Reklama

Daleko od noszy

Ocena
serialu
7,3
Dobry
Ocen: 565
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Zakochani w sobie od 30 lat!

W tym roku mija 30 lat od chwili, kiedy Krzysztof Jaroszyński, reżyser i scenarzysta sitcomu "Daleko od noszy", po raz pierwszy zobaczył Elżbietę Zającówną, czyli niezapomnianą Hankę Trzebuchowską z serialu "Matki, żony i kochanki".

Krzysztof Jaroszyński po raz pierwszy zobaczył Elżbietę Zającównę w kinie. Dokładnie 30 lat temu oglądał film Juliusza Machulskiego "Vabank", w którym młodziutka wówczas aktorka grała jedną z głównych ról. Ciemnowłosa dziewczyna zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że postanowił zrobić wszystko, by osobiście ją poznać i poślubić. Odnalazł Elżbietę w stołecznym teatrze "Syrena". Poszedł, przedstawił się, zaproponował wspólną kolację. Szybko zdobył serce aktorki. Wkrótce obchodzić będą 27. rocznicę ślubu i świętować 20. urodziny córki Gabrysi. Od 10 lat prowadzą firmę producencką "Gabi", której prezesuje Elżbieta. To właśnie ona wyprodukowała seriale "Graczykowie", "Trędowata", "Buła i spóła", "Szpital na perypetiach", "Synowie" i - wciąż bardzo popularne - "Daleko od noszy".

Reklama

- Ela jest dobrą szefową - śmieje się Krzysztof Jaroszyński, znany i lubiany satyryk.

- W naszym domu artystą jest Krzysztof - mówi aktorka.

- Jest twórcą i pomysłodawcą wielu rzeczy, które ja pomagam mu jedynie doprowadzić do finału. Moim królestwem jest natomiast dom - dodaje.

Znajomi państwa Jaroszyńskich twierdzą, że Elżbieta nie jest zwykłą panią domu - często bowiem wyręcza Krzysztofa w typowo męskich pracach.

- Ela jest w domu kierownikiem i wykonawcą - żartuje Krzysztof Jaroszyński.

- Jako osoba o silnym charakterze niczego ze mną nie uzgadnia. Wydaje polecenia i natychmiast je wykonuje. Kiedy na przykład trzeba zawiesić karnisz, natychmiast sięga po wiertarkę. Nie daje mi żadnych szans, bym udowodnił, że doskonale umiem radzić sobie z tego typu zajęciami. Ela w domu jest prawdziwym szefem - dodaje ze śmiechem scenarzysta i reżyser "Daleko od noszy".

Jak w każdym małżeństwie, tak i w związku Zającówna-Jaroszyński zdarzały się momenty kryzysowe.

- Kiedy urodziła się Gabrysia, Krzysztof poczuł się odtrącony. Na chwilę zapomnieliśmy, że się kochamy. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że musimy ratować nasz związek. Postanowiliśmy poświęcać sobie więcej uwagi, zrezygnowaliśmy z niektórych zawodowych planów - tych, które wymagały od nas ciągłych wyjazdów. Założyliśmy firmę, by pracować na miejscu, w Warszawie - opowiada aktorka.

- Ten kryzys uświadomił nam różnicę między "byciem ze sobą", a "byciem obok siebie" - mówi Krzysztof Jaroszyński.

- Zrozumieliśmy, że nie chodzi głównie o czas sobie poświęcany, ale o to, by mieć dla siebie więcej uczuć, serdeczności i zrozumienia - mówią zgodnie, dodając, że z każdego, nawet najtrudniejszego doświadczenia, należy wyciągać wnioski.

- To nasza recepta na udany związek - twierdzą.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje