Gra o tron 3x06: The Climb

Motywem przewodnim dziś miał zostać Mur. Ten, który dla jednych jest tylko legendą, dla innych był kiedyś celem i schronieniem, a dla niektórych przeszkodą, którą pokonywali - zawsze ryzykując życie.


Reklama

Czemu nie został? Bo w tej cholernej Królewskiej Przystani siedzą takie głowy, że aż chce ich się słuchać! Ale wracając jeszcze na moment tam, gdzie zimno...

Mogliśmy dostrzec kolejny szczegół konstrukcji Muru. Nie jest to przeszkoda nie do pokonania, ale trzeba uważać, gdy się na niego zamierza. Jeden nieostrożny ruch, źle umieszczony hak, a wielka bryła lodu porywa ciebie i twoich towarzyszy. Dla wspinaczy kończy się to tragicznie, ale na Murze nie widać nawet odprysku. Widok z góry jednak wart jest każdego ryzyka.

Dla kogoś, kto całe życie kulił się z zimna i walczył o miejsce przy ogniu, marzeniem było zwykle zobaczyć zielone krainy. Tak jak Ygritte, dzięki której i my mogliśmy oglądać te zapierające w piersiach widoki.

Jak przebiegnie wyprawa Dzikich na drugą stronę? Kogo (prawie!) spotkają?

Może wydawać się, że wątek Brana jest traktowany po macoszemu i dostajemy tylko kilkuminutowe sceny podczas których Meera i Osha warczą na siebie. Jednak jeśli nikt nie ma w planach pokazać nam wilczych snów Brana, a na to właśnie wygląda, to mogą równie dobrze darować sobie zdobywanie pożywienia i kolejne etapy wędrówki. Bran na pewno jeszcze się pojawi i to oby w ciekawszych scenach, na które warto czekać.

Jeżeli ktoś do tej pory uważał Bractwo Bez Chorągwi za szlachetnych rycerzy, wojowników o prawdę i honor, wiernych do końca swoim zasadom, to po dzisiejszym odcinku musiał zrewidować swoje poglądy. Zaliczyć małą "pobudkę a'la Sansa". Tydzień temu można było jeszcze mieć o nich inne zdanie, chociaż uratowanego z boskiej próby walki Clegane'a puścili bez złota, dając mu nic nie warte kwitki z królewską pieczęcią.

Teraz, bez mrugnięcia okiem, sprzedali Gendry'ego Czerwonej Kapłance, której pojawienie się w środku targanego wojną kontynentu było tak samo zaskakujące dla widza, jak dla nich. Jak błyskawica Melisandre przemknęła między krążącymi po szlakach wilkami, lwami i całą masą innych herbowych stworzeń, zwinęła sobie kowalskiego ucznia na wózek i pojechała z powrotem do swojego króla. Nie nagabywana przez nikogo, tylko pyskatą jedenastoletnią dziewczynkę. 
I na co jej ta podróż, kiedy wróci do Stannisa, a on nie będzie chciał poświęcić Gendry'ego (w końcu to jego krewniak), bo jest człowiekiem honoru?

Robb za to sprawia wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, w którym obłapiał śniadą mieszkankę Volantis, i zorientował, że ma wojnę do prowadzenia i właśnie ją przegrywa. I rzuca Freyom desperacką ofertę, by ich na ostatnią chwilę ułaskawić. Licząc jeszcze, że się uda.

To właśnie w tym odcinku można najbardziej zarzucić scenarzystom ukracanie obsady. Jeden mały Frey, giermek dla Robba na przykład, diametralnie zmienił by widzowi odbiór planów ślubnych. Bo nie wydawało by się nikomu, że lorda Frey'a pokazali raz, wspomnieli o jego rodzie i sojuszu z Robbem może kolejne dwa, a teraz nagle wszystko to wraca, po niemal dwóch sezonach ciszy. W wątku Stannisa też zabrakło jednej ważnej postaci, przez co trzeba było większość bękartów króla Roberta skumulować w Gendrym i porwać go z Dorzecza na Smoczą Skałę.

Podobnie sytuacja ma się w Królewskiej Przystani. Tutaj, zupełnie inaczej niż w książkach, Tyrellowie mają jednego syna - Lorasa. Zniknął gdzieś pierworodny Willas, dzięki któremu intryga z ożenkiem Sansy wydawała się sprawniej uszyta. Tu sprawa byłaby jeszcze prostsza - wystarczyłoby wspomnieć o najstarszym Tyrellu w dwóch rozmowach.

Wcześniej świetnie wychodziło im wplatanie w dialogi rzeczy, których mieliśmy nigdy nie zobaczyć, czemu teraz nagle przestali? Czy chodziło tylko o to, by lady Olenna mogła i Namiestnikowi, w wyrafinowany sposób, skoczyć do gardła?

Oczywiście, scena między tą ostatnią dwójką wypadła świetnie. Oto dwoje przedstawicieli starych i poważanych rodów dyskutuje ze sobą z pełną kurtuazją, ale wbijając nawzajem bolesne szpile i uważnie obserwując, kto się pierwszy złamie. I oboje doskonale znają zasady takiej rozgrywki, bo oboje grają w to od kilkudziesięciu lat. Świetna rozmowa, tak. Na intrygujące tematy, tak. Aktorsko wybitnie, tak. Domyślam się jednak, że mogło odbyć się jeszcze wiele takich konfrontacji, bez uszczerbku na spójności fabuły.

A potem ten pojedynek poprawili innym! Takie zakończenia mogę widzieć w tym serialu częściej. Chociaż myślałam, że scena rozmowy między Varysem a Littlefingerem skończy się jak zwykle - ktoś będzie komuś wypominał preferencje seksualne i pochodzenie, to zostałam wyjątkowo przyjemnie zaskoczona. Zafundowano nam zbiór świetnych scen, połączonych z narracją lorda Baelisha, który w końcu pokazał pełnię swojej dwulicowej i perfidnej natury. Chciałabym, żeby częściej go takim pokazywali.

A usunięcie jednej bardzo irytującej postaci było małym bonusem.

Dowiedz się więcej na temat: seriale | Gra o tron

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje