Reklama

Family Guy

Głowa rodziny

Ocena
serialu
5,6
Przeciętny
Ocen: 48
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Najlepszy współczesny serial?

"Społeczeństwo, spójrz na siebie! Oto ty. Tak właśnie wyglądasz. Jesteś śmieszne i żałosne. I mi się to wcale nie podoba!" - mówi Seth MacFarlane, twórca "Głowy rodziny", jednego z najlepszych współczesnych seriali animowanych.

Oto myśl, która niczym koło zamachowe napędziła wielkie i wyjątkowe przedsięwzięcie w historii amerykańskiej telewizji - pisze Marcin Biliński. Wyjątkowe z jednej strony, ze względu na swoją formę i treść, z drugiej zaś na popularność i wpływ na społeczeństwo, w którym przyszło na świat.

Reklama

Niczym krzywe zwierciadło, w którym przenikają się mniej lub bardziej rozpoznawalne wątki popkulturowe, "Głowa rodziny" wytyka nam nasze niedoskonałości, tworząc jedną z najbardziej popularnych, nieokrzesanych i wpływowych współczesnych kreskówek.

Następca "Simpsonów" i "South Parku"

Z chwilą pojawienia się serialu "Simpsonowie", narodził się w świecie telewizji nowy gatunek, a właściwie zjawisko telewizyjne. Ani to bajka (bo nie dla dzieci), ani sitcom (bo w zasadzie jednak trochę bajka), na pewno nie opera mydlana (mimo iż takową strukturę posiada, a i końca serii nie widać), a do serialu rodzinnego równie daleko (choć rodzina jest w tym wypadku punktem wyjścia). Najbezpieczniej chyba powiedzieć, że z chwilą pojawienia się "Simpsonów", po raz pierwszy światło dzienne ujrzała wówczas kreskówka... dla dużych dzieci.

W swoim czasie rodzina Simpsonów była czymś wyjątkowym i w pewnym sensie jest po dziś dzień. Długie lata po debiucie serial miał monopol na rozrywkę tego typu, zarówno w Stanach, jak i naturalnie w pozostałej części świata (choć ze względnie umiarkowanym wpływem w Polsce).

Konkurencji nie było żadnej. Po jakimś czasie produkcja zaczęła jednak powszednieć i nie była w stanie nadążyć za tempem rozwoju popkultury. Nie mogąc sprostać zapotrzebowaniom rynku i zmieniającym się trendom i gustom widza, wysłużona produkcja stopniowo straciła swoją barwność (choć emitowana jest po dziś dzień).

Miejsce lidera przejął "South Park", prezentując światu nowy styl komedii - ostry żart, a przede wszystkim język. W chwili jego debiutu największe telewizyjne wydarzenie minionej dekady - czyli "Głowa rodziny" - znajdowało się jeszcze w procesie krystalizacji.

Trudne początki

Potrzebne były 2 lata, by z historii zatytułowanej "The Life of Larry", a później "Larry and Steve", w umyśle młodego rysownika, pracującego dla Hanna-Barbera i Cartoon Network, zrodził się twór wyjątkowy. 24-letni wówczas Seth MacFarlane nawiązał współpracę z gigantem amerykańskiej telewizji, FOX-em. Otrzymał od stacji 50 tysięcy dolarów, by nadać kształt "dojrzałej" wersji tego, co pokazali już poprzednicy w "Simpsonach" i "South Parku".

Rysownik zmienił Larry'ego na Petera, Steve stał się Brianem, a w ich otoczeniu pojawili się licznie kolejni niespotykani i niepoprawni bohaterowie drugoplanowi. Z chaosu przewidzianego początkowo jako bajka dla dzieci, ostatecznie w głowie Setha MacFarlane'a zrodził się byt znany dziś jako: "Głowa rodziny", który nie tylko nasycił ówczesny apetyt widza egzotycznym i zazwyczaj pikantnym smakiem, ale równocześnie, swoim potencjałem, przewyższył to zapotrzebowanie.

Nowy fenomen telewizyjny, w formie niemalże doskonałej, okazał się być czymś wielokrotnie mocniejszym od poprzedników.

Fenomen "Głowy rodziny"

Zapewne większość z nas zetknęła się już z bohaterami "Głowy rodziny". Co prawda, czasu na kontakt z nimi było dość sporo, bo serial ma już ponad 10 lat, jednak w naszym kraju pojawił się dość późno i wszedł w obieg "tylnymi drzwiami".

Na czym tak naprawdę polega fenomen popularności "Głowy rodziny"? Zdaniem Marcina Bilińskiego, siła serialu tkwi z pewnością w kontrastach i konfliktach (dużo mocniejszych niż te, które standardowo nadają smak fabule), co zresztą przyczyniło się już dwukrotnie do usunięcia produkcji z ramówki telewizji FOX.

Ze skrajnościami mamy do czynienia zarówno w wypadku bohaterów, jak i żartów produkowanych przez spory sztab scenarzystów.

Główny bohater - Peter Griffin - nie należy do intelektualistów, podobnie zresztą jak większość jego kolegów z sąsiedztwa oraz dzieci, Chris i Meg. Choć ta ostatnia poprawia nieco średnią IQ, to jest ona równocześnie kozłem ofiarnym, wykorzystywanym przez pozostałych członków rodziny.

Ciężar prostych i głupkowatych postaci równoważą najmłodszy syn Petera, niemowlę-geniusz, Stewie, oraz pies, przyjaciel rodziny, alkoholik-inteligent, Brian.

Początkowo owładnięty manią opanowania świata i zamordowania własnej matki - Lois, brzdąc mówiący bardzo wysublimowaną brytyjską angielszczyzną (jakby z innej epoki) w duecie z liberalnie upolitycznionym psem inteligentem-alkoholikiem, nie tylko równoważą i uzupełniają atmosferę poczuciem humoru dla bardziej wybrednych, lecz także podbijają serca Amerykanów (i nie tylko) swoimi spontanicznymi piosenkami w stylu musicali z lat 50., składając specyficzny hołd temu gatunkowi.

Odwołania do klasyki

Co jeszcze przyciąga fanów "Głowy rodziny"? Z pewnością mocny język, który rzeczywiście jest obecny. Dusza serialu z pewnością sięga jednak dużo głębiej.

Aby w pełni poczuć magię tej produkcji, niezbędna jest pewna wiedza na temat filmu, kina i telewizji - bardzo szeroko rozumianych. Tym samym, na pewno w lepszej pozycji są ci, którzy sporą część dzieciństwa spędzili wspólnie z bohaterami: "Star Treka", "Drużyny A", "McGyver'a", "Magnum" czy nawet "Domku na prerii". Do tego dochodzą kinowe klasyki takie, jak "Gwiezdne wojny", "Footloose", "Pasja", "Naga broń" czy też "Charlie i fabryka czekolady" oraz produkcje telewizyjne, nieznane polskim widzom: "Happy Days", "The Honeymooners" czy "All In the Family".

Jak pisze Marcin Biliński, wiernie zaadaptowane schematy i klisze kina światowego (z nie zawsze wierną puentą) to często narzędzie, które ma zwrócić uwagę na poruszony problem. Zręcznie zmieszane z bekaniem, puszczaniem bąków i wymiotowaniem sprawiają, że przy pierwszym zetknięciu z "Głową rodziny" bardziej wytrawny widz nie jest do końca przekonany, czy to go śmieszy, czy raczej zniechęca - i rzeczywiście bywa, że jest się nad czym zastanawiać.

Do ciekawostek należy fakt, że przy serialu - "na etacie" - pracują aktorzy, grający samych siebie, jak na przykład jedyny w swoim rodzaju, nawiedzony burmistrz Quahog, Adam West. Głos i fizjonomię postać odziedziczyła po prawdziwym aktorze telewizyjnym, w Polsce znanym chyba najbardziej z roli serialowego Batmana z lat 60.

W kilku epizodach pojawia się również James Woods, który okazuje się być wierną kopią aktora. Co więcej, jego imię nosi szkoła średnia w Quahog, do której uczęszczają Meg i Chris, a wspomniany aktor pojawia się w serialu, kiedy to rozważany jest pomysł zmiany patrona szkoły.

Fenomenalny rysownik

Na koniec kilka słów o samym twórcy "Głowy rodziny", ponieważ jest to postać nietuzinkowa.

Seth MacFarlane to z wykształcenia... rysownik kreskówek. Jego rola w produkcji nie ogranicza się jednak do bycia twórcą serialu.

MacFarlane podkłada głosy do znacznej części postaci pojawiających się w "Głowie rodziny". Jest Peterem Griffinem, jego synem Stewiem, psem Brianem, sąsiadem Quigmirem, teściem Carterem Pewerschmidtem i reporterem telewizyjnym Tomem Tuckerem. Kiedy więc w serialu pies i niemowlę spontanicznie zaczynają śpiewać, w rzeczywistości śpiewa tylko jedna osoba, zmieniając akcent i obniżając głos o kilka tonów, by w idealnej harmonii mogły przeplatać się partie dwóch różnych osób.

Stany Zjednoczone kochają "Głowę rodziny", bo serial ostatecznie koresponduje z tym, w czym Amerykanie są najlepsi, czyli filmem. Każdy odcinek jest nasycony kinem, kulturą oraz historią i choć w większości przypadków są to autoironiczne igraszki z tymi elementami, widzowie uwielbiają tę produkcję, bo opowiada o nich, czyli (przynajmniej w ich mniemaniu) najwspanialszym państwie świata.

swiatseriali.pl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Głowa rodziny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje