Reklama

Malanowski i Partnerzy

Ocena
serialu
7,5
Dobry
Ocen: 162
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Malanowski i Partnerzy": Od Borewicza do Malanowskiego

- Od sześciu lat ja już nie nazywam się Borewicz! - mówi Bronisław Cieślak, odtwórca głównej roli w kultowym serialu "07 zgłoś się". - Nastolatki niekoniecznie wiedzą, że w ogóle był jakiś Borewicz! One mnie znają jako Malanowskiego.


 

Reklama

Nawiązując do niedawnego pytania pewnej dziennikarki, podobno jest pan aktorem jednej roli? Pozostaje pytanie - której?

- Rzeczywiście, miałem ostatnio i taką rozmowę, w której dziennikarka poinformowała mnie, że dzwoni do aktorów, którzy kojarzą się widzom z jedną rolą. Ja się na to nie obrażam, ponieważ nie jestem aktorem w pełnym tego słowa znaczeniu. Moje długie życie, w znacznej mierze wypełnione aktorzeniem, nigdy nie było podporządkowane aktorstwu. To nie jest tak, że po wypełnieniu jednego kontraktu - trzęsąc się jak galareta - czekam na kolejny telefon z propozycją.

- Dla zawodowych aktorów popularny serial jest śmiertelnym zagrożeniem. Przypadki Stanisława Mikulskiego, Andrzeja Kopiczyńskiego czy Janusza Gajosa pokazują, że to grozi zamkniętą szufladą, z której często nie ma wyjścia. Ja nigdy nie obawiałem się takiej sytuacji, ponieważ aktorzenie traktowałem jako przygodę.

- Natomiast zupełnie nie jest prawdą, że w swojej tak zwanej karierze zagrałem jedynie Borewicza, ponieważ zaczęło się to inaczej i toczy się całkiem inaczej.

Właśnie. Telefon nie zamilkł na zawsze po roli Borewicza. W 2008 roku zaproponowano panu wcielenie się w detektywa Malanowskiego...

- On nie nazywał się Malanowski. Producent chciał, żebym ja grał... siebie. Usłyszałem, że w produkcji nie zastanawiali się nad nazwiskiem bohatera, bo - jak usłyszałem - zależało im, żebym był to ja. Zbaraniałem. Jak to ja? No tak: Bronisław Cieślak jest Bronisławem Cieślakiem i przyjmujemy, że on jest detektywem. Zaproponowano mi nawet, że naprawdę założą mi biuro detektywistyczne. Tak silne było pragnienie osiągnięcia pełnej wiarygodności.

Iluzji?

- Tak. Zresztą ta iluzja, ku mojemu zdumieniu, rzeczywiście działa na niektórych ludzi. Na Dworcu Centralnym w Warszawie zaczepił mnie pewien mężczyzna z propozycją rozwikłania jakiejś sprawy. Ze śmiertelną powagą spytał, ile kosztuje wynajęcie mojego biura. Był bardzo rozczarowany, gdy powiedziałem, że nie świadczę usług detektywistycznych. Zrozumiałem wtedy, że dla ludzi nie jestem już tylko Borewiczem.

- Cała moja filmowa przygoda zaczęła się od roli inżyniera Bogdana Zawady w serialu "Znaki szczególne". Dopiero potem był "07 zgłoś się", niesłychanie popularny i oglądany do dziś. Ale od sześciu lat ja już nie nazywam się Borewicz. Nastolatki niekoniecznie wiedzą, że w ogóle był jakiś Borewicz! One mnie znają jako Malanowskiego. Na ulicy wołają za starzejącym się Cieślakiem: "Malanowski! A mogę sobie z panem zdjęcie zrobić? I niech mi pan podpisze, tylko koniecznie, że to od Malanowskiego". Tak to teraz działa.

Brał pan udział w projektach, które trwały krótko i poszły w zapomnienie. Dużo czasu dawał pan Malanowskiemu?

- Myślałem, że nakręcimy jakieś dwadzieścia odcinków i będzie koniec. A tu za chwilę, za parę dni, zrobimy siedemsetny odcinek tego cyklu! 

- Gdyby sześć lat temu ktokolwiek powiedział mi o takiej perspektywie, nie wiem, czy bym się ucieszył. Pewnie by mi się włos na głowie zjeżył (śmiech).

Malanowski ma swoich stałych współpracowników. Ale poza nimi w czasie tych blisko siedmiuset odcinków pojawiło się przy panu tysiące ludzi. Pracuje pan z nimi, a potem oni odchodzą i na zawsze znikają z pańskiego życia. Nie stanowi to dla pana żadnego problemu?

- Te spotkania są jedną z największych wartości mojej pracy. Codziennie poznaję na planie 5-7 osób. To są ludzie ze wszystkich możliwych szuflad i półek; bardzo młodzi i bardzo starzy... Księgowe, nauczycielki, kolejarze, emeryci, uczniowie. Łączy ich jeden wspólny mianownik - są ciekawi, jak to się gra przed kamerą. Mają jakieś niespełnione w tym względzie marzenia. I kombinują na różne sposoby - jedni lepiej, inni trochę gorzej.  Czasem gołym okiem widać, że dana osoba nie ma tej iskry bożej, żeby wczuć się w rolę, kogoś udać. Jest to robione w sposób naiwny,  teksty mówione są jak na szkolnej akademii. Ale bywa, wcale nie tak rzadko, że pojawiają się ludzie, którzy może nie zdaliby egzaminów do Akademii Teatralnej, ale niewątpliwie mają jakiś rodzaj talentu. Obcowanie z nimi na planie daje mi impuls do rozważań, co to w ogóle jest ten talent aktorski; jak to jest stać się przed kamerą kimś innym?

Nie uwierzę, że te sześć lat i prawie siedemset odcinków przemknęło przez pańskie życie jak ekspres, nie pozostawiając w pamięci jakichś szczególnych zdarzeń i dramatycznych sytuacji.

- Codziennie są takie sytuacje. To może jest szkicowane grubą kreską, ale w każdym z tych odcinków jest jakiś ludzki dramat: komuś porwano dziecko, komuś zgwałcono dziewczynę, jakiś młody człowiek zaszczuwany w szkole próbuje popełnić samobójstwo.  

A wokół są jeszcze ludzie, których nie widać na ekranie - cała ekipa "Malanowskiego".

- O tak, o nich też mógłbym długo mówić. Przecież dla niektórych tych młodych ludzi sześć lat pracy przy "Malanowskim" to znacząca część ich życia. Niektórzy poznali się na tym planie, połączyli się w pary, mają już dzieci, zapraszają mnie na kolejne chrzciny.

Jak rodzina przyjmuje fakt, że niemal codziennie dzwonią do pana dziennikarze?

- Przez fakt utrwalenia się w pamięci widzów "07 zgłoś się" jestem traktowany nie tylko jako człowiek, który zagrał w tym serialu i jakoś tak dziwnie się spatynował przez te wszystkie lata. Czytam, że to jest jakaś ikona PRL-u, symbol minionych czasów.

- Jak po raz kolejny i kolejny dzwonią dziennikarze, śmieję się sam z siebie, że jestem dyżurnym wspominaczem PRL-u. Dzwonią przed Dniem Kobiet, z okazji wycofania polonezów ze służby policyjnej, kolejnej emisji "07 zgłoś się" i w podobnych sytuacjach - żebym się do tego odniósł. Żona żartobliwie mówi: "Ty już jesteś zabytek".

A jak postrzegają to pańskie dzieci?

- Nie mają z tym żadnego problemu. Nie ekscytują się. Dla moich dzieci Borewicz to prehistoria. Kiedyś oglądaliśmy razem jeden z odcinków i córka spytała mnie, czy kremplina, którą gangsterzy sprowadzali to Polski, to jakieś dragi, i dlaczego prostytutka pod hotelem "Victoria" liczy na to, że ktoś zawiezie ją za jednego dolara aż na Okęcie. Tłumaczę jej, że taka była wtedy wartość jednego dolara, za którego można było kupić dużą flaszkę gorzały.

 

Podobno niedawno miał pan na planie "Malanowskiego" nietypową wizytę?

- Tak. Córka z synem, czyli moim dziewięcioletnim wnukiem, przyjechała z Krakowa do Warszawy. Oczywiście nie z wyłącznym zamiarem odwiedzenia mnie na planie "Malanowskiego", bo miała ambitniejsze plany. Odwiedziła z synem Centrum Nauki Kopernik, pokazała mu kawałek stolicy i przy okazji przywiozła go na plan zdjęciowy. Wnuczek wstrzymał oddech, wybałuszył oczy i przyglądał się, jak dziadek się wygłupia.

Czy popularność, poza czasami kłopotliwą rozpoznawalnością w miejscach publicznych, przynosi panu jakieś profity?

- To już też przeminęło z tamtą epoką. Kiedyś to było coś, a dziś jest bez znaczenia. Mówię o tym, że w dobie powszechnego niedoboru popularna z telewizji małpa - jak sami aktorzy mawiają o sobie ironicznie - mogła coś załatwić. Na małpę załatwiało się papier toaletowy i szynkę, i na małpę czasem unikało się mandatów.

- A dziś ja z fotoradarem nawet nie pogadam. Poza tym wszystko jest w sklepach, to co ja mam załatwiać na małpę? No, ostatnio bez kolejki mogłem dostać się do lekarza. Wyglądało to tak, że wśród oczekujących wypatrzyła mnie pielęgniarka i chciała mnie wpuścić przed innymi. Tak mnie to speszyło, że odmówiłem i uciekłem stamtąd do innej przychodni.

Wspomniał pan o wizycie u lekarza. Nie wygląda pan na człowieka, który poza rutynowymi badaniami musiałby spędzać czas na korytarzach lekarskich przychodni. Kiedyś był pan znakomitym pływakiem z uprawnieniami ratownika. Czy ta widoczna doskonała forma wynika z tego, że  nadal pan systematycznie uprawia pływanie?

- Na systematyczne pływanie nie mam szans ani też pewnie chęci. Ja niesystematycznie żyję, szczególnie, gdy mam zdjęcia w Warszawie. Czasem jestem potrzebny rano, czasem po południu, a jeszcze innym razem od rana do wieczora. Jeśli nie mam zdjęć, to w Krakowie czasem popływam w basenie. Jeżdżę trochę na rowerze, chodzę na spacery z psem. Żadnych nadzwyczajnych gimnastyk nie robię ani ciężarów na siłowni nie podnoszę. Może to błąd? Kiedyś to naprawię, jak będę miał więcej czasu. 

Agencja W. Impact

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama