Reklama

"Czterej pancerni i pies": Mija 55 lat od premiery ulubionego serialu kilku pokoleń Polaków

Gdy 25 września 1966 roku Telewizja Polska wyemitowała 1. odcinek serialu "Czterej pancerni i pies", nikt nie przypuszczał, że opowieść o dzielnych czołgistach i towarzyszącym im w drodze z Siedlec nad Oką do Berlina Szariku stanie się najpopularniejszą produkcją TVP wszech czasów oraz że – po latach – podzieli Polaków na tych, którzy kochają załogę "Rudego 102" i tych, którzy przygody pancernych uważają za PRL-owską propagandową opowieść zakłamującą historię. Choć od premiery "Czterech pancernych i psa" mija właśnie 55 lat, serial wciąż wzbudza ogromne emocje...

Premiera "Załogi" (taki tytuł nosi 1. odcinek "Czterech pancernych i psa) była wspaniałym prezentem urodzinowym dla Janusza Gajosa. Dwa dni przed tym, jak cała Polska poznała Janka Kosa, aktor świętował 27. urodziny. Nie wiedział jeszcze wtedy, że na życzenie widzów wkrótce wróci na plan serialu i spędzi na nim następne... cztery lata. Przyjmując rolę uroczego czołgisty, był przekonany, że upora się z nią w mig. Serial zaplanowany był bowiem na siedem odcinków. Dopiero po ich emisji zdecydowano się nakręcić kolejnych czternaście.

Aktor jednej roli?

Janusz Gajos nie spodziewał się, że na długie lata zostanie Jankiem i że rola ta niemal... zniszczy mu karierę.

Reklama

Z szuflady z napisem "Janek Kos" wyciągnął Janusza Gajosa dopiero Jerzy Gruza, powierzając rolę Antka (brata Madzi Karwowskiej) w "Czterdziestolatku", co z kolei ośmieliło Sylwestra Szyszkę do zaangażowania aktora do filmu "Milioner". Kreacja, jaką stworzył w "Milionerze" w 1977 roku, pozwoliła Januszowi Gajosowi definitywnie "pożegnać się" z Jankiem.

Ciekawostką jest, że gdy Janusz Gajos dostał propozycję zagrania Janka Kosa, był jeszcze studentem. Obiecano mu jednak, że zanim rozpoczną się zdjęcia, na pewno zdąży skończyć szkołę. Na pierwszy klaps na planie aktor rzeczywiście czekał kilkanaście miesięcy. Dyplom ukończenia łódzkiej filmówki obronił jednak dopiero... po emisji ostatniego odcinka serialu.

Problemy z... blondem

W ciągu czterech lat - tyle bowiem trwała produkcja "Pancernych..." - Janusz Gajos musiał co dwa tygodnie chodzić do fryzjera. Po co? Okazało się, że włosy bardzo szybko mu rosną, a Janek Kos - jako typowy słowiański blondyn - nie mógł przecież mieć odrostów. Fani aktora nie zdawali sobie sprawy z tego, że natura obdarzyła go ciemnymi włosami. Do roli musiał je po prostu przefarbować, a później regularnie tuszować pojawiające się przy skórze głowy odrosty.

Janusz Gajos musiał też nauczyć się jeździć konno, obierać ziemniaki, rąbać drewno i walczyć na pięści. Wymagano także od niego, żeby starał się nie wyglądać i nie zachowywać jak... gówniarz. Janek Kos miał być przecież młodym mężczyzną, a nie chłystkiem!

Farbowany Szarik

Nie tylko Janusz Gajos poddawany był zabiegom fryzjerskim polegającym na farbowaniu włosów. Farbowano też... sierść dwóch owczarków grających Szarika!

Zmarły 9 września tego roku Wiesław Gołas, czyli serialowy Tomasz Czereśniak, zdradził wiele lat po zakończeniu zdjęć, że do roli Szarika wyszkolono aż trzy wilczury - dwa z nich (Spik i Atak) musiały mieć... regularnie farbowaną sierść, by upodobnić się do głównej "gwiazdy", którą był wybrany z setek psów Trymer (to on zagrał w większości scen)!

Trymer, który przed rozpoczęciem pracy w serialu został wyrzucony z policji z powodu zbyt niskiego wskaźnika agresji (oblał też egzamin z tropienia), podobno nie znosił... Janusza Gajosa, za to uwielbiał Wiesława Gołasa.

Po śmierci Trymer został wypchany i trafił do muzeum Centrum Szkolenia Policji w Sułkowicach.

Zamiana ról

Niewiele osób wie, że rolę Tomka Czereśniaka miał pierwotnie zgrać Ludwik Benoit, ale zrezygnował, bo wolał wcielić się w Luśnię w "Przygodach pana Michała". Wiesław Gołas wcale nie był pierwszym wyborem...

Sporo zamieszania było też z obsadą głównych ról kobiecych. Początkowo Marusię miała zagrać Małgorzata Niemirska, a Lidkę... Pola Raksa. Dopiero tuż przed rozpoczęciem zdjęć zdecydowano się zamienić aktorki i Małgorzacie powierzyć rolę Lidki, a Poli - Marusi.

Problemy z Honoratą

Największy problem twórcy serialu mieli z obsadzeniem roli Honoraty, choć kandydatka do jej zagrania była tylko jedna - Barbara Krafftówna. Aktorka jednak kategorycznie odmówiła!

Barbara Krafftówna przyznaje, że w końcu uległa, ale tylko dlatego, że obiecano jej, iż dostanie osobistego dublera, który wykona za nią wszystkie niebezpieczne zadania.

Zwariowane pomysły i wypadki na planie

Twórcy serialu mieli wiele koncepcji, które - ich zdaniem - mogły jeszcze bardziej uatrakcyjnić fabułę. Najbardziej szalonym był pomysł, by połączyć jeden odcinek "Pancernych" ze... "Stawką większą niż życie". Kategoryczne "nie" powiedział jednak Stanisław Mikulski, który stwierdził, iż nie będzie grał Klossa u konkurencji. 

Niektóre pomysły, a właściwie ich realizacja, miały bardzo przykre konsekwencje. Niemal tragedią skończył się zapisany w scenariuszu pościg Janka za ciężarówką. Janusz Gajos... wpadł pod samochód i musiał być hospitalizowany. Pracy na planie nie można było jednak przerwać, więc zdecydowano, że - dopóki aktor nie odzyska sprawności - zastąpi go dubler, Henryk Matwiszyn.

Przez kilka tygodni Janusza Gajosa dowożono na plan na specjalnym łóżku. Wypadek na planie miał też dla aktora ogromne konsekwencje osobiste - poślubił laborantkę Zoję, którą poznał podczas pobytu w szpitalu we Wrocławiu. Ich małżeństwo przetrwało zaledwie trzy lata. Ukochana rzuciła go dla innego mężczyzny - kolegi Janusza Gajosa z planu "Czterech pancernych i psa", Andrzeja Herdera.

Pod lupą cenzorów

Fakt, że wśród największych fanów serialu były dzieci, spowodował, że komunistyczni cenzorzy bardzo uważnie oglądali każdy odcinek przez wydaniem zgody na jego emisję. Komisja oceniająca "walory" produkcji wielokrotnie chciała ingerować w fabułę. Uznano na przykład, że pocałunek Janka i Marusi w jednym z epizodów jest zbyt... erotyczny i zażądano usunięcia sceny. Dopuszczono ją jednak w końcu do emisji po zapewnieniu reżysera, że chodziło mu o pokazanie braterskiego pocałunku polsko-radzieckiego.

Serialowi poświęcane były nie tylko całe zebrania cenzorów, ale też wielogodzinne narady w siedzibie Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Podobno Władysław Gomułka (był I Sekretarzem KC PZPR w czasie pierwszej emisji "Pancernych") zwoływał narady, na których omawiano - to cytat z protokołu jednego z zebrań - "oddziaływanie popularnej serii filmów telewizyjnych oraz akcji prowadzonych przez Klub Pancernych na psychikę i wyobraźnię, a także postawy dzieci w wieku szkolnym".

Fascynują do dziś... mimo błędów

Przygody Janka (Janusz Gajos), Olgierda (Roman Wilhelmi), Gustlika (Franciszek Pieczka) i Grigorija (Włodzimierz Press) od lat przyciągają przed telewizory miliony widzów. "Czterej pancerni i pies" to najpopularniejszy polski serial wszech czasów. Kiedy był emitowany po raz pierwszy, ruch na ulicach zamierał, a następnego dnia po premierze cała Polska mówiła tylko o załodze "Rudego 102".

Fani "Czterech pancernych i psa" już od 55 lat "bawią się" w demaskowanie wpadek i błędów, jakie zdarzyły się twórcom kultowego serialu. I tak - w jednym odcinku dostrzeżono, że Marusia (Pola Raksa) zostaje postrzelona, ale na jej mundurze nie widać nawet śladu krwi; w innym - Janek szuka Lidki (Małgorzata Niemirska) z pepeszą z magazynkiem bębnowym w dłoni, a kiedy znajduje dziewczynę, trzyma pepeszę z magazynkiem łukowym. Tego rodzaju drobnych wpadek jest w "Czterech pancernych" naprawdę sporo. Jest też jednak równie dużo błędów... rażących. W paru odcinkach żołnierze strzelają z karabinków AK, które zaczęto produkować dopiero po wojnie, kilka razy w tle widać samochody... z przyszłości (np. ciężarówkę Lublin z 1951 roku), uważni widzowie z pewnością zauważą też w paru scenach cień członka ekipy technicznej, a nawet odbitą w lusterku Grigorija (Włodzimierz Press) twarz tresera psów, które grały Szarika.

Choć od premiery "Czterech pancernych i psa" mija właśnie 55 lat, serial wciąż wzbudza ogromne emocje, a przygodami dzielnych czołgistów pasjonuje się kolejne pokolenie Polaków.

- Takich seriali już się nie kręci - twierdzi Barbara Krafftówna.

- Nam, grającym w "Pancernych..." aktorkom i aktorom, ta produkcja zapewniła nieśmiertelność. Mogę śmiało powiedzieć, że dzięki naszym postaciom przekroczyliśmy epoki... - dodaje.   

AIM

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje