Reklama

Kultowe seriale

Ocena
serialu
8,5
Bardzo dobry
Ocen: 4022
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Życie na gorąco": Polski James Bond

Krytycy nie zostawili na serialu suchej nitki. Wyśmiewali niemal wszystko – fabułę nieprzystającą do realiów PRL-u, źle dobraną obsadę. Ale mimo wszystko, gdy zaczynał się kolejny odcinek „Życia na gorąco”, ulice nagle pustoszały. Ludzie byli tak spragnieni Zachodu, że zadowalali się nawet jego namiastką.

Serial powstał w 1978 roku na podstawie scenariusza Andrzeja Zbycha. Pod tym pseudonimem kryli się Andrzej Szypulski i Zbigniew Safjan, współtwórcy "Stawki większej niż życie". W ich zamyśle "Życie na gorąco" miało być rodzajem kontynuacji przygód kapitana Klossa, tyle że osadzoną we współczesności.

Reklama

Główny bohater redaktor Jan Maj, oprócz pisania artykułów do zachodniej prasy, zajmuje się ściganiem międzynarodowej organizacji W. W skład tego tajemniczego związku wchodzą m.in. zbrodniarze hitlerowscy, a jego członkowie zajmują się morderstwami politycznymi, handlem bronią i przemytem narkotyków.

Wielka mistyfikacja

Praca nad serialem trwała 400 dni, wykorzystano do niej około 500 obiektów zdjęciowych i zaangażowano 500 aktorów. Zdjęcia powstawały w 11 krajach! Brzmi naprawdę imponująco, ale niestety to ostatnie było pewną grą pozorów.

- Na lotnisku wojskowym w Skierniewicach urządziliśmy lotnisko afrykańskie. Beczki po oleju Castrol ściągnęliśmy z portów w Trójmieście, postawiliśmy repliki automatów z papierosami i gumami do żucia - wspomina scenograf Bogdan Sölle. A to tylko jedna z mistyfikacji. Ponieważ ekipa nie dysponowała dolarami, Węgry udawały Austrię, Krym Amerykę Południową, a Bułgaria -Francję i Grecję. Zdjęcia na ulicach zachodnich miast kręcone były niemalże z ukrytej kamery.

- Gdy na Zachodzie szykowaliśmy się do ujęcia, ukrywałem kamerę pod wojskową kurtką. Potem ją wyciągałem i kręciliśmy. 90 procent to były ujęcia z ręki, zdarzały się nawet 11-minutowe - opowiada Krzysztof Wawrzyniak, operator kamery. Dlatego też większość zachodnich miast oglądamy jedynie z okien jadącego samochodu... Austriackie rejestracje samochodowe klejono na plastelinę, mosiężna tablica z napisem Ambasada Polska w Wiedniu przez wiele dni przejeżdżała w bagażniku samochodu z Węgier do Austrii, warszawski Novotel udawał włoski hotel, a w Bułgarii ekipa sadziła przy drodze cyprysy, by była bardziej południowoamerykańska.

- Wszystko było kręcone po piracku. W Niemczech stawała ekipa, wyciągała kamery i szybko filmowała. Potem chodu, nim przyjechała policja. Czy tak można zrobić światowy film? - zastanawiał się krytyk filmowy Jacek Szczerba.

Jaki Bond, takie bajery


- Nie miałem żadnych gadżetów, niewiele mogłem. A już na pewno nie skakać, jak Roger Moore po łbach krokodyli, a za chwilę przyciągać łódź za pomocą linki umieszczonej w zegarku - zżymał się Leszek Teleszyński, odtwórca głównej roli. Ale za to ekipie filmowej wypożyczono z FSO dwa fiaty 125p.

Jak wspomina Małgorzata Konic, dekoratorka wnętrz, gdy pojechali na dokumentację do Marsylii, jedno z aut odmówiło posłuszeństwa. Wezwani z serwisu Fiata fachowcy, po otwarciu maski jęknęli tylko: "Takie coś się jeszcze produkuje?". Ale blady strach padł na ekipę, gdy nadszedł dzień, w którym planowano nakręcić wypadek z udziałem jednego z samochodów.

- Długo debatowano, jak to zrobić, by nie zadrasnąć auta, które trzeba było zwrócić w nienagannym stanie. W końcu zdecydowano się poprosić o pomoc kierowcę rajdowego, Marka Varisellę. Udało się, wjechał tak, że wyglądało to, jakby wpadł na drzewo, ale nie dotknął go w ogóle - opowiada Leszek Teleszyński. Magia kina tu też pomogła twórcom serialu "Życie na gorąco"...

HM

Świat Seriali

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Życie na gorąco

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje