej.

Agata jest zawsze taka elegancka, starannie uczesana, chodzi w szpilkach. Przypomina Pani prywatny styl? Jak się Pani ubiera na co dzień?

- Dżinsy, sweter i wygodne duże buciory. Na pewno nie obcasy (śmiech). Jednak ku własnemu zdziwieniu, kiedy przychodzę do pracy na plan dość chętnie zakładam eleganckie koszule i szpilki. Może Agata we mnie wygrywa? Zżyłam się już z panią Przybysz. Tylko toga dość długo mi przeszkadzała, czułam się w niej komicznie - trochę jak ksiądz.

Na ile ten serial poszerzył Pani wiedzę prawniczą?

- Powtarzanie niektórych wyrażeń w kolejnych scenach oczywiście sprawia, że zapamiętuję część rzeczy. Rzeczywiście też bardziej niż dotąd interesuję się pracą adwokatów. Ale zdecydowanie nie polecałabym siebie jako dobrego doradcy w sprawach prawnych (śmiech).

Chyba najbardziej żmudne w pracy adwokata jest analizowanie dokumentów i obowiązujących przepisów. A co jest taką uciążliwością w Pani zawodzie?

- Stres. Przez cały dzień trzeba być skoncentrowanym, mieścić się w czasie. Na planie obowiązuje duża dyscyplina, wszystko jest wyliczone co do minuty. I tak dzień po dniu, przez parę tygodni czy miesięcy. Aktor cały czas jest dotykany: to stylista poprawia strój, to fryzjer przeczesuje włosy, ktoś poprawia makijaż, ktoś mikrofon... Przez to ciągle jest zaburzana przestrzeń prywatna, którą przecież każdy z nas ma. Na początku to jest bardzo fajne, dowartościowujące. Myślisz sobie: wow, ale ze mnie ważna persona. Trzydzieści osób wokół, żeby nagrać 3 minuty sceny, ale po pewnym czasie to jest bardzo męczące. Nie wiadomo dlaczego, ale to zabiera energię.

A kiedy czuje Pani największą satysfakcję z pracy?

- Kiedy odcinek podoba się widzom - to jest moja nagroda.     


Rozmawiała ANNA JANIAK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje