Kultowe seriale

Ocena
serialu
8,7
Bardzo dobry
Ocen: 2130
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

7 serialowych grzechów głównych: Chciwość, czyli rzecz o kasie

Bogacenie się jednostki było sprzeczne z ideologią minionego systemu, toteż w czasach PRL urzędnicy bardzo się starali, żeby zbyt wysokie zarobki w serialach nie przewróciły aktorom w głowach.

Aktorzy przed laty mówili w wywiadach, że teatr to ich żona, a film (serial) to kochanka. Świadomie lub nieświadomie pomijali kwestię, że tak naprawdę to ta kochanka zapewniała im dostatnie życie.

Reklama

Za parę dni pracy na planie serialu aktor zarabiał równowartość kilku miesięcznych gaż w teatrze. Te relacje w zasadzie nie zmieniły się do dziś, tylko siła nabywcza pieniędzy jest większa.

Wedle uznania biurokratów


- Stawki nie zależały ani od wielkości roli, ani od renomy aktora - mówi reżyser Krzysztof Prymek (współpracował m.in. przy serialach "Noce i dnie", "07 zgłoś się", "Dom", "Polskie drogi").

- O wynagrodzeniu decydowali urzędnicy. Co roku Wydział Kinematografii przy Ministerstwie Kultury i Sztuki publikował dwa biuletyny (jeden z nazwiskami aktorek, drugi dotyczący aktorów). W publikacji obok imienia i nazwiska zamieszczano dane kontaktowe i wysokość należnej stawki za dzień zdjęciowy.

O wysokości stawek kilku najwybitniejszych aktorów wyrokowała specjalna komisja. Do grupki wyróżnionych należał m.in. Władysław Hańcza, pamiętny Boryna z "Chłopów", którego talent wyceniano w latach 70. na 2,5 tysiąca za dzień zdjęciowy (średnie miesięczne pobory w 1975 r. wynosiły ok. 4 tys. zł).

Poza dyplomowanymi aktorami w ministerialnych biuletynach ujmowano również osoby, które nie posiadały formalnie potwierdzonego statusu zawodowego, ale w drodze wyjątku miały przyznaną aktorską stawkę.

Do tych osób należeli między innymi: pisarz i kamieniarz Jan Himilsbach ("Jan Serce") oraz Beata Tyszkiewicz ("Noce i dnie"). Również w drodze wyjątku więcej płacono Bronisławowi Cieślakowi, który w pierwszej serii "07 zgłoś się" dostawał 1000 zł za dzień zdjęciowy. Bez tej decyzji, w świetle istniejących przepisów, mógłby liczyć tylko na 350 zł.

Przy ustalaniu taryfy urzędnicy kierowali się zasadą: im kto więcej miał w dorobku zagranych ról czy epizodów w filmach i serialach, tym więcej dostawał. - Często współpracowałem z Romkiem Kosierkiewiczem z operetki - wspomina Krzysztof Prymek. - On miał tyle tych epizodów na koncie, że zawsze przyznawano mu jedną z najwyższych stawek.

Oto kilka wybranych ról z filmografii Romana Kosierkiewicza: pijaczek w pociągu ("Białe tango"), pijak w komendzie ("07 zgłoś się"), kasjer ("Dom"), mężczyzna w restauracji ("07 zgłoś się"), mleczarz ("Alternatywy 4"), milicjant ("Dom").

Miejsce w bufecie



Wśród aktorów funkcjonowało kiedyś powiedzenie: "My artyści, nasze miejsce w bufecie". Było w tym dużo życiowej prawdy. W czasach, gdy tylko nieliczni mieli w mieszkaniach telefony, a o komórkach nikt nawet nie marzył, popularna knajpa była idealnym miejscem, w którym reżyser mógł znaleźć aktora i odwrotnie.

Takimi magicznymi miejscami były legendarny SPATiF i Klaps przy Chełmskiej w Warszawie. Tam za największy grzech uchodziło skąpstwo. Aktorzy z szerokim gestem mogli liczyć na wdzięczną pamięć reżyserów i kierowników produkcji. A im więcej grali, tym hojniej mogli się odwdzięczać. I tak to się kręciło.


Piotr K. Piotrowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje