Blondynka

Ocena
serialu
7,8
Dobry
Ocen: 601
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Blondynka": Hanna Śleszyńska jest wrogiem... bylejakości

Hanna Śleszyńska, czyli Auguścikowa z "Blondynki", to aktorka o tysiącu twarzach, która od lat cieszy się opinią perfekcjonistki w każdym calu. - Lubię pracować z sensem, bo bylejakość po prostu mnie zniechęca - mówi.


Reklama


Hanna Śleszyńska, którą wiosną zobaczymy w serialu "O mnie się nie martw", to niezwykle szczera, spontaniczna aktorka pozbawiona, mimo ogromnej popularności, manier charakterystycznych dla wielkich gwiazd.

O własnych wadach...

- Jako typowy Baran lubię dominować, muszę mieć zawsze rację, a do błędu nie przyznam się na największych torturach. Taki charakter nie ułatwia mi życia. Potrafię być zacięta i bardzo, bardzo uparta. Za szybko wyrzucam z siebie nie przemyślane słowa. Czasem, gdy się rozpędzę, nie widzę odwrotu i ranię najbliższych. Tak trudno zatrzymać emocje, tak trudno ustąpić...

O filmach...

- Ludzie często pytają mnie, dlaczego nie gram w filmach... Nie wiem. Najpierw wydawało mi się, że film potrzebuje przede wszystkim kobiet dekoracyjnych, a atrakcyjną blondynką zdecydowanie nie jestem. Potem stwierdziłam, że są różne filmy i moje warunki też można by w jakiś sposób wykorzystywać. Jednak niewielu reżyserów ma na to ochotę. Przemazywałam się przez ekran tu i ówdzie: w "Kawalerskim życiu na obczyźnie", w "Nic śmiesznego", w "Awanturze o Basię". Niewiele tego, ale nie narzekam.

O domu i wyrzeczeniach...

- Dom z upływem lat staje się dla mnie coraz ważniejszy. Jednak zamknięta w czterech ścianach, czułabym się nieszczęśliwa. Potrzebuję kontaktu z ludźmi, pracy i niezależności. Gdyby wymagało tego dobro dzieci czy któregokolwiek członka rodziny, bez wahania zrezygnowałabym ze sceny. Gdyby zażądał tego mężczyzna tylko dlatego, że z zasady nie akceptuje żony aktorki albo w ogóle żony pracującej - prędzej zmieniłabym mężczyznę.

O synach...

- W wychowywaniu synów częściej kierowałam się sercem i emocjami niż żelazną konsekwencją. Nie zawsze byłam z tego powodu zadowolona. Jedno jest pewne: nigdy nie przenosiłam napięć związanych z pracą na chłopaków. Chciałam im oszczędzić stresów i niepokoju, jaki często towarzyszy dzieciom ludzi uprawiających mój zawód. Uwielbiam spędzać czas z synami i staram się poświęcać im każdą wolną chwilę.

O doskonałości...

- Chciałabym być świetna w pracy i jednocześnie doskonale dawać sobie radę w domu. Kiedy zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe, wpadam w panikę i zaczynam się wściekać na siebie. Z niemocy! Z tego, że nie daję sobie rady ze wszystkim. Nie ma ludzi doskonałych. Jestem niepoprawną realistką, która w ocenie sytuacji zawsze uwzględnia ewentualne komplikacje. Wolę być mile zaskoczona niż niemile rozczarowana.

O karierze...

- Uważam, że wiele fajnych rzeczy już mnie jako aktorkę spotkało i wierzę, że jeszcze więcej mnie czeka. Nigdy nie miałam żadnego planu "rozwoju kariery", nie marzyłam, żeby zagrać to czy tamto. Owszem - czasem ogarnia mnie żal, że już coś mnie ominęło. W tym zawodzie istnieje podobno taki magiczny moment dla kobiety, gdy traci tak zwane warunki i gra coraz mniej i mniej. Ale... złośliwe staruszki też ktoś musi zagrać. Mnie fascynuje przede wszystkim praca, dążenie do perfekcji, wciąż chciałabym więcej prób, dubli. To mi dostarcza energii. Dlatego bywam katem dla kolegów, z którymi pracuję, bo ciągle wydaje mi się, że można jeszcze lepiej. Jestem wrogiem bylejakości!

Dowiedz się więcej na temat: Hanna Śleszyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje