Reklama

Doręczyciel

Ocena
serialu
5,3
Przeciętny
Ocen: 94
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Syn, dom i drzewo

Jest wspaniałym rozmówcą. Nie unika trudnych pytań. Nie lawiruje. Jest szczery, zabawny, a do tego czuje się spełniony. Oto cały Artur Barciś.

Mówi się, że prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, wybudować dom i zasadzić drzewo. Artur Barciś zrobił to wszystko! Sprawdzamy zatem jaka jest jego recepta na sukces...

Marek Kondrat, pański kolega po fachu, uważa, że aktorstwo to nie jest zawód dla prawdziwego mężczyzny. Profesja godna mężczyzny to według niego polityk, żołnierz, inżynier...

 

- Bardzo cenię i szanuję Marka, ale akurat w tym wypadku trudno mi się z nim zgodzić. Bo niby kto miałby grać mężczyzn?

Czyli całkowicie nie zgadza się pan z tą tezą?

- Po części jest ona oczywiście prawdziwa. My, aktorzy, jesteśmy przecież takimi wiecznymi dziećmi. Jest nawet taki jeden fajny żart. Syn mówi do mamy: - Jak dorosnę, będę aktorem. A mama na to: - Albo jedno, albo drugie synku. Więc coś w tym musi być. Faktycznie aktorstwo wydaje się trochę niemęskim zawodem. Ale jeżeli ma się do tego odpowiedni dystans, to wszystko jest w porządku. Tak naprawdę jest to praca, która może dać nam absolutną pełnię szczęścia.

Pan już ją osiągnął?

- Bywały takie chwile, w których czułem, że złapałem Pana Boga za nogi.

Kto pierwszy powiedział do pana: "Artur, masz talent aktorski"?

- Moja nauczycielka od języka polskiego. Usłyszała, jak recytuję zadany przez nią wiersz. I zaproponowała, abym wystartował w konkursie recytatorskim. Zgodziłem się, bo od dziecka lubiłem występować na scenie. A to była największa tego typu impreza w naszym kraju.

Domyślam się, że zajął pan pierwsze miejsce!

- Zdobyłem tytuł recytatora roku i wszystkie możliwe nagrody. Wtedy zrozumiałem, że jest to droga, którą chcę w swoim życiu podążać.

I zdecydował się pan zdawać do szkoły aktorskiej...

- To było dla mnie nie lada wyzwanie. Konkurencja była ogromna. Startowało aż 400 osób, a tylko 20 zostało przyjętych. W tym ja. To niewiarygodne, niewymowne szczęście. Nie wierzyłem, że może mi się to udać. Byłem przekonany, że każą mi poczekać jeszcze rok na to, bym dojrzał. Bo rzeczywiście wyglądałem wtedy na 14 lat. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się. I cztery lata później otrzymałem dyplom magistra sztuki.

Czy osobie o pana wzroście i posturze jest w zawodzie aktorskim trudniej, czy łatwiej?

- Właśnie tego dotyczyły wszystkie moje obawy. Czułem, że warunki fizyczne mogą być przeszkodą w zdawaniu do szkoły aktorskiej. Miałem świadomość swojego wyglądu. Byłem malutki, drobniutki, chudziutki i taki niewydarzony. A od zawsze wydawało mi się, że aktor musi być przystojny wysoki. Szczęśliwie okazało się jednak, że to wcale nie jest w tym zawodzie najważniejsze.

Panie Arturze, jest pan nie tylko zdolnym aktorem, ale również szczęśliwym mężem.

- To nic trudnego. Trzeba się tylko dobrze dopasować z tą drugą osobą. Ludzie bardzo często o tym zapominają. I dobierają się na zasadzie przypadku. Nie są jeszcze do siebie przekonani i do końca pewni tej miłości, ale już na wszelki wypadek pobierają się. Myśmy z żoną testowali się dwa lata. Chociaż od samego początku czuliśmy, że trafił swój na swego.

Rodzice przyszłej żony nie obawiali się związku z aktorem?

- Trochę tak. Bali się, że uwiodę, a później szybko porzucę ich córkę.

A dziwi się im pan?

- To stereotypowe myślenie. Aktorzy są przecież takimi samymi ludźmi jak inni. Tyle tylko, że o aktorach się mówi. Gdy któryś z nich ma drugą żonę, to gazety będą o tym pisały. Sytuacja przedstawia się natomiast inaczej, gdy chodzi o inżyniera Kowalskiego, który prosi piątą kobietę o rękę. O nim już nikt nie napisze. I tak właśnie tworzy się opinia aktorów-kobieciarzy. Na szczęście z biegiem czasu moi teściowie zrozumieli, że w naszym przypadku chodzi o prawdziwą miłość...

Przekonali się do pana?

- Teraz moja teściowa kocha mnie chyba bardziej niż własną córkę.

Co takiego ma w sobie ich córka, żeby tak wzięty aktor jak pan, nie chciał jej zostawić dla jakiejś wschodzącej gwiazdy? I trwa to od ponad 27 lat!

- My po prostu bardzo się kochamy. Najważniejsze, aby polubić i zaakceptować swoje wady. Nie wolno pozwalać na jakiekolwiek kryzysy. My od razu rozwiązujemy wszelkie nieporozumienia. Nie odkładamy spraw na później. Szkoda na to czasu. Ciche dni u nas po prostu nie występują. Siadamy i spokojnie rozmawiamy. A ja już wiem, że dla mojej żony zrobiłbym dosłownie wszystko.

Wychodzi na to, że państwa małżeństwo jest po prostu idealne.

- To nie jest tak. Czasami również się sprzeczamy. Żona zarzuca mi na przykład, że czasami wykorzystuję swoją popularność.

Do jakich celów?

- Czasami ktoś mnie wpuści w urzędzie bez kolejki. Innym razem liczę na to, że policja będzie dla mnie łaskawsza. Mojej żonie się to nie podoba, bo jest niezwykle praworządną osobą. Jak widzi zielone światło, to... zwalnia. Kiedy pytam dlaczego, to tłumaczy, że zaraz mogłoby przecież zapalić się pomarańczowe.

Nie mogę zakończyć tej rozmowy bez pytania o pana syna Franciszka!

- A... dziękuję! Franciszek miewa się bardzo dobrze. Właśnie kończy swoje studia. A od niedawna pracuje w TVP. Jestem z niego naprawdę szalenie dumny. Montuje filmy, komponuje piosenki, a niedawno rozpoczęliśmy naszą pierwszą współpracę przy mojej najnowszej produkcji w Teatrze Dramatycznym w Koszalinie.

Ale nie samą pracą człowiek żyje... Franciszek myśli już może o założeniu rodziny?

- Nic mi o tym nie wiadomo. On ma przecież dopiero 23 lata.

A chociaż poznał pan już przyszłą synową?

- Nawet kilka!

Rozmawiała Alicja Dopierała

Dowiedz się więcej na temat: Artur Barciś | seriale | Doręczyciel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje