Dulce Maria: W cztery oczy z meksykańską artystką

Podobno przyjechałaś do Krakowa pociągiem...

Reklama

- Tak (śmiech).

Nie szybciej i wygodniej byłoby jednak samolotem?

- Przyleciałam do Rzymu, gdzie mieszka moja rodzina, by poznać nowego jej członka - siostrzenicę. Razem pojechaliśmy do Wenecji, a mnie czekały jeszcze podróże do Krakowa i Lublany. Nie chciałam tyle latać po Europie. Wybrałam spokojniejszy dla mnie środek transportu - pociąg. Poza tym to całkiem nowe doświadczenie.

Zaczynam odnosić wrażenie, że boisz się latać...

- Ze względu na moją pracę muszę często tak podróżować, ale nie ukrywam, że wolę stąpać po ziemi (śmiech).

Najważniejsze, że jesteś u nas. Muszę przyznać, że długo kazałaś na siebie czekać.

- Niestety, z RBD nigdy nie udało nam się dotrzeć do Polski. Gdyby zależało to ode mnie, przyjechałabym już dawno temu. Nie było jednak osoby, która by to zorganizowała. Dopiero Fran Villalta (prezes firmy Villalta Entertainment, organizatora spotkania - przyp. red.) pozwolił mi i moim fanom spełnić nasze marzenie.

Wróćmy do początków Twojej kariery. Dlaczego zdecydowałaś się być częścią świata artystycznego?

- Nie zdecydowałam (śmiech). Miałam pięć lat, gdy mama zaprowadziła mnie na pierwszy casting. Pojawiłam się w reklamówkach, telenowelach, dołączyłam do grup muzycznych. I nagle to stało się moim życiem. Nie mogę powiedzieć, że był to świadomy wybór. Po prostu, tak się wydarzyło.

Kiedy sama pomyślałaś: to jest to! Tak chcę zarabiać na życie?

- Miałam 14-15 lat. Nadszedł moment, kiedy grałam w "Primer amor, a mil por hora" i śpiewałam z zespołem Jeans. Ze względu na obowiązki musiałam opuścić szkołę i rozpocząć indywidualny tok nauki. Wtedy pojawiła się myśl: to się dzieje na serio. To nie jest już tylko dziecięca zabawa.

Twoim pierwszym większym sukcesem była "Clase 406". Jak wspominasz tę przygodę?

- To był piękny czas. Dla mnie osobiście też pewien przełomowy moment. Powoli zmieniałam się z dziewczynki w kobietę. Dzięki tej przygodzie poczułam miłość do muzyki. Po skończeniu telenoweli zapisałam się do szkoły muzycznej, którą rzuciłam po pół roku, bo zostałam wezwana do "Zbuntowanych".

Gładko przechodzimy do telenoweli i zespołu, które stały się światowym fenomenem. Jak zmieniły one Twoje życie?

- To było coś spektakularnego. Z RBD odwiedziliśmy prawie każdy zakątek na Ziemi. Przekonałam się, że dla muzyki, emocji nie ma granic. Nieważne gdzie mieszkamy, jakim językiem mówimy, naprawdę wiele nas łączy. To był niezwykły czas, za który jestem życiu ogromnie wdzięczna.

Co najmilej, a co najgorzej wspominasz z tego okresu?

- Najmilej - ludzi. Tysiące serc, po brzegi wypełnione stadiony, spotkania z fanami. Najtrudniejsza była rozłąką z bliskimi. Co tydzień inne miejsce, hotel, samolot, ale jedno bez zmian - samotne zasypianie w pokoju. Bardzo dużo wtedy pisałam. To było moje duchowe połączenie z samą sobą - Dulce. Był to niezwykle intensywny czas pełen ciężkiej pracy.

A plotki, nie dokuczały Ci?

- Pewnie po części też, ale jakoś tego nie odczułam.

Jak byś dziś opisała swoich kolegów z RBD?

- Ojej, już nie pamiętam (śmiech). Christian - zabawny, Poncho - uparty, Christopher - pomysłowy, Maite - skoncentrowana i Anahí - przyjacielska.

Z kim z tej piątki łączyła Cię najsilniejsza więź?

- Ze wszystkimi na różnych etapach historii RBD.

Kiedy zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu, bałaś się, czy byłaś gotowa iść dalej sama?

- To była decyzja wielu osób - od producentów, poprzez szefów Televisy, wytwórni. Oczywiście z naszym przyzwoleniem. Zespół to szóstka dusz, z których każda miała swoje indywidualne marzenia i dalej musiała iść sama. Nie ma wątpliwości, że trudno było zamknąć taki etap. Cieszy mnie fakt, że mimo upływających lat nadal żyjemy w sercach fanów. Te historia, magia nigdy nie umrą i to jest piękne!

Po rozpadzie skupiłaś się na muzyce. Nie chciałaś połączyć grania z muzyką, jak część Twoich koleżanek po fachu?

- Od 15 roku grałam i śpiewałam jednocześnie. Po RBD nakręciłam jeszcze telenowelę "Verano de amor" i powiedziałam: dość! Nie dam tak dłużej rady! Jeszcze chwila i oszaleję. Nie mam energii, by cieszyć się swoją pracą, nie mam możliwości skupienia się w 100% na żadnej z dziedzin, a przede wszystkim, nie mam życia! Wiedziałam, że chcę nagrać płytę, ale by to zrobić, musiałam wyciszyć się, złapać chwilę oddechu. Na spokojnie nagrałam dwa krążki i należycie skupiłam się na ich promocji. Teraz, kiedy ten okres mam już za sobą, mogę wrócić do telewizji i dlatego przyjęłam rolę w "Corazón que miente".

Co przekonało Cię do przyjęcia roli Renaty - Twojej pierwszej w karierze antagonistki?

- Cieszy mnie, że ostatnio telenowele są krótsze, maks. 5 m-cy pracy na planie. Wspaniała historia, remake "Labiryntu namiętności". Co do Renaty... Na tym etapie znam jedynie jej zarys ze scenariusza. Nie jest to typowa villana, wiedźma. To rozkapryszona dziewczyna, którą samotność przekształca w manipulatorkę i intrygantkę. Czeka mnie niezła zabawa.W końcu będę mogła robić rzeczy, na które normalnie nie pozwoliłabym sobie (śmiech).

Co zamierzasz dać postaci od siebie?

Rola to kartka z zapisem dialogu: - Cześć wujku! Reszta, czyli emocje, mimika, gestykulacja, zachowanie to mój wkład i moja własna interpretacja.

Na planie spotkasz się ze swoim byłym - Pablem Lylem. Podobną sytuację miałaś przy "Zbuntowanych" z Poncho... Trudno jest pracować obok byłego chłopaka?

- Przywykłam (śmiech). Takie są uroki tej profesji. Z Pablem rozstaliśmy się w zgodzie i przyjaźni. Jesteśmy na innych etapach życia. On już jest mężem i ojcem.

A Dulce jest...

- Wolna. W tej chwili jestem bliżej Boga i bardzo się z tego cieszę. Pełna wiary, nadziei i wdzięczności przekroczę magiczną 30.

Boisz się?

- Nie czuję strachu, bardziej świadomość zmiany. Zaczynam nowy etap w życiu. W tej chwili mam spokój i głowę pełną marzeń.

Zbliża się sylwester. Jakie masz plany na ten wieczór oraz przyszłość? Czego życzysz swoim fanom na Nowy Rok?

- Rodzinna kolacja. Rozbijanie jajek z życzeniami i piñaty. Plany... Telenowela, a po niej zbieranie materiału na kolejną płytę. Może uda się ją nagrać jeszcze w 2016 r. W odróżnieniu od czasów RBD, teraz wszystko jest na mojej głowie. Sobie i wszystkim życzę błogosławieństw, miłości, pokoju i tego, byśmy z każdym dniem byli lepsi, bo tylko tak pokonamy zło, które szerzy się na świecie. I bym szybko wróciła do Polski!

Rozm. M. Godlewski


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje