Lost: Zagubieni

Ocena
serialu
8,7
Bardzo dobry
Ocen: 534
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Czy Ben zasługuje na Oscara?

"Zasługuje na Oscara" - mówią fani Michaela Emersona. I pewnie jest na dobrej drodze. Ostatnio otrzymał nagrodę Emmy za rolę Bena w serialu "Lost. Zagubieni".

Najpierw podbił sceny Nowego Jorku, potem serca wielbicieli serialu "Kancelaria adwokacka", aż wreszcie przyszedł czas na "Lost. Zagubienych".

Reklama

"Jestem małym, niezbyt urodziwym i średnio utalentowanym facetem, do którego uśmiechnął się los" - żartuje mówiąc o sobie.

Tymczasem tegorocznych statuetka Emmy za rolę Bena Linusa to już druga w jego dorobku. "Rzeczywiście, przybywa mi złota! Ale spokojnie, nie jestem z tych, których wyróżnienia psują. Poprzednią statuetkę, za rolę psychopaty Willa Hinksa w Kancelarii adwokackiej, podarowałem siostrzeńcowi" - wyznaje Emerson.

Interesująca jest sposób, w jaki trafił do "Lostów".

"Grałem akurat w Kancelarii, gdy zadzwonił do mnie J. J. Abrams i nieznoszącym sprzeciwu głosem oznajmił: Proszę stawić się tego i tego dnia na casting. Oniemiałem, ale poszedłem. Kompletowano obsadę trzeciego sezonu. Potrzebny był odtwórca roli krętacza i manipulatora, diabelsko inteligentnego Benjamina Linusa. Podobno wpadłem Abramsowi w oko właśnie jako Hinks" - wspomina aktor.

Jego bohater to mężczyzna o niejasnej przeszłości, dziwnych motywacjach i ciekawej przyszłości. "Jego matka umarła zaraz po porodzie, ojca sam zabił. Współpracował z Innymi. Kręcił, motał, oszukiwał. Ale cały czas się zmienia... W piątym sezonie to już zupełnie inny mężczyzna" - opowiada o swojej postaci gwiazdor.

Na planie "Lost. Zagubionych" spotkał się z żoną, Carrie Preston, znaną m.in. z serialu "Gotowe na wszystko".

"W dodatku zagrałem jej syna! Carrie jest ode mnie młodsza o ponad 10 lat, ale bez obaw... Pojawia się tu jako mgliste wspomnienie Benjamina z czasów, gdy był bardzo malutki" - wyjaśnia artysta.

W Los Angeles Emerson bywa porównywany do Hugh Laurie'ego, odtwórcy dr House'a.

"Rzeczywiście, mówi się o pewnych "podobieństwach na wspak". Otóż Hugh jest Brytyjczykiem, który do roli House'a bezbłędnie opanował amerykański akcent. Ja jestem Amerykaninem, który gada jak typowy Anglik. Brytyjskiego akcentu musiałem się nauczyć do roli. Spodobało mi się i... używam go na co dzień" - kończy aktor.

Więcej czytaj w magazynie "Tele Tydzień"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje