Reklama

Kultowe seriale

Ocena
serialu
8,6
Bardzo dobry
Ocen: 2771
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

7 serialowych grzechów głównych: Gniew

Często wybuchał na serialowym planie, ale zazwyczaj był niegroźny. Gniew bardziej niebezpieczny rodził się w gabinetach władz.


Reklama

Dziewięćdziesiąt procent czasu pracy na serialowym planie to dłubanina i nuda. Paradoksalnie, im więcej na ekranie fajerwerków i akcji, kiedy to widz z zazdrością myśli, jaką ci filmowcy mają atrakcyjną robotę, tym więcej godzin ekipa poświęciła na żmudne przygotowania. Co nie znaczy, że jak na nudnej wojnie pozycyjnej czasem nie dochodziło do eksplozji... Napięcia związane z terminami, kosztami czy pogodą oraz temperament twórców tworzyły mieszankę wybuchową.

Wybuch żywiołowy albo kontrolowany

Pewien reżyser bardzo lubianego i cenionego do dziś serialu był uzależniony od alkoholu. Ale miał ten dobry zwyczaj, że na okres zdjęć zawieszał konsumpcję.

Tyle że czasowa abstynencja nie pozostawała bez wpływu na stan jego nerwów. Współpracownicy mówili, że szefowi - o ile to możliwe - należy schodzić z drogi. Napady gniewu były u reżysera tak dokuczliwe, że niektórzy nawet zwalniali się z atrakcyjnej pracy. Inny reżyser znanych i lubianych seriali wpadał na planie w taką furię, że w złości walił głową w ścianę.

Innym razem, w czasie zdjęć na nadmorskiej plaży, tak się wściekł, że... zakopał się w piasku. Okazuje się jednak, że gniew szefa wcale nie musi być tym, co się współpracownikom wydaje.

Zrób awanturę!

Janusz Morgenstern w czasie zdjęć do "Polskich dróg" prowadził zajęcia na uczelni, dlatego część pracy na planie powierzał swoim asystentom lub II reżyserom.

- Nagle powiadomił mnie, że muszę go zastąpić w "Polskich drogach" - wspomina reżyser Kazimierz Tarnas. - Chyba trema wypisana była na mojej twarzy, bo Kuba Morgenstern powiedział: "Nie bój się, gdybyś nagle utknął, zrób ekipie awanturę o jakąś pierdołę, każ im coś zmienić, a sam będziesz miał czas, żeby pomyśleć". Skorzystałem z tej rady, ale już w czasie pracy nad swoim serialem.

Zemsta decydentów

W jednej z końcowych scen ostatniego odcinka "Podróży za jeden uśmiech" oglądamy epizod z udziałem Teresy Iżewskiej, która wcieliła się w postać mamy Dudusia. 

Takie rólki grywała aktorka do czasu przedwczesnej śmierci. Pamiętna "Stokrotka" z "Kanału" i Wanda z "Bazy ludzi umarłych" została ukarana przez rozgniewaną władzę. Poszło o wywiad, którego udzieliła zachodniemu dziennikarzowi podczas festiwalu w Cannes. Powiedziała w nim, że aktorzy w Polsce mało zarabiają. Te słowa złamały jej karierę.

Roman Wilhelmi twierdził, że również naraził się na gniew decydentów. Po śmierci Olgierda w "Czterech pancernych..." wymyślono, że aktor pojawi się w drugiej serii w roli sowieckiego snajpera, brata bliźniaka nieżyjącego dowódcy czołgu. Wilhelmi uznał pomysł za idiotyczny, a władza odczytała, że nie chce zagrać sowieckiego żołnierza. Przez kilka lat nie mógł wystąpić w filmie ani serialu dla dorosłych. Na szczęście dla niego i dla nas mógł grać w serialach Stanisława Jędryki, bo decydenci nie traktowali serio produkcji dla dzieci i młodzieży.

Witold Pyrkosz do dziś wspomina, że atmosfera na planie "Czterech pancernych..." była znakomita. Jednak był wyjątek. - Nie przepadałem za kierownikiem produkcji - mówi Pyrkosz. - Dał mi marną stawkę, wyraźnie mnie nie lubił. Dlatego kiedyś postanowiłem się zemścić. Na wizytówce na drzwiach wytwórni "Kierownictwo Produkcji Czterej pancerni i pies" dopisałem "cię je...ł". Była z tego wielka afera. Wzięto grafologa, ale winnego nie znaleziono.


Piotr K. Piotrowski  

Dowiedz się więcej na temat: Czterej pancerni i pies | seriale | Witold Pyrkosz | Teresa Iżewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje