Netflix: Seriale
Ocena
serialu
7,5
Dobry
Ocen: 900
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Rozłąka": Pomiędzy dramatem rodzinnym a science fiction [recenzja 1. sezonu]

Co jakiś czas twórcy Hollywood postanawiają przedstawić swoją wersję podboju kosmosu, skolonizowania Marsa czy kosmiczną podróż w poszukiwaniu nowego domu wśród gwiazd.

Od mniej udanych filmów z lat poprzednich jak "Czerwona planeta" czy "Misja na Marsa" przez świetny "Interstellar" po bardziej kameralne i osobiste "Ad Astra" (w którym Brad Pitt  starał się odnaleźć ojca) czy "Proxima" (dramat matki pozostawiającej na Ziemi jedyną córkę). W jednych produkcjach w centrum wydarzeń znajdowały się teorie naukowe i skrupulatne przedstawienie przygotowań do lotu w kosmos, inne były opowieściami o ludziach i o tym, jaki wpływ emocjonalny ma na nich taka wyprawa. 

Nowa produkcja science fiction Netflixa próbuje znaleźć złoty środek pomiędzy tymi tematami, jednak bliżej jej czasami do cichego, skromnego dramatu rodzinnego typu "Proxima" niż do widowiskowego "Interstellar", choć i w "Rozłące" jest kilkanaście nakręconych z rozmachem, niesamowitych scen. Ale od początku. "Rozłąka" rozpoczyna się w momencie, kiedy na Marsa zostaje wysłana pierwsza załogowa misja. To efekt międzynarodowej współpracy, więc w trzyletniej wyprawie biorą udział astronauci oraz naukowcy pochodzący z różnych krajów.

Reklama

Jednym z producentów serialu jest Jason Katims - ojciec "Friday Night Lights" oraz "Parenthood", dramatów rodzinnych, które wyciskały łzy i gromadziły przed telewizorami miliony zanim nastał czas "Tacy jesteśmy". Fani wiedzą więc, czego mogą się spodziewać - wielu wzruszających scen; dobrze scharakteryzowanych, wielowymiarowych bohaterów; dramatów i przede wszystkim opowieści o człowieczeństwie, życiowych wyborach, poświęceniu czy wybaczeniu. No i doskonale dopasowanej do określonych scen ścieżki dźwiękowej. Katims i tu serwuje swoje klasyczne, sentymentalne chwyty (np. w końcówce piątego odcinka). Sprawdza się to znakomicie.

Ogromnym plusem "Rozłąki" są dobrze nakreśleni bohaterowie. Lu gra Vivian Wu ("Pillow Book", "8 i pół kobiety"), Mishę - Mark Ivanir ("Nowy papież", "Grimm"). To dwójka najciekawszych obok Emmy bohaterów "Rozłąki". Ośmieliłabym się nawet napisać, że ich przyjaźń i wzajemny szacunek to jeden z najbardziej interesujących i po prostu fajnych aspektów serialu.

Misha ma również wiele interesujących scen z Emmą, z którą na początku się nie dogaduje, ale na przestrzeni sezonu udaje się im znaleźć wspólny język. Na uwagę zasługuje również Josh Charles (Will Gardner z "Żony idealnej"). Dobrze widzieć go w nowej roli, w której może się wykazać. Zresztą jego relacja z Emmą też jest bardzo sprawnie napisana i przyjemnie się ją ogląda. Katims i reszta scenarzystów stanęli na wysokości zadania.

Co do kwestii science fiction. Kiedy twórcy w końcu zdecydują się pokazać nam kulisy pracy NASA, konflikty polityczne między państwami wspierającymi misję czy wyzwania, jakim musi sprostać załoga podczas lotu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Ilość pracy włożonej w skrupulatne zaprezentowanie tych aspektów, widowiskowość niektórych scen (kosmiczny spacer), efekty specjalne wciskają w fotel. Szkoda więc, że tego "science" jest tak trochę mało.

Warto wspomnieć również o tym, że serial wpisuje się w ostatnie wydarzenia na świecie. Izolacja daje w kość załodze, a dławiące uczucie samotności będzie dla widzów znajome. Wydaje się, że twórcy mają trzyletni plan (zgodnie z nowymi, nie do końca fajnymi, zasadami Netflixa pod tytułem "trzy sezony i basta") - początek wyprawy i dotarcie na Marsa, kolonizacja, powrót do domy. Ciekawe, czy uda im się to zrealizować. 

Na papierze więc wszystko wydaje się idealne i zgrywa się wspaniale. Jednak momentami, szczególnie kiedy w centrum opowieści znajdują się perypetie Alexis, serial jest niesamowicie... nudny. Jeżeli powstanie sezon drugi to warto skupić się bardziej na losach załogi, niż młodzieżowych rozterkach. 

swiatseriali
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL