Reklama

Jerzy Górski: "Lubię wyzwania"

Jego serialowy bohater jest ciepłym, wrażliwym facetem, który pragnie zbawić cały świat. 27-letni aktor opowiada m.in. o roli w "Lombardzie...", która przyniosła mu popularność.

Co słychać u serialowego Lolka? W ostatnich odcinkach zmagał się z chorobliwą zazdrością swojej dziewczyny, Dagmary (Milena Palkowska). 

- To bardzo trudna sytuacja. Zarówno Dagmara, jak i Lolek to burzliwe charaktery, choć na różny sposób. Mimo  że mój bohater szuka raczej tych ugodowych rozwiązań, okaże się, że to tylko jeszcze bardziej podsyci konflikt tych dwojga. Kłótnie staną się jeszcze bardziej intensywne, a momentami nawet niebezpieczne! 

A co z jego dawną miłością, Martą (Agata Szafrańska)? Fani bardzo przeżywali ich wzloty i upadki. 

Reklama

- To był pierwszy wątek miłosny w tym serialu od pierwszego sezonu. Oczywiście każda kolejna dziewczyna Lolka jest porównywana do Marty, do tej pierwszej i jedynej. Wśród fanów bardzo często pojawiają się głosy, że ta para powinna być razem, choć na razie ten wątek zszedł nieco na dalszy plan. Co się wydarzy niebawem, zobaczymy! 

Jak zaczęła się pańska przygoda z serialem? Coś pana zaintrygowało w scenariuszu czy formie produkcji? 

- Moja przygoda zaczęła się tak jak wiele innych - od telefonu. Byłem już wcześniej kojarzony przez twórców tego serialu, ponieważ zadebiutowałem w większej roli w serii "Sprawiedliwi - Wydział Kryminalny". Zawsze mnie ciekawiło, jak wtedy wypadłem i zostałem odebrany jako młody, początkujący aktor. To był mój pierwszy duży występ na ekranie. Dopiero po castingu do roli Lolka dowiedziałem się, że zostałem wytypowany ze względu na to, że mnie kojarzono. To był dla mnie spory komplement. Jeśli chodzi o samą historię i scenariusz - na początku nie byłem do końca przekonany. Jednak siłą tego serialu było to, że jest to historia o zwykłych ludziach, których spotykają niezwykłe rzeczy, jak również bardzo oryginalnie rozpisane pierwszoplanowe postaci. Ostatecznie to mnie przekonało, że serial może być naprawdę dobry.  

A opowieści są niesamowite. Czy utkwiła panu w pamięci jakaś poruszająca sprawa? 

- To na pewno historia z mojego pierwszego odcinka. Bolesław Abart, znany wrocławski aktor, zagrał wtedy ojca, który próbował sprowadzić ciało zmarłego syna do Polski i wybudować mu nagrobek ze specjalnego kamienia. Jego bohater wygłosił monolog z podziękowaniem dla pracowników lombardu, po którym na planie zapanowała wielka cisza i wzruszenie. To było niesamowite i bardzo utkwiło mi w pamięci, zwłaszcza że w tamtym momencie niezwykle ważna była dla mnie relacja z moim dziadkiem. 

Podobno przyjaźni się pan z Dominiką Skoczylas, serialową Andżeliką. Gdzie się poznaliście?  

- Znamy się jeszcze z PWST. Już wtedy bardzo się polubiliśmy. Ona jest sympatyczną, bezkonfliktową i bezpośrednią osobą, co bardzo cenię u ludzi. Nigdy nie próbowała udawać kogoś, kim nie jest. Po szkole nasze drogi na chwilę się rozeszły. Spotkaliśmy się ponownie dopiero na castingu do "Lombardu...", co było dla nas bardzo komfortową sytuacją. Dobrze było wiedzieć, że w ekipie będzie znajoma twarz. Ale dopiero w 4. sezonie mieliśmy okazję zagrać w jednym wątku i dobrze nam się pracowało. Mamy bardzo podobne myślenie o pracy. Lubimy pracować szybko, ale też znajdujemy czas, by razem trochę pożartować. 

Czy jesteście z Lolkiem  do siebie podobni? Muszę przyznać, że łączy nas niewiele. 

- (śmiech) Lolek na tle wszystkich sezonów wciąż ewoluuje - od naiwnego i nie za bardzo rozgarniętego, bujającego w obłokach chłopaka, do porządnego faceta, który potrafi wykorzystać swój spryt i inteligencję w pracy i nie tylko. Myślę, że najbliżej mi do takiego Lolka. Wielu moich znajomych, którzy widzieli mnie w serialu, śmieje się do rozpuku. On nie jest tak ironiczny i sarkastyczny, jaki ja czasami bywam.  

Pamięta pan jakieś zabawne sytuacje z planu? 

- Parokrotnie zdarzało się, że do naszego budynku, w którym nagrywamy odcinki, przychodzili ludzie i chcieli naprawdę coś zastawić. Pamiętam, że pod koniec dnia zdjęciowego, gdy nie było już kamer ani sprzętu, Michał Chorosiński (serialowy Mariusz, przyp. red.) przyjął pod zastaw zegarek od pewnego "klienta". Dopiero kierownik planu wybiegł za tym panem i zwrócił mu jego własność (śmiech). Transakcja została anulowana. To były początki serialu, kiedy nie zdobył jeszcze popularności. Ludzie byli przekonani, że to prawdziwy lombard! (śmiech) 

Jak wygląda praca aktora w czasie pandemii? Czym pan teraz się zajmuje? 

- Jestem aktorem wrocławskiego Teatru Układ Formalny. W marcu mieliśmy otwierać nową scenę na Przedmieściu Oławskim prawie w centrum miasta. Były zaplanowane dwie premiery teatralne, serie warsztatów i wiele innych wydarzeń. Wtedy nastąpiła pandemia i musieliśmy wszystko odwołać. Jednak szybko zareagowaliśmy na tę sytuację i przenieśliśmy się do sieci. Teraz powstaje serial internetowy "Krytyczny Bang", który kręcimy w prywatnych mieszkaniach. Wystartowaliśmy 30 kwietnia. Jest to produkcja spod znaku czarnej komedii. Chcieliśmy zrobić razem coś, co będzie opowiadało o naszej rzeczywistości z przymrużeniem oka. 

A jakie ma pan marzenia?  

- Bardzo lubię wyzwania. Jeżeli dostanę propozycję roli, która jest ciekawa, inna od tego, co do tej pory robiłem - a przede wszystkim daleka ode mnie samego - na pewno ją przyjmę. To dzięki takim zasadom podjąłem się występu w "Lombardzie...". Lolek jest postacią kompletnie niezwiązaną ze mną - pod względem charakteru, a nawet stylu ubierania się. Każdy zna jego słynne koszule w kratę, ja jednak nie noszę się tak na co dzień. To jest zawsze ciekawe, kiedy aktor może zagrać coś innego niż dotąd. To moje marzenie - chciałbym zawsze mieć możliwość pracy i dostawać takie propozycje, by móc pokazywać widzom swoją inną, nieznaną jeszcze  nikomu twarz.    


Rozm.: Paulina Miluska

Świat Seriali

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy