Jolanta Majewska-Machaj: W jaki sposób twój bohater Kamil Wichrowski dołączy do ekipy "Komisarza Aleksa"?
Krzysztof Szczepaniak: - Leon wyjedzie do Anglii na szkolenie, ale zostawi w zastępstwie kogoś, komu bezwzględnie ufa - swojego wychowanka i najlepszego ucznia, bo tak właśnie zarekomenduje mojego bohatera. Kamil istotnie przesiąkł jego wiedzą z zakresu medycyny sądowej, a przy tym jest piekielnie zdolny, błyskotliwy, ma coś, o czym się mówi "szósty zmysł". Żadna rana, kaliber pocisku czy inne ślady zbrodni nie ujdą jego uwadze - czyta z ciała denata jak z otwartej księgi i wkrótce się okaże, że Leon wiedział, co robi, polecając do tej pracy właśnie Kamila.
Równie kompetentnego, co... ekscentrycznego jak on sam.
- Faktycznie, Kamil jest człowiekiem nietuzinkowym jak jego mistrz, choć prezentuje nieco inny styl. Zwraca uwagę na wygląd, inwestuje w modę - jest trochę dandysowaty - i na przekór temu, co dzieje się w prosektorium, miejscu z definicji dość ponurym, prezentuje się jak facet z żurnala, w nienagannie skrojonym garniturze wystającym spod lekarskiego fartucha. I w hawajskim krawacie w tropikalne wzory - pamiątce z podróży - jak wyjaśnia z czarującym uśmiechem tym, którzy uwierzyć nie mogą w jego wyszukaną elegancję w policyjnym laboratorium. Ale na tym nie koniec, odkąd objął we władanie to pomieszczenie, rozbrzmiewa w nim jazz, głównie w wykonaniu Django Reinhardta, którego młody patolog jest wielbicielem. Początkowo to muzyczne tło pośród nieboszczyków wywoła lekki szok, a potem wszyscy się przyzwyczają.
Jak twojego bohatera przyjęła zgrana już policyjna załoga?
- Przychylnie. Już w pierwszej scenie Kamil złapał dobry kontakt z komisarzem Arturem Dębcem (Karol Dziuba), łączy ich poczucie humoru, rodzaj przekory, zaczepności, żartu, czuć, że - jak to się mówi - mają wspólny vibe. Artur z miejsca przedstawił mu najważniejszą postać w serialu, psa Aleksa, któremu Kamil z poszanowaniem podał rękę, ten wyciągnął łapę, gromko szczeknął - i tak przyjaźń została nawiązana. Reszta załogi również życzliwie powitała mojego bohatera na pokładzie. Odnoszę jednak wrażenie, że on sam się trochę spina przy żeńskiej części załogi (choć robi wszystko, żeby nie dać tego po sobie poznać), co prowadziłoby na trop, że choć jest wybornym specjalistą, w życiu prywatnym nie radzi sobie najlepiej - i to mógłby być ciekawy wątek.
Na długo Kamil Wichrowski zagości w serialu?
- Jeśli chodzi o mnie, to chciałbym, by trwało to jak najdłużej, zwłaszcza że na planie "Komisarza Aleksa" czuję się jak w domu, bo znam doskonale niemal całą ekipę. Z Karolem Dziubą studiowaliśmy razem w Akademii Teatralnej, mamy wspólnych znajomych, wspomnienia, przygody, czerpiemy z tej naszej relacji i dorzucamy do wspólnych scen różne smaczki, lubimy ze sobą grać. Z Piotrem Bondyrą, czyli serialowym Gutkiem, też się znamy z czasów studenckich, co prawda on studiował w Łodzi, my w Warszawie, ale jakoś te drogi się przecinały. Podobnie z Olgą Bołądź (w serialu komisarz Monika Niewiadomska), spotkaliśmy się już wcześniej na szlaku. Z Marianną Linde zaś jesteśmy w jednym teatrze - to Teatr Dramatyczny w Warszawie, ostatnio mieliśmy dwie wspólne premiery. Z kolei z Januszem Chabiorem miałem okazję już kiedyś razem grać w Teatrze Telewizji, w spektaklu pt. "Fryderyk" w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej, gdzie on wcielał się w ojca Chopina, a ja w tytułowego Fryderyka. Tak że ten układ paternalistyczny, wówczas ojciec - syn, tu w serialu mentor - uczeń, jakoś się w naszym duecie sprawdza.
Nie dość, że wszystkich w "Komisarzu Aleksie" znasz, to jeszcze grasz w nim nie po raz pierwszy...
- Tak jest, to moje trzecie podejście do tego serialu. Pierwsze miało miejsce w 2018 roku, drugie pięć lat później, ale w obu przypadkach były to role odcinka. Dopiero teraz jestem w nim obsadzony w postaci stałej, czyli dołączyłem do Drużyny Pierścienia (śmiech)
Tej jesieni będziemy mogli cię oglądać w telewizji aż w trzech serialach.
- Zgadza się. Poza "Komisarzem Aleksem" wystąpię w TVP w serialu "Gra z cieniem 2" w reżyserii Kingi Dębskiej oraz w "Czasie Niedokonanym" w reżyserii Dariusza Gajewskiego. W obu tych tytułach gram czarne charaktery, ubeka i agenta, niewielkie role, ale ciekawe, osadzone w epoce PRL-u. Fajne doświadczenie.
Na co dzień związany jesteś ze wspomnianym warszawskim Teatrem Dramatycznym, dobrze ci tam?
- To bardzo bliskie mi miejsce, w którym szlifuję swoje rzemiosło i spotykam niezwykle inspirujących twórców. Tuż po studiach debiutowałem (z sukcesem) w Teatrze Na Woli, który wtedy był integralną częścią Teatru Dramatycznego i w którym jestem nieprzerwanie od 12 lat. Właściwie przeszedłem teatralną ścieżkę, o jakiej może marzyć młody aktor, mając możliwość zagrania palety różnorodnych ról. Od postaci bardzo pozytywnych, po skrajnie negatywne, nieoczywiste, zabawne, dramatyczne, pierwszo- i dalszoplanowe.
- Mam w dorobku parę kultowych wcieleń, m.in. Mistrza Ceremonii w głośnym "Kabarecie" wyreżyserowanym na deskach naszego teatru przez Ewelinę Pietrowiak, czy Arlekina w "Słudze dwóch panów" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. Wystąpiłem w pięciu tytułach szekspirowskich, w tym oczywiście w "Hamlecie", pod okiem tego samego reżysera. Hamlet to rola wyjątkowo wymagająca fizycznie - po każdym zagranym spektaklu chudnie się kilogram, dwa, ale ten wysiłek sprawia ogromną satysfakcję. Mówi się, że o Hamlecie marzy każdy aktor, a moim pragnieniem było i jest wcielić się w inną postać tego dramatu - w Klaudiusza - i niewykluczone, że kiedyś to się też spełni.
- Póki co przygotowujemy obecnie nowe przedstawienie, zatytułowane "Nina. Wieczna królowa" w reżyserii Wojciecha Farugi i według tekstu Julii Holewińskiej, poświęcone pamięci Niny Andrycz. W rolę tę wcieli się Małgorzata Kożuchowska i to będzie jej powrót na scenę Teatru Dramatycznego. Premiera zaplanowana jest na grudzień tego roku. Myślę, że czeka nas duże wydarzenie i czekam na nie z niecierpliwością. Moja rola będzie niezwykle istotna i zaskakująca, powiązana z władzami PRL-u, ale na ten moment nic więcej nie zdradzę.
Popularność i dużą sympatię widzów przyniósł ci udział w programie "Twoja Twarz Brzmi Znajomo" przed kilku laty...
- Tak, nawet do dziś się zdarza, że ktoś wraca do tematu tego widowiska, a moje występy w nim żyją na YouTube, Instagramie i Facebooku, mając wciąż wiele odtworzeń i sympatycznych komentarzy. Sam z przyjemnością wspominam to przedsięwzięcie będące połączeniem sztuki aktorskiej, tanecznej, a przede wszystkim wokalnej, która zawsze była mi bliska. Tu wtręt historyczny - w 2011 roku, jako student drugiego roku szkoły teatralnej, brałem udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, a najzabawniejszy dziś wydaje się dobór repertuaru - otóż śpiewałem "W prosektorium" i "Ostatnią posługę" Macieja Zembatego, co w połączeniu z moją obecną rolą patologa w "Komisarzu Aleksie" brzmi trochę jak chichot losu albo mrożący krew w żyłach żart (uśmiech). Taki zbieg zdarzeń. Ale festiwal się udał, bo zdobyłem dwie nagrody, dziennikarzy i publiczności.

Żeby dobrze śpiewać, trzeba mieć głos - a ten przydaje się też w dubbingu, gdzie również święcisz sukcesy. Nie wszyscy wiedzą, że twoim głosem mówi np. Smerf Ważniak.
- Po pierwsze, kocham Smerfy, po drugie, wygrałem casting do najnowszych wersji filmowych i serialowych, jak również gier komputerowych z ich udziałem. Dzięki temu należę do smerfowej rodziny, a że Smerfy to światowa marka i bajka, która współtworzyła moje dzieciństwo, przyjemność z grania Ważniaka jest tym większa. Z dubbingiem zetknąłem się już u progu zawodowej drogi, kliknęło od razu i okazało się, że to miłość wzajemna. Dubbinguję różne rzeczy, nagrywam słuchowiska radiowe, uwielbiam tę pracę. Za każdym razem, kiedy wchodzę do studia, nie wiem do końca, co się tam wydarzy. Czuję się jak dziecko, które ma otworzyć prezent i będzie niespodzianka. Najlepsze do dubbingowania są bajki, bo można się trochę powygłupiać, każdy to lubi (śmiech)...
A miało być tak poważnie - jako dziecko zamierzałeś zostać Archeologiem lub Architektem, a zostałeś... Artystą. Co za zbieg - wszystko zaczyna się na AR!?
- No to tak. Co pozostało z tych "ar"? Mam dwa koty, którym zmieniam żwirek, co może mieć związek z pracą archeologa, ale chyba niewielki. Architektura poszła w kąt, odkąd przestałem konstruować wieże z kloców Lego. Nie pozostało mi nic innego jak zostać artystą. Szybko zresztą się okazało, że mam pewien talent, tzw. papugizm, który pozwala mi z powodzeniem naśladować dźwięki, ruchy, zachowania ludzi i zwierząt. Z czasem dowiedziałem się, że dobrze się czuję na scenie, odnajduję się przed kamerą, uwielbiam duże skupiska ludzi, machiny produkcyjne typu "Twoja Twarz Brzmi Znajomo" czy "Taniec z Gwiazdami", w których mogłem wystąpić na oczach wielomilionowej publiczności... To wszystko sprawia, że mogę z całą pewnością powiedzieć, że mój wybór zawodu był arcytrafnym wyborem!
Ale nie samą pracą żyje człowiek - co lubisz robić poza nią?
- Podróżować. Najchętniej w nieoczywiste miejsca, nieutartymi szlakami, infiltrować miejsca na pierwszy rzut oka nieznane, zwiedzać najdalsze zakątki kuli ziemskiej. Wymarzyłem sobie, że przejadę cały świat, jak dotąd, udało mi się dotrzeć do 64 krajów z blisko 200, które mamy na naszym globie. Podróżuję zazwyczaj z moją partnerką, razem idziemy przez życie, razem przemierzamy kontynenty.
Twoja dziewczyna jest też aktorką?
- Nie, jest dziennikarką. To żadna tajemnica, nazywa się Agnieszka Rutkowska, specjalizuje się w sprawach geopolitycznych, prowadzi m.in. w TVP Info magazyn "Oko na świat". Choć zawodowo jesteśmy z różnych branż, łączy nas pasja do egzotycznych wypraw, często odbywających się w ekstremalnych warunkach, z których człowiek wraca zmaltretowany, ale szczęśliwy.
Po Polsce też podróżujesz?
- Jak najbardziej! Mamy tu mnóstwo urokliwych miejsc, niazadeptanych przez turystów, takie wybieram, jak jest okazja. Przede wszystkim jednak jeżdżę do Wrocławia - to moje miasto rodzinne, gdzie się wychowałem i gdzie zawsze będzie dla mnie najpiękniej. Od 2009 roku, czyli odkąd dostałem się na studia, mieszkam w Warszawie, zdążyłem tu już zapuścić korzenie, ale moje serce zostało na Dolnym Śląsku. Są tam moi rodzice, otwiera się w nowym oknie, krewni, znajomi, przyjaciele z dzieciństwa - jest wiele powodów, dla których chcę tam wracać, kiedy tylko się da.









