Reklama

Klan

Ocena
serialu
7,2
Dobry
Ocen: 12659
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Klan": Tomasz Stockinger 25 lat na planie

Tomasz Stockinger od ćwierć wieku wciela się w postać lekarza, Pawła Lubicza w serialu TVP1 "Klan". Aktor z sentymentem wspomina początek przygody na planie. Mówi też, co robiłby, gdyby nie był aktorem...

Mimo wielu wybitnych ról ludzie głównie utożsamiają pana z Pawłem Lubiczem z serialu "Klan". Nie przeszkadza to panu?

- Często się śmieję, że szuflada jest bardzo ciasna. Choć mam nadzieję, że to słowo nie jest całkowicie adekwatne do mojej osoby. Zanim powstał "Klan", brałem udział w wielu przedsięwzięciach teatralnych, filmowych i estradowych. Tego było bardzo dużo. Mam za sobą 44 lata pracy zawodowej, a "Klan" zajmuje z tego 25. Jest to konsekwencja mojego wyboru.

- Początkowo mieliśmy zrobić 130 odcinków, a czas pracy miał zająć nam 6 miesięcy. Nikt nie spodziewał się, że spędzimy na planie 25 lat. Taka jest charakterystyka telenoweli, że im bardziej się podoba, tym dłużej jest produkowana. Ta ilość lat na planie jest pewnego rodzaju nagrodą dla wszystkich twórców. Bywają gorsze i lepsze sezony, jednak nadal mamy swoje grono odbiorców. Trzeba się z tego cieszyć. Jestem kojarzony z postacią Pawła Lubicza, to zasługa mojego częstego uczestnictwa na małym ekranie. Nie proponuje mi się z tego względu większych ról, nad czym odrobinę ubolewam. Jednak nie mam nikomu za złe, że w oczach połowy Polski kojarzony jestem z "Klanem".

Reklama

Odczuwa pan dumę z odgrywania tej roli?

- Tak, oczywiście. Wiem, na czym polega ta praca i czego wymaga. Trzeba szybko, dokładnie i sprawnie działać. Większość ujęć w telenowelach to portrety. Serial odbywa się na naszych twarzach i w dialogach, które wypełniają każdy odcinek. Jest to wielka szkoła rzemiosła i szkoda, że czasem środowisko artystyczne tak sceptycznie i ironicznie podchodzi do grania w serialach. Przecież tam nie ma drugiego, trzeciego planu. Bardzo łatwo znudzić publiczność. Od wielu lat gram Pawła Lubicza i odczuwam ogromną dumę z tego, że publiczność wciąż chętnie zasiada przed telewizory i ogląda moją historię.

No właśnie, minęło już wiele lat. Jak wspomina pan początki w serialu?

- Początkowo nagraliśmy trzy odcinki na konkurs, którego organizatorem był producent TVP. Wygraliśmy oczywiście i do właściwych zdjęć podeszliśmy kilka miesięcy później. Mieliśmy wtedy dużo większy luz, niż później, gdy okazało się, że podpisujemy umowę na dłużej. Ciężko jest mi w kilku słowach zsumować całość doświadczeń, wszystkie przygody, wszystkich, którzy od nas odeszli w kierunku cmentarzy lub obrali inną ścieżkę. Jestem dumny z tego, jak ciężką pracę wkłada to każdy z nas. Dziękuje tym, którzy wciąż nas oglądają. Jest to dla mnie ogromna motywacja.

Bywają sytuacje, w której ktoś zaczepia pana i prosi o medyczną radę?

- Dawniej tak było! Były to z reguły humorystyczne sytuacje. Mam nadzieję, że nikt nie myśli, że naprawdę jestem lekarzem. Nie chciałbym nikomu zrobić krzywdy! (śmiech)

Myślał pan kiedyś o tym, aby zostać lekarzem?

- Pewnie, że myślałem, choć życie jest za krótkie. Nie mam wolnych 8 lat, aby podjąć studia. Jest to zawód niezwykle ważny, a zarazem bardzo trudny. Interesuję się zdrowiem i medycyną niekonwencjonalną, tradycyjną. Czuję ten temat.

Gdyby nie aktorstwo, to?

- Ciężkie pytanie. Chciałbym, żeby była to działalność na rzecz ludzi i była to praca potrzebna, która poprawiłaby relacje międzyludzkie. Na przykład polityka. Na tym polu jest jeszcze wiele do zrobienia i do zrozumienia.

A emerytura?

- Nie myślałem o tym. Mam nadzieję, że nie będę musiał zastanawiać się nad tym jeszcze przez parę lat. Nie wyobrażam sobie siedzenia w domu. Od zawsze żyję aktywnie, pomijając czas, gdy byłem w szpitalu po operacji serca, albo okres pandemii. Chcę dalej pracować. Choć wiadomo, kiedyś będzie trzeba zostać w domu, kiedy nogi nie będą niosły, a skrzydła opadną.

Dziękuję za rozmowę

Aleksandra Wojtanek/AKPA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy