Reklama

Klan

Ocena
serialu
7,6
Dobry
Ocen: 9146
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Klan": Stockinger miał nadzieję, że Kotulanka zostanie

– Tak dobrze zrobione „wyciskacze łez” opierają się upływowi czasu – mówi Tomasz Stockinger o "Znachorze" w reżyserii Jerzego Hoffmana do którego trafił... przez przypadek. Jednak to postać rozkochanego hrabiego Czyńskiego zrobiła z niego gwiazdę. Nam opowiedział także o dalszych losach jego bohatera w "Klanie"


Reklama


Wszyscy fani "Klanu" mieli nadzieję, że Agnieszka Kotulanka wróci na plan, a tymczasem zakończono wątek Krystyny Lubicz...

-

Też miałem nadzieję, że scenariusz będzie inny. Produkcja uznała, że

tak będzie lepiej. Nie wiem, czy dla wszystkich. Zobaczymy, co

scenarzyści wymyślą. Nie podglądam ich pracy od kuchni. Losy Pawła

Lubicza przyjmuję jak poranne wiadomości. Tak też spływają do mnie

kolejne odcinki i ja to realizuję. To ma swoje dobre strony, bo tak

przecież w naszym życiu jest, że przychodzi kolejny dzień i coś nas

zaskakuje in plus, in minus, i musimy na to jakoś zareagować.

Od premiery filmu "Znachor" minęło ponad 30 lat, a film niezmiennie budzi pozytywne emocje.

- Ten film jest dowodem na to, że jeśli coś jest dobrze zrobione, ze smakiem, sugestywnie, zawodowo, to nawet tak banalna historia chwyta za serce. Zdjęcia, narracja, rytm, dobór aktorów... Anna Dymna, Jerzy Bińczycki, Artur Barciś, Bożena Dykiel, Piotr Fronczewski, ale niewątpliwie też ręka mistrza Hoffmana zadecydowały o tym, że "Znachor" oparł się upływowi czasu. Jestem zaskoczony, że dziś, kiedy wiele zmieniło się w naszej percepcji również w sferze obyczajowej i moralnej film nadal wzrusza młodych ludzi.

Jest w nas potrzeba powrotu do wartości, romantycznej miłości?

- Myślę, że tak. Prawdy zawsze będzie nam brakowało i zawsze będziemy do niej dążyć. Myślę, że nasze czasy, które ciągle powołują się na autentyczność, tak naprawdę chorują na brak wiarygodności i dlatego film budzi w ludziach naiwną wiarę w prawdziwą miłość. W głębi duszy wszyscy jesteśmy romantyczni i jesteśmy dziećmi tego samego Boga.

Zanim zagrał Pan hr. Leszka Czyńskiego, był Pan już po zdjęciach do "Bez znieczulenia". To wymarzony start dla aktora?

- W "Bez znieczulenia" pracowaliśmy z grupą studentów szkoły teatralnej zaledwie jeden dzień, ale rzeczywiście mieliśmy okazję podziwiać mistrzów: Zapasiewicza i Wajdę w pracy. Natomiast ze spotkaniem z Hoffmanem wiąże się historia taka, że trafiłem do obsady "Znachora" w zastępstwie...

Nie wierzę, że ktoś inny miał zagrać Leszka!

- (uśmiech) Powiedziano mi, że w pierwszej wersji brano pod uwagę Daniela Olbrychskiego. W dalszej kolejności rolę zaproponowano Piotrowi Garlickiemu, który wówczas też był na tzw. topie. A ja byłem początkującym aktorem, który co prawda miał za sobą już dwa filmy, dwie główne role, ale w ogóle nie aspirowałem do statusu gwiazdy. Propozycja przyszła do mnie na kilka tygodni przed rozpoczęciem zdjęć. Muszę przyznać, że pracowałem - przynajmniej na początku - pod dużą presją z powodu wielkich nazwisk: Dymna i Bińczycki. Ale także z uwagi na obecność na planie żony Jerzego Hoffmana, która była szarą eminencją produkcji i patrzyła się na mnie wykrzywiona, że oto ten nieznany jej aktor "wskoczył" w zastępstwo.


Rozm. Beata Banasiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Stockinger | Klan | znachor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje