Reklama

Kierunek: Noc

Ocena
serialu
6,5
Niezły
Ocen: 6
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Kierunek: Noc": "Bez współpracy nie ma zwycięstwa" [wywiad z Ksawerym Szlenkierem]

O najnowszej produkcji Netfliksa na podstawie powieści Jacka Dukaja; pracy w międzynarodowej i zgranej ekipie; "Czasie honoru" i o tym, jak polska kultura podbija świat rozmawiamy z gwiazdą serialu "Kierunek: Noc", Ksawerym Szlenkierem.

Jak rozpoczęła się pana przygoda z Netfliksem? Jak wyglądał casting do serialu?

Reklama

- Zaskoczę panią, ale to odbyło się w banalny sposób. Dostałem telefon z agencji, że chce się ze mną spotkać na Skype ktoś z Netflixa, że szukają polskiego aktora z francuskim. Tym kimś był Jason George.

- W trakcie rozmowy poczułem impuls - opowiedziałem Jasonowi pewną historię. Jako młody chłopak byłem świadkiem katastrofy lotniczej. W 1987 roku widziałem na własne oczy, jak do Lasu Kabackiego runął samolot.

- Mieszkałem wtedy pod Warszawą - ten samolot przeleciał dosłownie nad moim domem. Bawiłem się wtedy w piaskownicy. Odprowadzałem go wzrokiem, kiedy runął w las. Opowiedziałem to Jasonowi. Czy podzielenie się takim przeżyciem zadzierzguje jakąś więź? Wierzę, że historie mają taką moc, budują relacje. Dwa dni później dostałem informację: "słuchaj, Jasonowi bardzo się spodobała ta rozmowa, proszą o nagranie jednej sceny w dwóch językach - po angielsku i po francusku".

- Mam doświadczenie w nagrywaniu takich scen, w ostatnich latach zrobiłem ich już bardzo dużo do różnych produkcji zagranicznych. Nagranie zajęło mi tak naprawdę pół godziny - nacisnąłem "send" i poszło. Po tym było kilka lub kilkanaście dni ciszy; myślałem: "miło było się poznać, ale pewnie pozamiatane". I nagle dostałem telefon, że zapraszają mnie do współpracy. Myślę, że podstawą tego, że tutaj dziś rozmawiamy, była to pierwsze spotkanie, ta opowiedziana historia.

Czy znał pan twórczość Jacka Dukaja przed rozpoczęciem pracy na planie?

- Nie, nie znałem. Kiedy się dowiedziałem od jakiego autora pochodzi pomysł na nasz scenariusz sprawdziłem, jaka jest najbardziej poczytna powieść Jacka Dukaja, i nabyłem powieść "Lód". Byłem pod ogromnym wrażeniem. Nawet nie wiem jak nazwać to, co przeczytałem - to jest retro science fiction, dystopia. Jacek wykreował niesamowity świat. Oczywiście, sięgnąłem również po "Starość Aksolotla", żeby wiedzieć jaka wizja przyszłości post-apokaliptycznej rysuje się w tej powieści.

- Najważniejsze było jednak pójście za scenariuszem; za tym, co kolejne sceny wnoszą do mojej postaci. Zaufałem, że tandem reżyserski Dirk Verheye i Inti Calfat, oczywiście przy współpracy z showrunnerem i jednocześnie scenarzystą Jasonem George’em, doskonale wiedzą, w jakim kierunku poprowadzić moją postać w tej historii. Myślę, że to zaprocentowało.

Co zaintrygowało pana w scenariuszu? Skłoniło do powiedzenia: "chcę wziąć udział w tej produkcji?

- Kiedy czytałem scenariusz, nie wiedziałem jeszcze jak w tej historii znalazł się polski bohater. To mnie intrygowało. Podobne historie - sensacja, zagłada, zagrożenie - znamy z Hollywood. W tych historiach były najróżniejsze nacje, ale Polaków nie było. Kiedy się dowiedziałem jak to wygląda, że są polscy pomysłodawcy, to wszystko się poukładało. Nie pamiętam, by tego typu rolę w zagranicznej produkcji zagrał już jakiś polski aktor. Czułem wielką radość i dumę.

- W ogóle myślę, że mamy taki czas, że we współpracy choćby z Netfliksem jako naród możemy opowiadać nasze historie, przedstawiać je całemu światu. To staje się możliwe. Cieszę się, że biorę udział w takim przedsięwzięciu.

Kim jest Jakub Kieślowski?

- Jakub Kieślowski jest emigrantem - to historia taka, jakich wiele jest i było w Polsce. Lata dwutysięczne, facet ze smykałką techniczną i z wykształceniem nie znalazł pracy w zawodzie i stwierdził: "dobra, wyjeżdżam". Trafił do Brukseli i tam się przebił. Przez wiele lat ciężkiej pracy zbudował sobie karierę w liniach lotniczych, został szefem działu. Już nie tylko wykonuje "zwykłą" pracę ale też uczy innych obsługi naziemnej samolotów i jest wysyłany przez linie lotnicze w różne miejsca świata.

- W taki sposób trafia na pokład samolotu do Moskwy. Wtedy zaczyna się cała akcja, do środka wpada mężczyzna z karabinem, dochodzi do porwania, nie wiadomo co się dzieje. Zaczyna się ta dziwna podróż - ucieczka. Jakub ze swoją wiedzą oraz doświadczeniem jest potrzebny grupie, by mogła przetrwać.

- Zresztą walorem naszego scenariusza jest właśnie to, że każdy przypadkowy uczestnik tych zdarzeń ma coś (to może być jakaś miękka umiejętność, jak łagodzenie sporów), co okazuje się kluczowe. Nikt nie jest samowystarczalny. Bez współpracy nie ma zwycięstwa, nie można pokonać przeszkód. O tym jest nasz serial.

Prawie całą role zagrał pan posługując się językiem francuskim. Była to dla pana, mówiąc kolokwialnie, frajda czy raczej wyzwanie?

- Oczywiście, że było to wyzwanie, bo ja nigdy tak dużej roli w obcym języku nie grałem. Jednocześnie czułem też wielką ekscytację, że nareszcie ten francuski, z którym tak szedłem przez życie, wreszcie się na coś przyda. Języka francuskiego uczyłem się długo, dzięki mojemu tacie, który mnie posłał jako młodego chłopaczka na pozalekcyjne zajęcia. Do matury zasuwałem i zdałem maturę ustną "z francuza". Później już tego języka nie miałem okazji używać. Przez te 20 lat zapomniałem trochę słownictwa, ale to co pozostało to czucie melodii języka, wymowy, dialogu.

- Momentami byłem nawet w stanie oszukać moich kolegów na planie - nie wierzyli mi, że mówię słabiej po francusku niż moja postać, ale takie są fakty. Jakub mówi po francusku lepiej niż ja, ale nie składam broni, bo udział w tym projekcie dał mi do myślenia. Stwierdziłem: "idę w to". Odświeżenie sobie języka jest przecież łatwiejsze niż uczenie się od zera. Od tamtego czasu słucham francuskiego radia, oglądam francuską telewizję i dzisiaj mówię już o wiele lepiej niż w trakcie zdjęć. Dzisiejsza sytuacja dodatkowo sprzyja nauce.

Jak układała się współpraca na planie? Z kim z obsady złapał pan najlepszy  kontakt?

- Między nami wszystkimi bardzo szybko wytworzyła się szczególna więź, ale to nie wzięło się znikąd. Jako aktorzy czuliśmy, że nie jesteśmy tam przypadkowo; że naprawdę ktoś bardzo chciał, żebyśmy tam byli. To od razu daje komfort pracy. Już na pierwszym spotkaniu, które odbyło się jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć - zostaliśmy zaproszeni do Brukseli na czytanie scenariusza i zapoznanie się - Jason powiedział, że każdy z nas został "ręcznie" dobrany do tej grupy. Nie znałem tych aktorów, byliśmy w końcu z różnych krajów, ale rozbudziła się w nas ciekawość siebie nawzajem. Byliśmy ciekawi, co będzie dalej i z takim nastawieniem ruszyliśmy na plan - bez uprzedzeń, czy też jakiś wizji. Nie mieliśmy pojęcia, czego się od siebie nawzajem spodziewać.

- Wiedziałem tylko, że w serialu zagra Jan Bijvoet, którego znałem z "Peaky Blinders", był tam świetny. Wcześniej poznałem też Mehmeta Kurtulusa - przy okazji działań promocyjnych serialu. Ale z taką ogromną ciekawością weszliśmy na plan, a tam wyglądało to nieco inaczej niż przy większości produkcji. Zwykle jakaś postać spotyka się z inną w określonych scenach, z resztą się nie spotyka, bo tamte są w innym wątku, więc aktorzy trochę się mijają.

- W przypadku "Kierunek: Noc" byliśmy wszyscy cały czas zamknięci w tej blaszanej puszce i nawet jeżeli nie mówiliśmy niczego w danej scenie, to byliśmy w tle. Musieliśmy dawać tym, którzy akurat grali swoje emocjonalne momenty, przynajmniej nasze skupienie i naszą milczącą intensywną obecność. Jeżeli np. z mojej winy  powstanie wyrwa, przez którą ujdzie napięcie ze sceny, bo nie dam z siebie stu procent, to może kiedy ja będę grał swoją ważną scenę, ktoś inny też mnie nie wesprze. Ten mechanizm spowodował, że po kilku pierwszych dniach, kiedy wszystko się tak rozpędziło - wiadomo, na początku musi nastąpić pewne dotarcie się - mieliśmy już poczucie, że fajnie się zazębiamy.

- Relacje, które narodziły się na planie przeniosły się też na relacje poza planem. Dużo czasu spędzaliśmy razem. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu, więc były wspólne kolacje, rozmowy, żarty, niezobowiązujące tematy. Dzięki temu wytworzyła się więź, która trwa do dziś. Już na początku zdjęć powstała grupa na jednym z komunikatorów, gdzie  wymienialiśmy się jakimiś żartami, informacjami. Ta grupa żyje do dziś. Ale z całej obsady najwięcej czasu spędzałem z Mehmetem Kurtulusem, Nabillem Mallatem i Stefano Cassettim. To po prostu dobrzy koledzy.

O retrospekcjach, polskich akcentach w serialu, wspomnieniach z planu "Czasu honoru" przeczytacie na następnej stronie.

Jesteś fanem amerykańskich seriali? Zalajkuj nasz fan page "Zjednoczone Stany Seriali", czytaj najświeższe newsy zza oceanu oglądaj trailery, galerie, komentuj i czytaj opisy odcinków już dwa tygodnie przed emisją w Polsce.

swiatseriali

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje