Reklama

M jak miłość

Ocena
serialu
9,8
Super
Ocen: 368273
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"M jak miłość": Miła, ale z charakterkiem

Gdy niedawno odbierała platynową Telekamerę Tele Tygodnia, była zaskoczona. A przecież nikt, tak jak ona, nie zasłużył na nagrodę przyznawaną przez widzów!

- Śniłam o niej tyle lat - aktorka nie potrafiła ukryć wzruszenia podnosząc do góry platynową statuetkę.

Reklama

- Teraz wreszcie mam swoją, nie tylko tę wspólną, za ukochane "M jak miłość" - dodała.

A potem jej twarz rozświetlił promienny uśmiech tak doskonale znany wszystkim wielbicielom Barbary Mostowiak.

A może medycyna?

Choć już jedna ze szkolnych nauczycielek namawiała ją na zdawanie do szkoły teatralnej, Teresa Lipowska podchodziła do tej propozycji z dużym dystansem.

- Trochę się krępowałam - opowiadała w jednym z wywiadów. - Wydawało mi się, że to Sophia Loren, Gina Lollobrigida czy Greta Garbo są prawdziwymi aktorkami, a nie osoba z moją "zewnętrznością" - dodawała.

Dlatego też zaczęła poważnie myśleć o studiowaniu medycyny. Ponieważ jednak słowa nauczycielki poruszyły delikatną strunę w jej duszy, zdecydowała się złożyć papiery również do łódzkiej PWSFTviT. - Przed egzaminem byłam bardzo zdenerwowana - wspominała swój pierwszy poważny występ aktorka. - Ale pomyślałam, co mi tam - dodała.

I... gdy w jednej ze scenek, które miała zagrać, zasiadająca w komisji Ewa Zdzieszyńska zarzuciła jej, iż wyimaginowane rzodkiewki, którymi handluje, są nieświeże, z tupetem godnym prawdziwej przekupki rzuciła:

"Gdyby pani taka sparciała była, jak te rzodkiewki, to już by było dobrze". Komisja była zachwycona, a chwilę później do Teresy Lipowskiej podeszła Janina Chojnacka, dyrektorka Teatru Powszechnego w Łodzi i zapewniła ją, że niezależnie od tego, czy zdała egzamin, czy nie, to "za rzodkiewki" już ma angaż w jej teatrze. Niebawem okazało się, że Teresa Lipowska jest studentką pierwszego roku.

Scena i kabaret

Jednak po ukończeniu z wyróżnieniem szkoły teatralnej, aktorka rozpoczęła swą sceniczną karierę nie w Łodzi, a w stolicy. Pracę w Teatrze Ludowym wspomina z rozrzewnieniem. - Były to cudowne lata, bo grałam niemal wszystko - mówiła artystka. - Od kapusty, przez księżniczki, do Balladyny i bohaterek Brechta - uzupełniła.

A na widowni zawsze był komplet. Praska publiczność szczególnie szalała, gdy w repertuarze pojawiały się sztuki bliskie sercu ludności prawobrzeżnej Warszawy, jak np. "Kochankowie z Targówka". Świetnie zagrana rola rudej Ceśki w tym przedstawieniu uchroniła Teresę Lipowską od kradzieży, a może nawet pobicia.

- Któregoś dnia wracałam do domu tramwajem i w pewnym momencie do wagonu wsiadła grupa szemranych wyrostków - opowiadała aktorka. - Po chwili jeden z nich podszedł do mnie, zaczął mnie zaczepiać  i wyraźnie szykował się do wyrwania mi torebki. I nagle, z drugiego końca wagonu wyskoczyło kilku chłopaków, otoczyło napastnika i używając podwórkowej łaciny szybko mu wytłumaczyło, co się stanie jeśli nie da spokoju naszej "Ceśce z Targówka".

Zszokowana podziękowałam i zapytałam, skąd mnie znają. A oni dumnie stwierdzili: "Byliśmy na przedstawieniu" - uzupełniła. Mniej więcej w tym samym czasie muzykalna aktorka (ukończyła średnią szkołę muzyczną w klasie fortepianu), rozpoczęła przygodę z "Kabaretem Dudek". Choć jak sama zaznacza, przygotowywania do kolejnych przedstawień, to była niemal katorżnicza praca, nigdy nie żałowała, że przyjęła propozycję Edwarda Dziewońskiego.

Od filmu do serialu

Debiutem filmowym Teresy Lipowskiej był obraz Leonarda Buczkowskiego "Pierwszy start". Ale chyba większość kinomanów zaczęło ją rozpoznawać dzięki roli sierżant Danuty Pawlak w "Rzeczpospolitej babskiej" z 1969 roku. Prawie w tym samym czasie aktorka zadebiutowała w serialu. W "Przygodach psa Cywila" wcieliła się w rolę nauczycielki. A potem..., a potem były kolejne teatralne wcielenia i ponad osiemdziesiąt kreacji filmowych. Aż nadszedł koniec lat dziewięćdziesiątych.

- Przez przypadek spotkałam Ryszarda Zatorskiego - opowiadała aktorka. - I on w pewnym momencie rzucił: "Teresa, no przecież jutro jest casting do "M jak miłość", przyjdź koniecznie - dodała. No i oczywiście przyszła. - Na castingu pojawiłam się w eleganckiej sukni, włosy zrobione à la Sophia Loren, zmalowana jak kamienica na przyjęcie cesarza - wspominała aktorka. - I nagle dostaję tekst baby ze wsi, która mówi, że trzeba oporządzić owce. Mina mi zrzedła, ale nie straciłam rezonu. Włosy rozczesałam, zrobiłam na środku przedziałek, na sukienkę zarzuciłam jakąś chustę i... wkroczyłam do akcji - uzupełniła.

Z takim rozmachem, a jednocześnie wyczuciem, że twórcy serialu nawet przez moment nie mieli wątpliwości, iż właśnie stoi przed nimi Barbara Mostowiak. I pewnie żadnemu z wielbicieli "M jak miłość" nigdy nawet do głowy nie przyszło, że tę rolę mogłaby zagrać inna aktorka.

hm

Świat Seriali

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje