M jak miłość

Ocena
serialu
9,9
Super
Ocen: 311635
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"M jak miłość": Etatowy wykidajło

Mimo że Jacek Lenartowicz już odpadł z rywalizacji w "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami", jest zadowolony, bo udział w programie był dla niego cenną lekcją. Teraz skupi się na graniu Janka z "M jak miłość", który chyba w końcu znalazł kobietę swojego życia!

  

Reklama


Czy zdawałeś sobie sprawę, na co się decydujesz, gdy przyjmowałeś propozycję udziału w "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami"?

- Zadzwonili do mnie ludzie z produkcji programu i powiedzieli, że Nina Terentiew chciałaby, żebym w nim wystąpił. Zgodziłem się od razu, bo kobietom się nie odmawia. Poza tym nie mam już dwadzieścia lat, tylko trochę więcej, to miłe, że ktoś mnie zauważył i złożył taką propozycję. Przed rozpoczęciem treningów wydawało mi się, że potrafię tańczyć, ale szybko okazało się, że nie potrafię. W ogóle! Sumiennie trenowałem, a przy okazji w ciągu miesiąca schudłem pięć kilogramów.

Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją decyzję?

- Mimo że już odpadłem z programu, widzę same plusy. Oczywiście, że z udziałem w "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami" wiązał się stres, nie ma mowy, żeby go nie było, ale jestem zadowolony. Dokonałem dużej rzeczy, połamałem się wewnętrznie. Przyszedłem na pierwszy trening z bagażem lepszych i gorszych doświadczeń, miałem na swój temat wyrobione zdanie. Nagle okazało się, że mój obraz, który stworzyłem, został zaburzony.

- Pojawiła się mała dziewczynka, Paulinka Biernat (partnerka taneczna Jacka Lenartowicza w programie "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami" - przyp. aut.), i otworzyła mi oczy. Musiałem się przyznać, że ona jest lepsza ode mnie, że ona umie, a ja - nie umiem. To było trudne, mówię o tym uczciwie. Niełatwo przyszło pięćdziesięcioletniemu panu przyznać się, że czegoś nie potrafi. Musiałem się z tym zmierzyć. I bardzo dobrze, że do tego doszło, bo dzięki temu mogłem się o sobie dużo dowiedzieć.

Takie lekcje są bardzo cenne.

- I zapadają w pamięć na całe życie. Mieszkałem kiedyś w Australii, gdzie robiłem różne rzeczy. Miałem knajpę, firmy malarskie, malowałem i byłem pomocnikiem malarza, czasami grałem. Gdy tam przyjechałem, niczego nie umiałem. Potrafiłem tylko mówić po polsku z "ł" przedniojęzykowym, ale nikogo to tam nie obchodziło. Pracowałem z panem Zdzisiem, który powiedział do mnie: ty, Jacek, zap*** po farbę. Zagotowałem się, że tak do mnie mówi i chciałem szybko wyjaśnić sprawę po męsku, ale przyszła refleksja. Mój syn Eryk był wtedy malutki, pomyślałem, że trzeba mu kupić buty, że mamy inne wydatki. Zagryzłem zęby i powiedziałem: okej, a gdzie jest ta farba? I poszedłem. To było łamanie się jak teraz na parkiecie. Na początku, gdy Paulina zwracała mi uwagę, buntowałem się, ale potem doszło do mnie, że ma rację.

Nie dziwię się, że odpuściłeś. Paulina jest kobietą drobnej postury, ale drzemie w mniej silny charakter.

- Super dziewczyna, tylko dużo gada.

To samo powiedziała o tobie! Super facet, tylko dużo gada.

- Widocznie tak nas podobierali. Stworzyli profile psychologiczne i pewnie najlepiej do siebie pasowaliśmy (śmiech). Podczas treningów tańczyliśmy, przerwa i gadanie, a potem znowu taniec.

Jak sobie radziłeś podczas treningów? Wytrzymywałeś tempo?

- Na początku bolały mnie stopy i kolana, po dwóch tygodniach bolało mnie wszystko, ale z czasem się wytrenowałem. Oczywiście, że się męczyłem, cztery-pięć godzin treningu codziennie to spory wysiłek, ale o dziwo dawałem radę. Panowie pięćdziesiąt plus górą!

Czy udział w "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami" wpłynął jakoś na twoją pracę na planie "M jak miłość"?

- Udało mi się wszystko pogodzić, cały czas miałem zdjęcia. W zeszłym tygodniu spotkałem się na planie z Małgorzatą Pieńkowską, czyli serialową Marią. Janek, którego gram, tak ją adorował, że zastanawiam się, czy niedługo nie będą ze sobą sypiać (śmiech). Pani Mario, ja to dla pani w ogień skoczę; pani Mario, ciasteczko? Przy takiej figurze może sobie pani pozwolić. To były ciekawe sceny - myślę, że dobrze wyszły. 

- Ten mój Janek jest już określony, zbudowaliśmy go z Aliną Puchałą (scenarzystka wiodąca "M jak miłość" - przyp. aut.). Ona pisała scenariusze, ja dokładałem od siebie. Jesteśmy jego rodzicami chrzestnymi. I powiem nieskromnie - udał nam się! To facet stąd dotąd (Jacek Lenartowicz zaznacza rękoma w powietrzu pewien odcinek - przyp. aut.). Jak mówiła Leonia Pawlak w "Samych swoich": sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Takie podejście ma Janek Zawadzki. Jeśli kogoś lubi, to na całego, a jeżeli nie, daje o tym znać na każdym kroku. Nie udaje, nie jest fałszywy, równy koleś.

Doszły mnie słuchy, że nie o Marię chodzi, a Olgę...

- Wiele na to wskazuje. Nasi bohaterowie zachowują się trochę jakby byli włoską rodziną, mimo że rodziną póki co nie są. Nie lubią się, ale ich do siebie przyciąga. Gdy się spotykają, iskrzy. Nasz duet może być dynamitem!


W takim razie musicie uważać, żeby nie wysadzić w powietrze bistro Za rogiem.

- Może tak się stać (śmiech). Zobaczymy, co napisze Alina. Na razie Janek likwiduje konkurencję. Śmiałem się niedawno w rozmowie z żoną, że zostałem pierwszym etatowym wykidajłą w "M jak miłość". Ostatnio często mam okazję do wyrzucania za drzwi facetów próbujących zdobyć względy Olgi (Marta Ścisłowicz - przyp. aut.). Gdy coś się dzieje, za fraki i na ulicę! Powinni zamontować w bistro Za rogiem wahadłowe drzwi jak na Dzikim Zachodzie (śmiech).

Zejdą się, czy nie - jak sądzisz?

- Janek tyle razy dostał od życia po dupie, drodzy widzowie, że nie jest mu łatwo znowu komuś zaufać. Gdy człowiek dostaje raz, trzeci, piąty, dwudziesty, zaczyna się zastanawiać nawet, gdy widzi, że spotkał kogoś wartościowego. Myśli: to nie ma sensu, bo znowu będzie źle. Janek jest na etapie racjonalnego podejścia do życia. Sadzę, że nie da się omotać miłości od razu, o ile w ogóle.

- Pamiętam jego związek z Sylwią (Anna Gzyra - przyp. aut.). Na początku się wzbraniał, uciekał, a ona napierała i wyszło jak zwykle. W końcu dał się podejść, otworzył się i znowu dostał łomot. Wysłał ją do sanatorium, wspierał, a ona zaszła w ciążę z lekarzem. Potem Alina wymyśliła, że Janek jest męską wersją Matki Teresy z Kalkuty; przygarnął to dziecko i kochał jak swoje. Rozumiesz? Skończyło się na tym, że Sylwia pojechała na truskawki i nie wróciła. Dlatego sądzę, że nie będzie łatwo, nie wiem, czy Janek następny raz da się ponieść emocjom, chociaż Olga jest super kobietą. 

Może tym razem uśmiechnie się do niego szczęście.

- Janek to rycerski facet, który wspiera nieszczęśliwych i uciśnionych. Gdy widzi, że ktoś jest słabszy, poniewierany, budzi się w nim sprzeciw. Uważa, że nie można krzywdzić małych i niewinnych. Zawsze walczy z niesprawiedliwością, jest jak Chuck Norris (śmiech). Oby scenarzyści znowu go nie skrzywdzili, bo na to nie zasługuje. 

Skoro mam okazję... dziękuję za Kowalskiego.

- Miło mi. Kowalski z "Pingwinów z Madagaskaru" mówi moim głosem, zgadza się. Dawno nie nagrywaliśmy, ponieważ nie ma nowych odcinków. W Ameryce ten serial nie sprzedał się tak dobrze jak w Polsce. Sądzę, że to zasługa naszej obsady dubbingowej. Każdy jest wyjątkowo urokliwy, niepowtarzalny, ma swój charakter. Lubię Kowalskiego i wiem, że ta postać podoba się ludziom. Często spotykam się z wyrazami sympatii ze strony jego fanów. Mam nadzieję, że twórcy serialu pójdą po rozum do głowy, bo pingwiny to dla mnie fantastyczna przygoda. Zaczęło się od "Madagaskaru", gdzie miały nieduże role. Reżyserem dubbingu była świętej pamięci Joasia Wizmur, moja koleżanka. Graliśmy małżeństwo w warszawskim teatrze Syrena w przedstawieniu "Tylko bez seksu proszę, jesteśmy Anglikami", gdy była młodziutka, szczuplutka, piękniutka i kochaniutka. Super wspomnienia. Świeć Panie nad jej duszą, to była wspaniała dziewczyna.

Wszechstronny z ciebie facet.

- Jestem użytecznym aktorem, dużo robię, kręci się. Moja praca jest różnorodna - trochę teatru, trochę filmu, serial, teraz zapowiadanie walk podczas gali MMA, wcześniej program w telewizji. Nie ma się czym chwalić, aktorstwo to zawód, w którym należy  spodziewać się niespodziewanego. Nie można się przyzwyczajać, bo za chwilę może być inaczej. Dopóki jest praca, trzeba się cieszyć i brać, a jak nie będzie, robić wszystko, by była. Jak napisał w wierszu ksiądz Jan Twardowski: kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno.

Rozmawiał: Kuba Zajkowski


Dowiedz się więcej na temat: M jak miłość | Jacek Lenartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje