"X-Men '97": Czy kontynuacja kultowej animacji spełnia pokładane w niej nadzieje? [recenzja]

Kadr z serialu "X-Men '97" /Disney+ /materiały prasowe
Reklama

Z nostalgią i popkulturą bywa różnie. Pamięć jest selektywna i wybiera to, co najlepsze, a gorsze momenty pomija lub ładnie je pudruje. Z tego powodu powrót do ulubionych produkcji z dzieciństwa często kończy się srogim zawodem. Decyzji o kontynuacji animowanych "X-Men" z lat dziewięćdziesiątych XX wieku nie przywitałem więc wybuchem radości. Stałem się jeszcze bardziej sceptyczny, gdy na chwilę wróciłem do kultowego dziś serialu. Na szczęście czasem przeczucie mnie myli — i tak było w tym przypadku. "X-Men '97" to najlepsza animacja oparta na komiksach Marvela od lat i najlepsza audiowizualna adaptacja historii o drużynie mutantów od czasu "Pierwszej klasy" z 2011 roku.

Wybór 1997 roku jako czasu akcji wydaje się nieprzypadkowy. Wtedy właśnie oryginalna kreskówka zakończyła swoją emisję. Jeśli spojrzymy na wydawane wtedy w Stanach Zjednoczonych komiksy spod znaku X, zauważymy duże podobieństwa między nimi i głównymi wątkami fabuły "X-Men '97".

"X-Men": Kultowa animacja lat 90.

Wróćmy na chwilę do animacji z 1992 roku. Powstała ona w czasie, gdy komiksowi X-Men przechodzili duże zmiany. Rok wcześniej po kilkunastu latach zwolniono Chrisa Claremonta, scenarzystę, który wykreował większość znanych bohaterów i uczynił z mutantów flagowy tytuł wydawnictwa Marvel Comics. Na kartach komiksów znani bohaterowie odchodzili na drugi plan oraz debiutowali nowi, których przeszłość często była owiana tajemnicą (lub inaczej — twórcy obrazkowych historii dopiero ją wymyślali), jak Gambit, Cable i Bishop. Animowani "X-Men" łączyli nowe ze starym, wrzucając współczesny zespół w klasyczne przygody, odpowiednio złagodzone pod najmłodszych widzów — wszak to do nich była zaadresowana produkcja, mająca przede wszystkim reklamować kolejne serie zabawek z wizerunkami uwielbianych bohaterów i złoczyńców. 

Reklama

"Nowoczesny" był także design postaci, nawiązujący do rysunków Jima Lee. Animacja musiała robić ogromne wrażenie ponad trzydzieści lat temu. Dziś kłuje jednak w oczy. Należy też znaczyć, że twórcy pozostawali ślepi na wciąż rozwijający się komiksowy świat X-Men. To, co zadebiutowało na kartach komiksu po 1992 roku — np. rozwikłanie tajemnicy przeszłości Gambita lub pochodzenia Cable'a — w kreskówce nigdy nie zaistniało.

"X-Men '97" ukazuje się więc z dodatkowym bagażem ponad trzydziestu lat komiksowych historii, które wiele razy znacznie zmieniały świat mutantów. Punktem wyjścia jest jednak zakończenie oryginalnej animacji. Akcja rozpoczyna się kilka miesięcy po tym, jak ciężko ranny profesor Charles Xavier opuścił Ziemię, pozostawiając swoich podopiecznych pod wodzą Magneto — swojego najlepszego przyjaciela i największego wroga. 

"X-Men '97": Emocje jak w "Grze o tron"

Pierwszy odcinek nie przygotowuje nas na emocjonalną jazdę, którą przygotowali dla nas twórcy. W przeciwieństwie do oryginału nowa animacja jest skierowana do nieco starszego odbiorcy i robi użytek z wyższej kategorii wiekowej. O ile na początku dostajemy nieopartą na konkretnym komiksie fabułę, wprowadzającą nas ponownie w świat X-Men, od drugiego zaczyna się skakanie po znanych historiach. Zobaczymy wątki wyciągnięte z klasycznych opowieści oraz tych najnowszych — a czasem jedna będzie przechodziła płynnie w drugą. Imponujące, że udało się to sklecić w spójną całość. Jednocześnie serial od drugiego odcinka leci na najwyższych obrotach. Jeśli miałbym do czegoś porównać emocjonalny poziom "X-Men '97", to chyba do "Gry o tron", tyle że ze śmiercią Neda Starka w drugim odcinku i Krwawymi Godami w połowie sezonu. Nie przesadzam, jest tak intensywnie. 

W natłoku wrażeń nie ginie pokaźna obsada. Cieszy, że fabuła nie skupia się tylko na wciąż najpopularniejszym Loganie, a zamiast tego daje każdemu swoje pięć minut. Być może przydałby się jeszcze jeden odcinek spuszczający nieco z tonu, pozwalający złapać oddech i skupiający się na relacjach między postaciami. Te wybrzmiewają jednak w każdej scenie i geście — widzimy, że mamy do czynienia z drużyną, która przez lata stała się dla siebie niemal rodziną. Na plus zaliczam także fakt, że, w przeciwieństwie do oryginalnej animacji, ekipa nie jest tutaj stała. Starzy bohaterowie opuszczają grupę, na ich miejsce przychodzą nowi. Wspaniale sprawdza się Nightcrawler, będący idealną adaptacją znanego z komiksów bohatera o demonicznym wyglądzie i złotym sercu. 

"X-Men '97" sprawnie porusza się w tematyce stałej dla opowieści o mutantach Marvela. Na pierwszy plan wychodzi tu tolerancja, walka o swoje prawa, a także o pozostanie wiernym swoim zasadom. Szczególnie przejmujący wydaje się wątek Magneto, który porzucił ścieżkę przemocy, by spełnić ostatnie życzenie najlepszego przyjaciela. Jego przemowa w finale drugiego odcinka to chyba najlepsza scena w całej audiowizualnej historii tej postaci. Żałuję, że Ian McKellen lub Michael Fassbender nigdy nie otrzymali tak dobrego materiału. Równie przejmująco wypadają wątki Cyclopsa oraz Rogue i Gambita. Wielkie sprawy mieszają się tutaj z romansami wyjętymi niemal z opery mydlanej — co dla fanów X-Men nie powinno być żadną nowością. 

"X-Men '97": Nie wszystko się udało

Jeśli coś miejscami zgrzyta, to oryginalny dubbing. W tym wypadku nostalgia poszła nieco za daleko, ponieważ do użyczenia swoich głosów zaproszono obsadę z oryginalnej kreskówki. Tak oto dwudziestokilkuletnie Rogue i Storm brzmią jak sześćdziesięciolatki. Także Wolverine wypada jakoś nieprzekonująco. Inne postaci zostały jednak obsadzone perfekcyjnie — tu wskazuję przede wszystkim na Cyclopsa i Magneto.

Nierówna jest także animacja. Same rysunki są schludne i o kilka klas lepsze od innych seriali o superbohaterach, chociażby "Ligi Młodych", w której wszyscy wyglądają identycznie. Realizacja imponuje i zapiera dech w dynamicznych i zawsze dobrze przemyślanych scenach akcji. Szczególnie finał piątego odcinka przypomina najbardziej emocjonujące sceny rodem z wysokobudżetowych anime. Niestety, jakość animacji spada, gdy tempo zwalnia. W scenach dialogowych czasem nasuwa się skojarzenie z internetowymi filmikami tworzonymi w programie Flash na początku XXI wieku. 

Niektórym mogą także przeszkadzać liczne nawiązania do szerszego uniwersum Marvela. Na ekranie co chwilę będą pojawiały się postaci z komiksów o mutantach (a tych są dosłownie tysiące), jednak w pewnym momencie migną nam także bohaterowie i złoczyńcy znani z innych tytułów. Wybija to nieco z rytmu opowieści. Pozostaje poczekać, czy w planowanych sezonach zostaną oni lepiej wykorzystani. Czy nie dojdzie na przykład do starcia animowanych X-Men z Avengers?

"X-Men '97" brakuje nieco do wybitności. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z idealnym przykładem produkcji "od fanów dla fanów". Wynagradza ona fanom mutantów kilka długich lat kinowej i telewizyjnej posuchy. Wszak okropny "X-Men: Mroczna Phoenix" miał swą premierę w 2019 roku. "X-Men '97" umiejętnie nawiązuje do komiksowego pierwowzoru, a jednocześnie mocno stoi na własnych nogach. Świetnie balansuje między różnymi tonacjami i kilkunastoma głównymi bohaterami. Boli tylko fakt, że teraz musimy poczekać kilkanaście miesięcy na drugi sezon. Pierwszy skutecznie rozbudził apetyt na więcej. 

8/10

"X-Men '97", USA 2024, platforma: Disney+, premiera na streamingu: 10 marca 2024 roku

swiatseriali
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy