Reklama

Klan

Ocena
serialu
7,6
Dobry
Ocen: 9149
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

​"Klan": Edyta Jungowska - jeśli spada, to zawsze na cztery łapy!

Edyta Jungowska, czyli Małgorzata Antoniak z "Klanu", drwi sobie z upływającego czasu, ale żartuje, że nienawidzi być dorosłą. Ma syna Wiktora i partnera, przy którym czuje się szczęśliwa, uwielbia kogel-mogel i lody, przeraża ją monotonia i nie wyobraża sobie życia bez zmian. Najważniejsze jest dla niej, by robić tylko to, co lubi i żeby było... wesoło.



Reklama

Edyta Jungowska świętuje w tym roku jubileusz 25-lecia pracy artystycznej. Dokładnie ćwierć wieku temu ukończyła warszawską szkołę teatralną i zagrała swą pierwszą rolę w filmie fabularnym ("Ostatni dzwonek"). Uwielbiana przez widzów aktorka żartuje, że najbardziej cieszy się z tego, że od 25 lat robi tylko to, co naprawdę kocha...

O mężczyznach...

Lubię silnych i wolnych mężczyzn z dużą wyobraźnią. Facetom stawiam takie same wymagania jak sobie. Zdarza się, że zawodzi mnie intuicja, bo czasem podobają mi się mężczyźni, którzy przy bliższym poznaniu okazują się beznadziejni. Jestem wtedy zaskoczona faktem, że w ogóle zwróciłam na nich uwagę. Wydaje mi się, że jestem niestała w związkach, ale to podobno całkiem normalne, bo wiązanie się na całe życie jest działaniem wbrew naturze. To wymóg cywilizacji. Nie umiem wyznawać swoich uczuć, powtarzać ciągle "kocham". Kiedy jestem zakochana, inaczej patrzę, inaczej wyglądam, inaczej się zachowuję.

O dzieciństwie...

Jako dziecko bardzo chciałam być piosenkarką. Pamiętam, że ciągle ćwiczyłam i śpiewałam przed lustrem. Dlatego mój tata zdecydował, by z normalnej szkoły podstawowej przenieść mnie do muzycznej. Bardzo lubiłam też bawić się w teatr. Razem z bratem mieliśmy swój "teatr w szafie" i przygotowywaliśmy domowe przedstawienia. Wydawało mi się wtedy, że mogłabym zostać aktorką, ale gdy nadszedł moment wyboru zawodu, bałam się postawić wszystko na jedną kartę. Na wszelki wypadek, gdybym nie została przyjęta do szkoły teatralnej, złożyłam także papiery na pedagogikę. Zdałam jednak egzamin do PWST i dopiero wtedy tak naprawdę uwierzyłam w siebie.

O urodzie...

Wiem, że nie jestem piękną, długonogą blondynką. Nigdy nie należałam do dziewczyn, za którymi chłopcy oglądają się na ulicy. Dla aktorki uroda nie jest najważniejszą sprawą na świecie. Teraz, gdy mam za sobą kilkanaście głównych ról i szereg ciekawych epizodów, rozumiem, że dobra aktorka to ta, którą można przetworzyć, ulepić jak z gliny. Jej ciało i twarz mają być tylko bazą do fryzury, makijażu, stroju. Uświadomiono mi, że moja zewnętrzność pozwala na wszelkie eksperymenty. Zresztą, piękno często bywa banalne, tymczasem twarz z krzywym nosem, choć niedoskonała, może mieć w sobie coś niezwykłego i fascynującego.

O rywalizacji i akceptacji...

Nie radzę sobie z rywalizacją. Nie myślę o tym, czy ktoś jest lepszy, czy gorszy. Bawię się tym, co robię, a jeśli ktoś zaczyna ze mną rywalizować, ratuję się ucieczką albo... prowokacyjnym zachowaniem. Lubię być akceptowana jako aktorka i jako kobieta. Gdyby jakiś facet wciąż mi powtarzał, że jestem brzydka i beznadziejna, wyszedłby z mojego domu po trzech minutach.

O wywiadach...

Coraz silniej odczuwam chęć schowania się przed światem. Przed wywiadami także. Zaczyna mi się robić ciasno i jestem trochę zmęczona głupawymi, powtarzającymi się setki razy pytaniami: co pani jadła na śniadanie, co pani lubi czytać... W żadnym razie nie chcę być przedmiotem ankiet i quizów, więc kiedy w niedzielne popołudnie dzwoni do mnie jakaś dziennikarka i prosi o przepis na sałatkę, myślę, że super byłoby założyć szlaban na prasę. Intuicyjnie bronię się przed byciem na wszystkich okładkach.

O nagrodach...


Wszystkie nagrody, które mi się zdarzyły, pojawiły się w trudnych dla mnie momentach. Dlatego były ważne i potrzebne. Gdy myślałam: "to już koniec", dawały mi siłę, żeby dalej pracować. Coś nie wychodzi, wydaje mi się, że do niczego się nie nadaję, że wszystko jest beznadziejne - a tu nagle - trach! I okazuje się, że jest nagroda, która mi pomaga i daje pewność, że postąpiłam dobrze. Z reguły jestem wtedy zdziwiona i lekko zszokowana. Czasem się też wzruszam... Tak było w przypadku nagrody, jaką przyznała mi Ewa Demarczyk podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Wychowałam się na piosenkach Ewy Demarczyk, a nagrodę od niej traktuję jak drogowskaz, znak, że to, co robię, jest dobre.

O horoskopach...

W jakimś sensie wierzę w znaki zodiaku, ale denerwuje mnie, gdy ktoś, pytając o znak, od razu w pewien sposób klasyfikuje człowieka. Myślę, że zodiak jest trochę bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje. Ważna jest pozycja słońca, księżyca, ascendent - to wszystko powoduje, że różnimy się od tego, w jaki sposób tradycyjnie określa się dany znak. Szczęśliwie w moim horoskopie występuje harmonijna współpraca wszystkich żywiołów. Dzięki temu przypominam kota: jak spadam, to zawsze na cztery łapy!

 

Dowiedz się więcej na temat: Klan | Edyta Jungowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje