Kultowe seriale

Ocena
serialu
8,7
Bardzo dobry
Ocen: 2037
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Amantka z pieprzem, czyli 35 lat "Kariera Nikodema Dyzmy"

4 kwietnia 1980 roku odbyła premierowa emisja serialu "Kariera Nikodema Dyzmy" na podstawie popularnej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Serial w reżyserii Jana Rybkowskiego od początku cieszył się ogromną popularnością. Dziś uznawany jest za arcydzieło polskiej produkcji telewizyjnej. Niezapomnianą kreację stworzył w nim Roman Wilhelmi jako bohater tytułowy. Ale i wykonawcy pozostałych ról nie odstawali od niego poziomem: Grażyna Barszczewska (Nina), Wojciech Pokora (Żorż), Bronisław Pawlik (Kunicki), Izabela Trojanowska (Kasia)... Lista aktorskich znakomitości, wspaniale zagranych ról drugoplanowych i epizodów jest tu bardzo długa.


Reklama

 

Kulisy kultowego serialu wspominamy z wybitną aktorką Grażyną Barszczewską.

Czy wtedy, ponad 35 lat temu, gdy zaczęły się zdjęcia do "Kariery Nikodema Dyzmy", czuła pani, że to będzie coś wyjątkowego?

- Nie mieliśmy świadomości, że ten serial przetrwa tak długą próbę czasu i będzie oglądany przez następne pokolenia. Robiliśmy "Dyzmę" rzetelnie, jak inne filmy dla kin czy telewizji. Zawsze to podkreślam, że my nie graliśmy w serialu, ale w filmie, który został pocięty na odcinki dla telewizji. Dla nas, aktorów i twórców tego serialu, nie było wtedy żadnej różnicy między pracą w fabule kinowej czy serialu. Pod względem technicznym i artystycznym wyglądało to tak samo. Na przykład dziennie powstawały dwie sceny, a nie jak w dzisiejszych serialach - kilkanaście.

- Widzowie pokochali panią jako Ninę, kobietę zauroczoną Nikodemem Dyzmą...Ninuś przylgnęła do mnie i zdaję sobie sprawę, że popularność zawdzięczam tej roli.    Na początku słodycz tej postaci bardzo mnie uwierała. Dyskutowałam nawet z    reżyserem, próbując mu zasugerować, że chętnie zagrałabym którąś z postaci charakterystycznych. Kiedy przeczytałam "Karierę Nikodema Dyzmy", odniosłam wrażenie, że Nina to taka mdła amantka. Podzieliłam się tymi spostrzeżeniami i wątpliwościami w czasie rozmowy z Janem Rybkowskim i Jerzym Kawalerowiczem. Na co Jerzy Kawalerowicz powiedział: "Ale pani jest amantka z pieprzem". Wątpię, czy tego pieprzu trochę pozostało w postaci.

Czy któryś z dni zdjęciowych szczególnie zapisał się w pani pamięci?

- Bardzo dobrze zapamiętałam początek. Film zaczynaliśmy od moich scen z Romkiem, kiedy ja przychodzę do jego sypialni w Koborowie czytać mu książkę. W trakcie tych pierwszych dni zdjęciowych trochę inaczej budowaliśmy postaci, z takim pastiszem, przymrużeniem oka. Potem musieliśmy to przekręcać, ponieważ cały film poszedł w innym kierunku. Z ekranowych dziejów serialu wynika, że ten inny kierunek okazał się słuszny. Zdjęcia w Łodzi zaczęliśmy tuż przed Wielkanocą. Mam jeszcze w swoich archiwach fotografie z całą ekipą na hali zdjęciowej. To chyba był już Wielki Piątek, bo urządziliśmy sobie tak zwane jajeczko. Mam też z tych pierwszych dni zdjęcie, na którym siedzę z Romkiem-Dyzmą i delikatnie gryzę go w ucho, co w skrócie ukazuje to nasze początkowe podejście do postaci.

Pani chciała zagrać inną postać, a Roman Wilhelmi podobno początkowo w ogóle nie zamierzał wziąć udziału w serialu?

- Romek wahał się, czy przyjąć rolę Dyzmy. W tym samym czasie dostał propozycję pracy w filmie w Bułgarii. Wiązało się to z dużymi pieniędzmi. Kiedy zorientował się, że są też inni kandydaci do do roli Dyzmy, i jakie możliwości daje ta postać, zmienił zdanie.

Jedna z anegdot z  mówi, że w pewnym momencie zagrała pani Romanem Wilhelmim niezaplanowaną scenę zapasów...

- W czasie zdjęć w pałacu nocowałam w Zaborowie. Miałam tam piękną sypialnię ze wspaniałą koronkową pościelą. Rano mieliśmy grać z Romkiem jedną ze scen miłościwych, jak to nazywał wtedy mój mały syn. Obudziłam się o szóstej rano i zobaczyłam wzór całej koronki poduszki na połowie twarzy. Ustaliliśmy z operatorem i reżyserem, że w tej scenie pocałunku będę grała tylko jedną połową twarzy. Zaczęliśmy tę naszą scenę miłościwą i w pewnej chwili Romek zapomniał o tym, że musimy ukrywać tę moją część twarzy z odciśniętą koronką i w ferworze miłosnych zmagań zaczął zmieniać moją pozycję w stosunku do kamery. Ale ja się nie dałam. Siłowaliśmy się tak przez moment, aż w końcu operator krzyknął: "Zapaśnicy, stop!".

To był ostatni serial przed głębokim kryzysem, który dotknął cały kraj i telewizję. Nie szczędzono tu pieniędzy na wspaniałą scenografię i kostiumy dla aktorów. Czy z jakimś szczególnym sentymentem wspomina pani którąś ze swoich kreacji z "Kariery Nikodema Dyzmy"?

- Nosiłam już tyle kostiumów, że trudno mi jakiś wyróżnić. Może oglądając zdjęcia byłabym w stanie przypomnieć sobie którąś z kreacji. Generalnie nie przywiązuję się do tego. Kostium to jest oczywiście druga skóra - musi pomagać i nie może przeszkadzać.

W pewnym momencie reżyser Jan Rybkowski nie mógł kontynuować pracy. Czy tym samym nie groziło przerwanie zdjęć?

- Pan Rybkowski chorował, o czym wiedzieli tylko wtajemniczeni. Jego obowiązki na planie przejął Marek Nowicki, który znakomicie sprawdził się w swojej roli. Udało się nam przejść tę trudną sytuację dość łagodnie.

Kino polskie lat 70., włącznie z produkcjami telewizyjnymi, było już dość śmiałe obyczajowo. Powiedziałbym nawet, że często śmielsze niż obecnie. Ale pewne obszary wciąż stanowiły tabu, jak wątek homoseksualny, z którym mamy do czynienia w "Karierze Nikodema Dyzmy". Nie było obaw, że zaloty pasierbicy do macochy trafią pod nożyczki cenzury?

- Zrobiliśmy to bardzo delikatnie. Sceny z Kasią, która kochała się w Ninie, są tylko sugestiami. Więcej jest tu powiedziane między wierszami. To, co widzimy, możemy równie dobrze opisać jako wyjątkowo dobre relacje między macochą a pasierbicą. Przy czym macocha jest niewiele starsza od pasierbicy.  Ale tak jest też w powieści Dołęgi-Mostowicza, niczego tu nie musieliśmy ukrywać ani dodawać.

Czy Roman Wilhelmi robił pani jakieś dowcipy na planie? Izabela Trojanowska mówiła, że w jednej ze scen doprowadził ją do płaczu.

- Myślę, że zrobił to celowo. Chciał wywołać w niej takie emocje. Między mną a Romkiem były już inne relacje. Graliśmy razem w teatrze, w innych filmach. Nie mieliśmy czasu na dowcipy. Przed wejściem na plan dużo wspólnie pracowaliśmy nad swoimi postaciami.

Wojciech Pokora, który zagrał  pani brata Żorża, wspominał, że Roman Wilhelmi dopytywał go po niektórych scenach, jak wypadł. Wynika z tego, że bardzo chciał upewnić się we właściwym kierunku swojej interpretacji.

- On zawsze tworzył role bardzo szczegółowo. Wręcz wisiał na ustach reżysera i scenarzysty. Tę jego zachłanność na każdą wskazówkę mogłam obserwować w czasie naszej pracy nad spektaklem "Dwoje na huśtawce", który później długo i z sukcesami graliśmy. Tego wielu widzów nie podejrzewa, ale Romek był bardzo pracowity. Dla niego ten zawód był najważniejszy w życiu.

Wspomniała pani na początku o próbie ucieczki od emploi amantki. W jednym z odcinków serialu "Na kłopoty Bednarski" zagrała pani wyrafinowaną zabójczynię. Oczywiście znakomice poradziła sobie pani z tą postacią, ale jednocześnie trochę chyba rozczarowała wielu swoich wielbicieli?

- Bo widzowie chcą, żeby aktor ich nie zdradził. Jak już jest słodka Ninuś, to taka ma pozostać. Ja już wtedy grałam role charakterystyczne w teatrze. I zaczynałam odcinać się od tych słodkich amantek również w telewizji. Interesowały mnie role z pazurem. Atrakcyjniej jest zagrać diabła niż anioła.

Wcześniej mówiła pani, że jej mały syn nazywał miłosne sceny na ekranie miłościwymi. Dziś to już mężczyzna. Pani syn, Jarosław Szmidt, jest operatorem filmowym. Pracowali już państwo razem, między innymi w "Na dobre i na złe" i w Teatrze Telewizji. Czy obecność syna z drugiej strony kamery to dla aktorki wyłącznie komfort? Z jednej strony syna można obdarzyć większym zaufaniem, z drugiej, budowanie roli to dość intymny proces...

- Jarka w pracy nie interesują jakieś prywatne sprawy rodzinne, sentymentalne. Patrzy na to, co dzieje się na planie bardzo trzeźwo. A nawet gdy przychodził do teatru i potem dawał mi jakąś uwagę, to zawsze było bardzo konkretne, a nie zawsze miłe. Ale tak trzeba.

Dowiedz się więcej na temat: Kariera Nikodema Dyzmy | Grażyna Barszczewska

Reklama

Reklama

Reklama