Reklama

Pierwsza miłość

Ocena
serialu
8
Bardzo dobry
Ocen: 13351
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Ewa Skibińska nigdy nie była pruderyjna! Z dumą prezentuje swoje ciało

Trudno uwierzyć, że Ewa Skibińska, czyli serialowa Teresa Żukowska z "Pierwszej miłości", skończyła 59 lat. Znakomita aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie wygląda jak nastolatka, ale ciężko na to pracuje - regularnie ćwiczy i stara się nie jeść byle czego i byle jak. Na instagramowym koncie z dumą prezentuje swoje zdjęcia, niekiedy mocno roznegliżowane... "Jestem w dobrym związku sama ze sobą - i ten związek pielęgnuję co sił, bo dobrze mi z tym" - powiada gwiazda.

Trudno uwierzyć, że Ewa Skibińska, czyli serialowa Teresa Żukowska z "Pierwszej miłości", skończyła 59 lat. Znakomita aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie wygląda jak nastolatka, ale ciężko na to pracuje - regularnie ćwiczy i stara się nie jeść byle czego i byle jak. Na instagramowym koncie z dumą prezentuje swoje zdjęcia, niekiedy mocno roznegliżowane... "Jestem w dobrym związku sama ze sobą - i ten związek pielęgnuję co sił, bo dobrze mi z tym" - powiada gwiazda.
Ewa Skibińska /Baranowski /AKPA

Tej jesieni mija dokładnie 18 lat, odkąd serial "Pierwsza miłość" zadebiutował na antenie Polsatu. Jak pani wspomina jego początki i swój w nim udział?

Ewa Skibińska: - Należałam do ścisłej grupy aktorów zawiązujących ten serial. Realizowany w ATM we Wrocławiu, moim rodzinnym mieście, gdzie żyłam i pracowałam od lat. I to właśnie zadecydowało, że z miejsca dostałam w nim rolę. Bez castingu, bez konkurencji, po prostu byłam "po ręką". I tak zostałam Teresą Żukowską, jedną z głównych postaci serialu, którą tworzyłam od zarania.

Reklama

Ewa Skibińska: Teresa powinna być ruda

Miała pani wpływ na jej wygląd, sposób bycia?

- Pracowaliśmy w dużej dyscyplinie, nikt z nas nie tracił energii na wymądrzanie się, graliśmy wszystko zgodnie ze scenariuszem. Była tylko dyskusja nad jej wyglądem. Wedle opisu Teresa powinna być ruda i mieć proste włosy. Nie bardzo mi się to podobało, ale nie upierałam się i w końcu zostało tak, jak sobie ją autorzy wymyślili. Jednak z całą pewnością jakoś wpłynęłam na tę postać, obdarowałam ją swoją fizycznością, emocjami. Z czasem zorientowałam się, że tekstu nie trzeba traktować tak poważnie, grając wiele scen instynktownie zmieniałam go na swój język, wrażliwość, intuicję. Ponieważ jestem człowiekiem roztrzepanym - szczególnie w szybkiej, jak to w serialu, pracy - zdarza mi się zrobić, czy powiedzieć coś, czego nie było w planie i nikt nie ma mi tego za złe. Łapanie takich przypadków, o czym dobrze wie każdy, kto pracuje w tym zawodzie, jest pożywką dla prawdziwości postaci i prawie zawsze wychodzi jej na dobre.

Spodziewaliście się, kiedy serial startował, że czeka go taki sukces, że będzie z chęcią oglądany przez lata?

- Myśmy podeszli do tego bardzo ambitnie. Szczególnie Okił Khamidow, reżyser a zarazem niesłychanie uzdolniony operator w jednej osobie, tak to pieczołowicie prowadził i filmował, że nasz projekt od początku wyróżniał się urodą świecenia i standardem obrazu rzadko spotykanym w serialu codziennym. Dostaliśmy nawet nominację do nagrody w prestiżowym międzynarodowym festiwalu Rose D'or  w kategorii telenowela. Była to pierwsza w historii tej imprezy nominacja dla polskiego serialu. Po tym wielkim sukcesie ruszyliśmy dalej - z zapałem i chęcią dotarcia do jak największej liczby widzów na jak najdłuższy czas. Ale że będzie to trwało aż tyle lat - to pewnie nikomu z nas nie przyszło do głowy!

Pomimo sukcesów i doskonałej oglądalności zdecydowała się  pani odejść z "Pierwszej miłości" po pięciu latach grania. Dlaczego?

- Nie ma tu jednej odpowiedzi. To jest tak jak z - nomen omen - miłością, przychodzi kryzys, potrzeba zmiany.  Czułam, że muszę nabrać dystansu do tego, co dotąd robiłam, spojrzeć na świat z nowej perspektywy - i zawodowej, i prywatnej. I tak się stało.

Ewa Skibińska: Z Wrocławia do Warszawy

 A jednak zdecydowała się pani wrócić...

- Tęskniłam za serialem i bardzo mnie ten powrót cieszył. Ze wzruszeniem skonstatowałam, że przez te blisko 10 lat, jak mnie nie było, nic tu się nie zmieniło. Ci sami ludzie - na planie, w pracowniach, garderobach, ten sam pion techniczny - miałam wrażenie, że cofnął się czas i jestem znów pośród swoich, tam, gdzie powinnam być. Zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo byłam związana z Olą Zienkiewicz, czyli moją serialową córką Kingą, jak brakowało mi naszych żartów, utartych dróg. Wspomnieniom nie było końca, Ola śmiała się, że znów wrócą wszechobecne karteczki - bo ja mam takie sposoby, że zapisuję sobie na nich tekst i przyklejam na ścianie, stole, na ręce, na plecach kolegi - i korzystam z nich, kręcąc kolejne sceny. Albo że może kiedyś znów wejdę do szafy.

- Z tą szafą to było tak, że reżyser kazał mi iść do przodu, a przede mną akurat właśnie stała szafa. Jako, że traktowałam polecenia dosłownie, to... - niewiele myśląc - weszłam do niej i stamtąd kontynuowałam granie. Śmiechu było co nie miara, wielu do dziś pamięta tę sytuację. Zresztą było ich znacznie więcej - różne zabawne sytuacje zza kulis "Pierwszej miłości" krążą po internecie, bo u nas było i jest naprawdę wesoło. Żałuję tylko, że po tym "nowym otwarciu" zdecydowanie mniej gram i apeluję w tym miejscu do scenarzystów, by nie zapominali o Teresie i dali jej (i mnie) znaczniejsze pole do popisu!

Zmieniło się też to, że teraz ma pani dalej do pracy. O całe 300 kilometrów!

- Tak, wyprowadziłam się z Wrocławia i przeniosłam do Warszawy, co było zawsze moim marzeniem. To miejsce, które daje szerokie możliwości zawodowe i inne, z czego ochoczo korzystam. Dostałam pracę w Teatrze Powszechnym, zamieszkałam w pięknej okolicy, na Mokotowie, gdzie jest mnóstwo zieleni, urokliwych uliczek, knajpek, zakamarków - czasem mam wrażenie, że jestem w Paryżu, tak tu szykownie i elegancko! Miłością do Warszawy zaraziła mnie moja mama, która urodziła się tu, a jak miała kilka lat, tuż po wojnie, wyjechała z babcią na Ziemie Odzyskane. I powtarzała mi, odkąd pamiętam: "Ewuniu zobaczysz, kiedyś tam wrócimy".  I w moim przypadku tak się stało, mama została we Wrocławiu, w jej wieku przeprowadzka nie jest taka prosta.

To ma pani kogo na miejscu odwiedzać.

- Mieszka tam cała moja rodzina - mama, córka i wnuczka Lea (7 lat) - moje oczko w głowie. Mała jest stałym bywalcem w hotelu, który serial wynajmuje mi na czas zdjęć, w restauracji hotelowej zamawia pewnym głosem: "to co zwykle"... Urocza, rezolutna osóbka - zawsze, kiedy ją widzę, mam motyle w brzuchu. Ubolewam tylko, że jestem taką babcią "z doskoku", nie udzielam się w jej dorastaniu tak często, jakbym chciała. Pocieszenie daje mi myśl, że sobie to odrobię na prawnukach!

Brzmi to dość abstrakcyjnie, bowiem wygląda pani wciąż młodo i kwitnąco. Jak pani to robi?

- Przede wszystkim ćwiczę, na różne sposoby. Z trenerem personalnym - co nie jest tanie, ale mobilizujące i skuteczne. Muszę wyjść, przyjść, trenować regularnie. Ćwiczę też sama w domu, moje mieszkanie pełne jest hantli, rollerów i innych przyrządów, które ułatwiają mi to. Latem ćwiczę na balkonie, co jest znacznie przyjemniejsze niż trening w pokoju. Poza tym mam fisia na punkcie zdrowego jedzenia, to oczywiste, że ma wpływ na kondycję i prezencję. Jestem z siebie dumna, bo całkiem wyeliminowałam z diety cukier, staram się nie jeść byle czego i byle jak.  Nie palę, nie piję, uprawiam sport, na przykład ostatnio zaczęłam jeździć na longboardzie. Dbanie o siebie sprawia mi ogromną frajdę i daje satysfakcję, zwłaszcza kiedy widzę, że są efekty.

Ewa Skibińska: Pracuję ciałem

Z ochotą prezentuje pani swe wdzięki w sieci, na pani instagramowym koncie pełno jest zdjęć, niekiedy mocno roznegliżowanych...

- Nie mam z tym najmniejszego problemu, może dlatego, że pracuję ciałem. Ma ono niesamowitą ekspresję, dużo wyraża - bez względu na to, czy jest w odzieniu, czy bez. Oczywiście scena różni się od życia - ale jeśli trzeba się rozebrać do roli, to przecież robię to ja, Ewa Skibińska, nie postać! Nigdy nie byłam pruderyjna - ani w sytuacjach zawodowych, ani w prywatnych. Ostatnio zaangażowałam się w akcję Topfreedom.pl. Chodzi w niej o prawo do odsłaniania klatki piersiowej niezależnie od płci, jak również o neutralność ciała i równe traktowanie tam, gdzie go wciąż brakuje. Dotyczy to głównie plaż, na których, z niewiadomych przyczyn, kobiety nie mogą opalać się topless, bo grozi to mandatem. I wykluczeniem społecznym. Jesteśmy wciąż stygmatyzowane, wychowujemy dzieci mówiąc im: "Ta pani jest bezwstydna, bo się rozbiera".

- Tymczasem panowie wywalczyli sobie to już przed wojną, zdjęli swoje jednoczęściowe stroje i bez problemu prezentują tors w upalne dni. - i świat to zaakceptował. Problem ten dotyka też matek karmiących piersią - robienie tego w miejscach publicznych, mimo licznych dyskusji, ciągle uchodzi za nieobyczajne. Nie wiem jak to się skończy, ale mam nadzieję, że tego typu akcje jak nasza rozszerzy kręgi i doprowadzi do tzw. przypadku większości, gdzie damski sutek nie będzie czymś, co budzi niezdrową sensację i bezzasadnie pozostaje w ukryciu. Jak uczy historia, zmiany obyczajowości zachodzą na drodze ewolucji, nie rewolucji - i tego nam wszystkim życzę, jako człowiek,  jako kobieta.

"Kobieta osobna" - tak pani mówi o sobie. Co to znaczy?

- Właściwie to samo co singielka, tylko trochę dokładniej. Żyję swoim życiem, jestem skoncentrowana na sobie, pogodzona ze światem. Utrzymuję miłe relacje z otoczeniem, ale mam swój prywatny obszar, do którego nikt nie ma dostępu.  Lubię samotność, w której nie czuję się samotna, błogą ciszę, która mnie otacza, nieograniczoną wolność, przestrzeń, luz, niezależność. Dlatego osobna. Jestem w dobrym związku sama ze sobą - i ten związek pielęgnuję co sił, bo dobrze mi z tym.

Jolanta Majewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy