Julia

Ocena
serialu
7,7
Dobry
Ocen: 857
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

To nie kobieta powinna zabiegać o mężczyznę

Od 3 września nowe odcinki serialu "Julia". Czołową twarzą tej produkcji jest Marta Żmuda Trzebiatowska. Aktorka zgodziła się wyjawić, czym w podejściu do mężczyzn różni się od swojej serialowej bohaterki. Gwiazda opowiada też o życiu w wielkim mieście.


W "Julii" twoja postać - Monika bardzo zabiega o względy Janka, którego gra Krystian Wieczorek. Wydaje się, że ostatecznie nie odniesie sukcesu i zostanie przez niego odrzucona. Czy prywatnie też poznałaś smak niespełnionego uczucia? Czy zdarzało ci się, że twoje starania o mężczyznę, nie przynosiły skutku?

Reklama

- Moja mama zawsze mi mówiła, że to nie kobieta powinna zabiegać o mężczyznę. I ja tę lekcję sobie zapamiętałam. Byłam bardzo nieśmiałą dziewczynką. Zazwyczaj żyłam miłością platoniczną. Będąc młodszą, miałam mnóstwo niepowodzeń. Byłam nastolatką cierpiącą i piszącą wiersze na parapecie.

Serialowa Monika szuka takich mężczyzn jak Janek - z pozycją, pieniędzmi, prestiżem. A ty, jakie cechy cenisz u facetów?

- Trudne pytanie. Nie można dać jednoznacznej odpowiedzi: "takiego zestawu cech szukam". Na pewno liczy się poczucie humoru. Niezależnie od aparycji - jeśli mężczyzna ma charyzmę, poczucie humoru i pasję, to na pewno zwróci moją uwagę. Ważne, żeby ludzie się dopasowali, zaspokajali swoje potrzeby, uzupełniali się.

W jednym z wywiadów wspomniałaś, że gdy rozpoczynałaś zdjęcia do "Julii", miałaś rozterki, czy podjęłaś słuszną decyzją, angażując się w serial kręcony w Krakowie. Zastanawiałaś się, co to miasto wniesie do twojego życia i czy będziesz się tam dobrze czuła. Po tylu miesiącach możesz już chyba dokonać jakiegoś bilansu - co dał ci Kraków?

- Kraków dał mi perspektywę i pewną odległość, z której mogłam spojrzeć na swoje dotychczasowe bardzo ułożone życie. Absolutnie cieszę się, że wydarzyła mi się ta przygoda. Myślę, że było mi to bardzo potrzebne. Do pewnych rzeczy po prostu potrzeba pewnej perspektywy i czasami warto zburzyć swój idealnie ułożony świat, swój spokój, i zrobić sobie psikusa, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Pojawiła się plotka, że myślisz o kupnie mieszkania w Krakowie. Czy faktycznie?

- Nie mam takich planów. Myślę natomiast, że będę wpadać do Krakowa na weekendy. Mam tu teraz wielu przyjaciół.

Ostatnio "uczyłaś" się Krakowa. Wcześniej ważnym doświadczeniem była dla ciebie przeprowadzka z Przechlewa do Warszawy. Jak się odnalazłaś w stolicy?

- Gdy wysiadłam na Dworcu Centralnym, pierwsze wrażenie nie było korzystne. Ten szum, pisk, karetki, trąbiące na siebie samochody Szybko zadzwoniłam przejęta do mamy. Pytałam się: "Co ja robię w tej dżungli?" Do Warszawy trzeba się przyzwyczajać. Nie zakochujesz się w niej od razu. Trzeba znaleźć swoje ścieżki. Poznałam Warszawę w dużej mierze dzięki swojej pracy - filmom i serialom, bo zazwyczaj kręciliśmy je w różnych ciekawych miejscach. Musiałem się przyzwyczaić do tego, że trzeba pokonywać wielkie odległości, że, gdy chcemy się z kimś spotkać, musimy wcześniej się umawiać. Teraz, gdy gdzieś podróżuję, to Warszawa wydaje mi się taka malutka. Na wyobraźnię działa na przykład porównanie nitek metra.

Zwłaszcza gdy porównamy metro warszawskie i londyńskie. A propos Londynu W lipcu, tuż przed igrzyskami, pobiegłaś z płonącym zniczem w polskiej sztafecie. Spotkało cię duże wyróżnienie. Czy z tego powodu ostatnie igrzyska śledziłaś uważniej?

- Nie śledziłam olimpiady zbyt pilnie. Oglądałam natomiast z wielkim zainteresowaniem otwarcie imprezy. Fakt, że niosłam ogień olimpijski, powodował, że podczas tej uroczystości byłam wzruszona. Kiedy znicz w końcu zapłonął na stadionie - czułam, że jestem częścią tej chwili. Przyznam, że w moim rodzinnym domu oglądanie olimpiady było tradycją. Szczególnie pamiętam igrzyska w Atlancie w 1996 roku. Podczas tamtych wakacji byłam chyba chora i oglądałam całą olimpiadę od początku do końca. Było wtedy mnóstwo medali i sukcesów. Nie zapomnę też polskiego hymnu na igrzyska "To Atlanta", który wykonywała Edyta Górniak.

Już od dziecka masz zacięcie sportowe. Grasz m.in. w siatkówkę. Pewnie gorąco kibicowałaś naszym siatkarzom. Przyznasz - tym razem trochę nas rozczarowali.

- To nie było rozczarowanie. Nie nazwałabym tego w taki sposób. Oni byli cudowni, grali pięknie, tylko nie donieśli tej formy do końca. I tak im dziękuję za mnóstwo wzruszeń, wspaniałych chwil. Było mi ich strasznie żal, ale nie dlatego, że nie zdobyliśmy medalu.

Co słychać w twoim teatrze Kwadrat?

- We wrześniu wchodzi mój spektakl "Berek, czyli upiór w moherze". Ciągle też czekam, kiedy powróci spektakl "Kiedy Harry poznał Sally". Po śmierci Nory Ephron (autorka scenariusza, na podstawie którego powstała sztuka - przyp. red.) żaden z teatrów europejskich nie ma licencji do wystawiania tego dzieła na deskach teatru. Wielka szkoda, ale trzymamy kciuki, by jak najszybciej wyjaśniła się ta sytuacja.

Kończy się lato. Nadchodzi rok szkolny. Ty już nie musisz zakładać tornistra na plecy. Jak było kiedyś - chętnie chodziłaś do szkoły?

- Tak. W zasadzie miałam szkołę w domu, bo moi rodzice są nauczycielami. Uwielbiałam się uczyć. Bardzo tęskniłam za szkołą. Miałam tam wielu fantastycznych przyjaciół. Nie brakowało mi rozrywek, bo byłam w szkole sportowej.

 

Rozmawiał: Andrzej Grabarczuk (PAP Life)

 


Dowiedz się więcej na temat: Julia | seriale | Marta Żmuda Trzebiatowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje