Reklama

Czas honoru

Ocena
serialu
8,2
Bardzo dobry
Ocen: 998
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Szczegóły są najważniejsze

– Dopóki praca będzie sprawiać mi przyjemność, nie porzucę jej – mówi Paweł Małaszyński, występujący w nowej transzy "Czasu honoru".

Kończy Pan zdjęcia do trzeciej części „Czasu honoru”. Jak się pan czuje w roli niemieckiego szpiega?

Reklama

– Doskonale, i to nie dlatego, że lubię grać w filmach wojennych. Miałem już wcześniej propozycję pracy na planie serialu Michała Rosy, ale dopiero rola Tadeusza sprawiła, że się zdecydowałem.

- Podoba mi się determinacja, z jaką mój bohater dąży do celu. Tadeusz to typ „obleśnej żmii”, będzie szedł po trupach, aby osiągnąć to, co sobie postanowił, napotka jednak trudności, również ze strony niemieckich zwierzchników.

- Z drugiej strony za wszelką cenę musi uwiarygodnić się w oczach wrogów, czyli polskich konspiratorów.

Chętnie przyjmuje pan role czarnych charakterów?

– Dla aktora czarny charakter zawsze jest ciekawym doświadczeniem. Ale nie nastawiam się wyłącznie na tego typu role. Jeśli scenariusz jest dobrze napisany, nie ma znaczenia, czy gram w komedii, dramacie czy filmie akcji, jak miało to ostatnio miejsce w „Weekendzie” Cezarego Pazury.

- Czułem frajdę, że gram faceta od mokrej roboty, który chce radykalnie zmienić swoje życie. Podobne odczucia miałem jako Oscar w „Skrzydlatych świniach”. Tam uświadamiam sobie, co jest na tym świecie najważniejsze.

Ostatnio spędzał Pan czas na dwóch planach. Nie jest dla pana problemem grać dwie role równocześnie?

– Szybko się przestawiam, choć wolałbym skupić się na jednej postaci. Tym razem kursowałem między Łodzią a Warszawą. Być może dlatego na planie „Czasu honoru” zaliczyłem wpadkę.

To znaczy?

– W scenie odbijania więźniów zamiast strzelać z pistoletu jedną dłonią, trzymałem go oburącz. A przecież w tamtych czasach tak się z bronią nie obchodziło! Jest mi tym bardziej głupio, że zawsze dbam o szczegóły.

Może to wynik przemęczenia?

– Nie ukrywam, że miałem ostatnio pracowity okres. Oprócz serialu, o którym krążą słuchy, że będzie jego kolejna część i „Weekendu”, występowałem cały czas na deskach warszawskiego teatru Kwadrat. Do końca lipca pracowałem jeszcze na planie „Czasu honoru”, a teraz zasłużona laba!

Rozmawiamy w dniu Pana urodzin. Jakieś postanowienia?

– Niespecjalnie. Widząc swojego syna uświadamiam sobie, że się starzeję, a wykonując na planach kaskaderskie sztuczki, przypominam sobie słowa Mela Gibsona z „Zabójczej broni”: „Za stary już na to jestem!”

Rozmawiał Artur Krasicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje