Reklama

Barwy szczęścia

Ocena
serialu
8,3
Bardzo dobry
Ocen: 15150
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Znalazłam swoją niszę

Młode, blondwłose dziewczęta grała aż do trzydziestki. Po urodzeniu dzieci zmieniła się, ale zaczęła dostawać role ciepłych kobiet. – Weszłam w niszę, bo aktorki uciekały od tej swojej naturalnej fizyczności. - mówi Anna Gornostaj.

Wesołe miasteczko w centrum Gdańska: karuzele na łańcuchach, diabelski młyn...

Reklama

– Tak, to był mój świat – mówi Anna Gornostaj, sympatyczna Róża z „Barw szczęścia”.

– Lunapark był własnością moich rodziców. Tam poznawałam smak słowa praca. – Magia teatru dopadła mnie, gdy miałam 12 lat – dodaje aktorka.

– Jako statystka trafiłam do odnoszącego wtedy triumfy gdańskiego Teatru Wybrzeże. Wychowałam się za jego kulisami.

Stamtąd już tylko krok do decyzji, by studiować w szkole teatralnej. Bez trudu zdała na studia... i Warszawa ją pochłonęła.

- Był rok 1982, trudne czasy, bojkot mediów. Ale ja miałam dużo szczęścia. Blondyneczka o wielkich błękitnych oczach. Takie osoby są potrzebne, by grać role dzieci i młodych naiwnych.

Anna grała je aż do trzydziestki! Karierę zaczęła w Teatrze Narodowym.

- Nie wiem, ile ma miejsc, ale jest ogromny. Hanuszkiewicz, postać charyzmatyczna, krzyczał do mnie z drugiego balkonu: "Anka, chcę cię słyszeć!". Od warsztatu głosowego po sztukę interpretacji - trudno sobie wyobrazić lepszą lekcję zawodu.

Aktorka zrobiła też pierwsze kroki przed kamerą. W "C.K. Dezerterach" jako Mitzi uwodziła Kanię, czyli Marka Kondrata. Do dziś te sceny krążą po internecie. Zaczęła się też era "Ateneum". Trwała 25 lat, do chwili, w której musiała odejść z tego teatru ze względów oszczędnościowych.

- Szok. Bo Ateneum to był mój drugi dom. Może pracowałam wtedy mniej, ale przecież nie dlatego, że nie chciałam grać! Aktorki, które "wpadają" w wiek 35 - 45 lat, już nie mogą grać amantek, a jeszcze - kobiet dojrzałych. Po prostu jest mało takich ról. Gdy mnie zwolniono, miałam już dwójkę dzieci. Zmienił się mój sposób myślenia i wygląd - stałam się kobietą ciepłą, papuśną.

- I nagle zaczęłam dostawać role takich postaci. Okazało się, że weszłam w niszę, bo aktorki uciekały od tej swojej naturalnej fizyczności. Moją specjalnością stały się kobiety śmieszne, charakterystyczne.

Zwrócili na nią uwagę twórcy seriali.

- Koledzy się śmiali, że przeleciałam też chyba przez wszystkie seriale! - mówi.

Rzeczywiście, chyba nie było takiego, w którym by nie grała, ale ponieważ już w czasach "Labiryntu" poczuła, że to szufladkuje, wolała przechodzić z serialu do serialu. Zasadę tę po raz pierwszy złamała dla "Barw szczęścia".

- Róża? To miała być nieduża rólka. Miałam sekundować Zbyszkowi Buczkowskiemu jako jego serialowa żona. Myślę, że wątek rozwinął się dzięki naszej grze. Tak to się potoczyło, że na pracy zaczęło mi zależeć, nie tylko finansowo, bo to drugorzędna sprawa, ale i artystycznie. Róża pokazuje, że świat ma różne barwy. Jej postać jest delikatna, podporządkowana rodzinie, jednak to wokół niej kręci się dom.

Jest to artystyczny sukces aktorki. Anna, tak jak Róża walczy także o swoje marzenia.

- Po pół roku życia bez teatru uświadomiłam sobie, że mam jakby martwe oczy. Już dawno umówiłyśmy się z Marysią Ciunelis, z którą dzieliłam garderobę, że jeśli i nas dotknie nuda, stworzymy coś same. Gdy znalazłam się poza "Ateneum", wymyśliłyśmy, by zrealizować sztukę "Dzieci mniejszego Boga" z udziałem aktorów głuchych. Trudno było namówić kogokolwiek, żeby użyczył sceny, ale w końcu udało się fantastycznie! Niosły mnie emocje. A dyrektor Zbigniew Libera, który zwolnił mnie z "Ateneum", zaproponował, żeby pokazać sztukę na tamtej scenie... Wróciłam do tego teatru jako producent. I ta samodzielność, mimo ogromnej odpowiedzialności, bardzo mi się spodobała...

Zdarzył się też cud. Spadek po dziadku męża, przedwojennym producencie śmigieł lotniczych, pozwolił Annie wejść w spółkę z biznesmenami, którzy chcieli w niszczejącym kinie "Capitol" otworzyć klub muzyczny. Udało się go połączyć z teatrem.

- Wspólnicy uważali, że teatr będzie "robił im trochę prestiżu",a okazało się, że po roku mojej pracy teatr "Capitol" stał się równorzędnym partnerem. I tak mam przygodę z własnym biznesem. Ściągam do teatru dobrych aktorów, którzy często są moimi przyjaciółmi - Hankę Śleszyńską, z którą znamy się od czasu studiów, Kasię Figurę, Czarka Morawskiego, Darię Widawską, Piotrka Gąsowskiego... Pracujemy wspólnie i to jest fantastyczne.

Czy Anna Gornostaj ma jeszcze jakieś marzenia poza sceną? Oczywiście - te związane z życiem prywatnym. Ale chce również napisać książkę o teatrze na świecie, bo dużo podróżuje, odwiedza teatry od Birmy, przez Borneo po Nowy Jork, i tymi wrażeniami chciałaby się podzielić z innymi.

Rozmawiała: Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Barwy szczęścia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje