Reklama

M jak miłość

Ocena
serialu
9,8
Super
Ocen: 367512
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"M jak miłość": Kacper Kuszewski uwielbia świąteczne tradycje

W przyszłym roku minie 18 lat, od kiedy gra Marka Mostowiaka w „M jak miłość”. Jednak jak sam przyznaje, aktorstwo to tylko jeden z jego talentów.

Trudno uwierzyć, ale za kilkanaście miesięcy "M jak miłość" świętować będzie swoją "pełnoletność". Jakie to uczucie?

Reklama

- Fantastyczne! Nareszcie będziemy mogli poszaleć jak dorośli. (śmiech) A mówiąc poważnie, przestałem już właściwie liczyć te mijające lata. Cieszę się, że wciąż jesteśmy najchętniej oglądanym serialem w polskiej telewizji.

Jest pan związany z "Emką" od początku. Był pan świadkiem, jak produkcja raczkowała, a z czasem nabierała wiatru w żagle. Czy w 2000 roku przypuszczał pan, że z postacią Marka zwiąże się na tak długo?

- Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że "M jak miłość" będzie tak wielkim sukcesem. O ile wiem, po pierwszym sezonie rozważano nawet zakończenie emisji. Producenci postanowili jednak dać sobie jeszcze jeden rok. I wtedy nastąpiła eksplozja popularności. Jej skala przerosła nasze najśmielsze oczekiwania.

Można powiedzieć, że postać Marka zatoczyła koło. Od niesfornego syna do ojca niesfornych dzieci...

- To prawda! Kiedy zaczynaliśmy, Marek miał mniej więcej tyle samo lat, ile mają teraz jego adoptowane córki. Serialowy Mateusz też będzie wkrótce pełnoletni. A skoro Markowi udało się jakoś wyjść na ludzi, to jest nadzieja, że jego dzieci też sobie poradzą. (śmiech)

Przez ten czas wielu pańskich kolegów odeszło z obawy przed zaszufladkowaniem. Czy panu również zdarzyły się momenty kryzysowe?

- Serial na wiele lat dał mi poczucie niezależności. Nie musiałem martwić się o pracę ani walczyć na castingach o inne role. Zamiast tego skupiłem się na realizowaniu moich artystycznych marzeń. Najpierw przez kilka lat prowadziłem z przyjaciółmi własny awangardowy teatr, a potem związałem się z międzynarodową grupą "Teatr Pieśń Kozła" z Wrocławia. To jedna z najlepszych niezależnych scen w Europie, bardzo ceniona za granicą. Oprócz tego miałem jeszcze czas grać w innych spektaklach, a także w Kabarecie Olgi Lipińskiej, w dubbingu, często brałem udział w różnych koncertach, nagrałem solową płytę pt. "Album rodzinny" itd. Mogłem robić te wszystkie rzeczy, bo serial zapewniał mi byt. Oczywiście czasem uwiera mnie, że większość widzów nic o tych moich zawodowych dokonaniach nie wie i widzi we mnie tylko serialowego Marka, ale taka jest cena popularności.

18 lat to szmat czasu - ludzie odchodzą, przychodzą. Które pożegnanie na planie było dla pana najtrudniejsze - oprócz oczywiście ś.p. pana Witolda Pyrkosza.

- W ciągu tych lat żegnaliśmy wielu naszych kolegów. Nie tylko aktorów, Mariusza Sabiniewicza czy Maćka Kozłowskiego, ale też członków ekipy filmowej. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie śmierć Adama Iwińskiego,
który pełnił funkcję drugiego reżysera. Był wspaniałym filmowcem, bardzo ciepło go wspominam. Ale w serialu przeżywamy wspólnie również radosne chwile, na przykład, kiedy naszym kolegom i koleżankom z ekipy rodzą się dzieci.

Ostatni rok poddał małżeństwo Ewy i Marka wielu trudnym emocjonalnie próbom, z których wyszli zwycięsko. Czy najbliższa przyszłość wniesie więcej spokoju do ich życia?

- Mam nadzieję, że nie. Sielanka jest dla serialu zabójcza, widzowie są przecież spragnieni emocji! Liczę więc na pomysłowość naszych scenarzystów. Kłopotów na pewno dostarczą Mostowiakom ich dzieci. Oprócz tego Ewę spotka bardzo przykra sytuacja w pracy i w tę aferę, oczywiście, włączy się też Marek.

Ostatnio błyszczał pan w programie "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Nie było to pierwsze pana zetknięcie z muzyką. Na swoim koncie ma pan już role w musicalach oraz debiutancką płytę - "Album rodzinny". Co panu daje śpiewanie? Czy zamierza pan dalej iść tą drogą i może myśli już o kolejnym krążku?

- Śpiewam od samego początku mojej aktorskiej drogi i nie zamierzam przestać. Jestem jednak śpiewającym aktorem, a nie wokalistą, nie myślę więc o nagrywaniu kolejnych płyt, ale raczej o recitalu piosenki aktorskiej albo realizacji jakiegoś ciekawego spektaklu muzycznego. Kilka lat temu wspólnie z Kasią Zielińską zrobiliśmy w Teatrze Roma bardzo udane przedstawienie pt. "Berlin, czwarta rano" z piosenkami z niemieckich kabaretów lat 30-tych XX wieku. Towarzyszyli nam Anna Głogowska i Rafał Maserak oraz zespół świetnych muzyków. Bardzo dobrze wspominamy z Kasią tamten projekt i czasem zastanawiamy się, czy nie zrobić razem kolejnego spektaklu.

Za rogiem czeka mała przerwa od obowiązków zawodowych - Boże Narodzenie. Czym dla pana jest ten czas? Prezenty już gotowe?

- Święta to dla mnie przede wszystkim czas odpoczynku i spotkań z rodziną. Nie biegam po sklepach, nie robię zakupów. Zamiast wydawać pieniądze na prezenty, wolę wpłacić je na cele charytatywne. Ale uwielbiam
polskie tradycje świąteczne, zwłaszcza te kulinarne. Ugotuję więc, jak co roku, barszcz z uszkami i upiekę sernik, tego rodzina mi nie odpuści. (śmiech) A poza tym zamierzam czytać książki, słuchać dużo muzyki i słodko leniuchować.

Czego by pan życzył sobie i Czytelnikom "ŚS"z okazji Świąt i Nowego Roku?

- Abyśmy okazywali sobie więcej życzliwości, nie tylko w święta. Byśmy umieli się lubić i szanować, mimo wszystkich różnic. I żebyśmy się aż tak wszystkim nie martwili i nie przejmowali, bo żyje się dużo przyjemniej, kiedy człowiek trochę wyluzuje. (śmiech) A więc spokojnych, uśmiechniętych świąt i więcej luzu w Nowym Roku!

Rozmawiał: Marcin Godlewski

Świat Seriali

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje