Reklama

M jak miłość

Ocena
serialu
9,8
Super
Ocen: 362423
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Przypominamy, co jest ważne w życiu

Kacper Kuszewski marzy, by Marek Mostowiak przestał być grzeczny. Wolałby, żeby podrywał piękne kobiety, robił lewe interesy i - we współpracy z Jimem Carreyem - zamienił serialową Grabinę w park rozrywki. Chciałby też nakręcić odcinek "M jak miłość" z gościnnym udziałem brytyjskich aktorów, do których ma słabość.

Jaką inną postać z "M jak miłość" chciałbyś zagrać?

Kacper Kuszewski: - Nie zamieniłbym się z nikim. Gdy zaczynaliśmy tworzyć serial, mój bohater był czarną owcą w porządnej rodzinie Mostowiaków. Bardzo się cieszyłem, że zagram taką postać, chciałem być wiecznym utrapieniem dla rodziców i rodzeństwa. Potem, nie wiem kiedy, zamieniłem się w idealnego ojca i męża.

Reklama

- Podobno Marek wygrywa w rankingach na najlepszego kandydata na zięcia, w których głosują panie oglądające serial. Jeżeli o czymś marzę, to o tym, by mój bohater nie był taki grzeczny. Niech jeździ na motocyklu, podrywa piękne kobiety, niech ma kłopoty, robi lewe interesy. To byłoby coś!

Jaką hollywoodzką gwiazdę najbardziej chciałbyś zobaczyć na planie "M jak miłość"?


- Jestem wielkim entuzjastą wszelkich wątków komediowych, które pojawiają się w naszym serialu, więc wprowadziłbym do nas dobrego komika. Na przykład Jima Carreya. Byłoby super, gdyby nagle pojawił się w Grabinie. Kim mógłby być? Jego bohater przyjechałby, żeby wybudować wielki park rozrywki, a Marek wszedłby z nim w spółkę. Musieliby zrobić przekręt na miliony dolarów i przekonać wszystkich rolników, żeby zostawili sady i uprawianie ziemi za rzecz tej inwestycji. Cała Grabina zamieniłaby się w park rozrywki.

- Chętnie zobaczyłbym na planie jakichś brytyjskich aktorów, do których mam słabość. Grają w kasowych filmach, u świetnych reżyserów, ale nie są gwiazdami w stylu hollywoodzkim. Rewelacyjna jest Emily Watson, która grała w "Przełamując fale", Judi Dench czy Helen Mirren. Gdyby przyjechały, byłoby wspaniale. Bardzo lubię również Juliette Binoche i Jude'a Law. Moglibyśmy zrobić odcinek "M jak miłość" z ich udziałem.

- A poważnie, nie potrzebujemy zagranicznych gwiazd, bo mamy w obsadzie bardzo dobrych aktorów. Na samym początku, gdy zostałem zaproszony do pracy na planie serialu, byłem zaraz po ukończeniu szkoły teatralnej. Wtedy studentów przygotowywało się do grania Mickiewicza, Słowackiego, Czechowa. Młodym aktorom wydawało się, że nie są powołani do występowania w serialach, bo chodzi o wielką sztukę. Miałem wątpliwości, czy powinienem zaczynać karierę aktorską od "M jak miłość", ale zostały rozwiane, gdy dowiedziałem się, że będę grał u boku Teresy Lipowskiej, Dominiki Ostałowskiej, Małgosi Kożuchowskiej, Witolda Pyrkosza czy Emila Karewicza.

Gdybyś mógł od dziś zacząć pisać scenariusze do "M jak miłość", jak wyglądałby twój wątek w serialu? Nie zmieniłby się, czy byłby diametralnie inny? 

- Wprowadziłbym bardziej drapieżne wątki. Był czas, w którym Marek zanurzył się po same uszy w życiu rodzinnym, relacjach z żoną i wychowywaniu dzieci. Niewiele się u niego działo, tylko czasami przestawał być grzecznym, ułożonym mężczyzną. Gdy zaczynał rozrabiać, jak w przypadku pamiętnego romansu z Grażyną (Bożena Stachura), od razu lepiej się czułem!

- Chciałbym, żeby częściej dokazywał, popełniał błędy, szalał. Ostatnio w jego życiu pojawiły się dwie kobiety naraz i zrobiło się bardzo ciekawie, ale teraz znowu Marek staje się dojrzały i rozsądny. Szkoda. Czasem mam wrażenie, że w "M jak miłość" złe postaci pojawiają się tylko jako kontrapunkt dla naszej idealnej rodziny, żebyśmy na ich tle wydawali się jeszcze lepsi.

Czy wyobrażasz sobie życie bez "M jak miłość"?

- W zawodzie aktora zawsze najbardziej pociągała mnie różnorodność, możliwość robienia wielu rzeczy. To, że mogę grać w teatrze, filmach, występować w telewizji, pracować w dubbingu czy radiu. Jak się okazało w moim przypadku, także tańczyć i śpiewać. Poszczęściło mi się, mogę się realizować na każdej płaszczyźnie.

- Gdyby praca w "M jak miłość" była moim jedynym zajęciem, pewnie trudno byłoby mi wyobrazić sobie bez niej życia. Ale serial zajmuje mi kilka do kilkunastu dni w miesiącu. Mamy też przerwy wakacyjne. Pozostały czas spędzam robiąc zupełnie inne rzeczy. Pracuję w kilku teatrach, dubbinguję, realizuję swoje projekty. Cieszę się, że ten serial powstaje, jestem do niego przywiązany, ale to nie jest moje całe życie zawodowe.

- W zawód, który uprawiam, wpisane są zmiany. Polega na tym, że ciągle robi się coś nowego. Spektakle przygotowuje się po kilka miesięcy, albo - jak to ma miejsce w przypadku Teatru Pieśń Kozła, gdzie pracuję - nawet dwa lata. Gra się ten spektakl przez jakiś czas, a potem znika z afisza. W przeciwieństwie do filmu, nie może go więcej obejrzeć. Aktor idzie dalej - to stan naturalny. Dopóki coś jest, angażuję się w to na całego, gdy się kończy, zaczynam kolejną pracę.


Gdy słyszysz "M jak miłość", co pierwsze przychodzi ci do głowy?

- Z jakiegoś powodu w naszym kraju mamy skłonność do darzenia empatią ludzi, którym się nie udało, którzy mają ciężko. Do ludzi sukcesu podchodzimy z dystansem. To dotyczy także zjawisk. Mam wrażenie, że słyszę w wypowiedziach o "M jak miłość" nutkę ironii, lekceważenia, że to opera mydlana, głupiutki serial. Tymczasem prawda jest taka, że "M jak miłość" odniosło nieprawdopodobny sukces. Wyrosło na nim całe pokolenie Polaków - to fenomen socjologiczny.

- Wszędzie na świecie, gdybyśmy odnieśli taki sukces, bylibyśmy przez wszystkich darzeni najwyższym możliwym szacunkiem. Ludzie będą o tym serialu pamiętać latami, weszliśmy do historii polskiej telewizji, a ja jestem tego częścią. Mam prawo być dumny do końca życia, że dane mi było brać udział w tym przedsięwzięciu.

- Nie wstydzę się tego, co robimy. Uważam, że wykonujemy dobrą robotę. Od trzynastu lat opowiadamy ludziom historię, którą ciągle chcą oglądać. Kosztem przemian, które nastąpiły w naszym kraju przez ostatnie dwadzieścia lat, jest to, że mamy dużo mniej czasu dla rodziny. Wszyscy są zajęci pracą, karierą i walką o przetrwanie, a nie podsycaniem domowego ogniska.

- Myślę że ludzie nas oglądają, bo nieustannie przypominamy, co jest ważne w życiu. Jeżeli nie ma się kilku bliskich osób wokół siebie, to cała reszta jest bezużyteczna. Jeżeli taką wiadomość wysyłamy w świat, to jest to kolejna rzecz, którą można temu serialowi zapisać na plus. Z tym kojarzy mi się "M jak miłość".


Dowiedz się więcej na temat: M jak miłość | seriale | Kacper Kuszewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje