Mroźny Podmuch

Reklama

- Szybciej, bo nas dopadną – zakrzyknął Wes pokonując raźnie kolejne zaspy śniegu zalegające pomiędzy ponurymi drzewami Nawiedzonego Lasu. Jego dwaj kompani z Nocnej Straży zostawali w tyle przez ciężki, ruszający się pakunek, który razem dźwigali. Noc była mroźna i złowroga. Na niebie majaczył księżyc w pełni doskonale oświetlając czarnym sylwetkom drogę.

- Przez twoje pomysły Stary Niedźwiedź każe nam łby poucinać – Joel ledwo łapał oddech pokonując przeszkody wśród ciemności, a ciężka zdobycz, którą dzierżył wspólnie z Darrylem wcale mu w tym nie pomagała. – O ile dożyjemy, aby w ogóle wrócić na Mur – dodał chrypliwie.

- Przestań marudzić, zobaczysz, że zostaniemy hojnie wynagrodzeni – odpowiedział Wes czujnie rozglądając się na boki pośród gęstwinę Lasu.

Pogoń jeszcze nie ustała, choć nie było słuchać odgłosów Dzikich. Mieli jednak sporą przewagę, nim tamci zorientowali się co się stało. Wes, potężnie zbudowany przestępca, który uniknął stryczka tylko poprzez wstąpienie do „Wron”, zapragnął wykazać się przed swoim dowódcą i sprowadzić zza Muru dziką włóczniczkę. Tak po prawdzie interesowało go również pofolgowanie sobie z dziką, nieujarzmioną kobietą, ale to pragnął zachować dla siebie.

Wes był charyzmatyczny i niebezpieczny. W swoim życiu wyrządził wiele zła, a kradzieże, bójki i gwałty, w których z dziką satysfakcją się lubował, należały do tych przewinień z dołu listy. Szybko podporządkował sobie towarzyszy, którzy bardziej się go bali niż cenili. Po prostu musieli, gdyż nawet we dwójkę nie byliby w stanie pokonać blond włos ego olbrzyma o twarzy poznaczonej bliznami i dziurami po ospie, który skręciłby im karki nawet dla samej przyjemności.

Coraz głębiej zapuszczali się w Las, kluczyli pomiędzy drzewami, choć ich ślady były doskonale widoczne na świeżym śniegu. Jedyną nadzieją było znalezienie jaskini, strumyka lub zapadliska, aby zmylić pościg. W końcu ścigała ich cała wioska, a porwanie członkini plemienia było dopuszczalne tylko wśród Dzikich. Wiadomo było w końcu, że to w ten sposób mężczyźni wybierali sobie kandydatki na żony. Pozostawał tylko jeszcze jeden problem -  porwaną kobietę trzeba było pokonać w walce, gdyż te walczyły ramię w ramię ze swymi pobratymcami.

- Stać! – zawyrokował Wes i zaczął czujnie obserwować okolicę. Jego kompani jak na rozkaz zatrzymali się i cisnęli wór na ziemię, czemu towarzyszył okrzyk bólu. Ucieszyli się z postoju, gdyż kobieta choć drobna i lekka to nadrabiała to wierzganiem i kopaniem. – Coś się rusza tam za drzewami – ściszył głos przywódca i wyciągnął powoli miecz z pochwy. Joel ścisnął w rękach kuszę, a Darryl z mieczem zaczął odsuwać się w bok od towarzyszy. Cała trójka oczekiwała w skupieniu na to, co się wyłoni.

- Może to Inni? – zasugerował Darryl, a jego oczy coraz bardziej chaotycznie przeczesywały okolicę.

- Nie bądź głupi! – warknął Wes. – Ich od dawna nikt nie widział. To może być jeden z tej wioski, którą napadliśmy aby porwać dziewuchę.

- W tym Lesie czai się wiele złe… - nie skończył Joel, bo w ten jak cień wyskoczył na nich z ciemności stwór. Poruszał się na czterech łapach, ale to nie był Wilkor. Nie był nawet podobny do niego. Przypominało zdziczałego człowieka, ale pokryty był jakimiś czarnymi łuskami jak jaszczurka, a na głowie wyrastały mu rogowe kolce. Był przez to ledwo widoczny w mroku nocy, tak jak i Wrony zresztą. Nie miał ust, a dziwnie wysuniętą szczękę, jakby szpiczastą, wyposażoną w podwójne rzędy ostrych kłów.

Stwór skoczył na Wesa z wysuniętymi pazurami. Ten szybkim krokiem odbił lewo i zamachnął się z mieczem, ale poczwary już tam nie było. Pędziła w kierunku Joela, który szył z kuszy jak opętany. Jeden grot trafił stwora w przednią łapę, ale kolejne już nie dosięgły celu, gdyż Joelowi zbyt bardzo trzęsły się ręce. W tym czasie dziewczyna szarpała się z workiem i krzycząc próbowała się z niego wyrwać.

Stwór dopadł Joela i złapawszy go w potężne łapy rozerwał na pół. Wrzask bólu trwał krótko, a w strugach krwi ciało Wrony dygotało jeszcze przez moment w drgawkach. Na jego ustach pękały krwawe bąble, dopóki oczy nie zaszły mgłą. Wes pędząc w ich kierunku zatrzymał się momentalnie jak wryty. Gorączkowo rozglądał się za Darrylem, ale ten coraz szybciej oddalał się z miejsca walki. Wes, choć tępy, doskonale rozumiał, że życie jest ważniejsze niż zasługi i szybki, brutalny seks. Ruszył w kierunku kompana omijając w ciemności potężne konary starych drzew. Liczył, że stwór zajmie się ich zdobyczą, co da im czas na ucieczkę. Przeliczył się, gdyż prawdziwy myśliwy dobrze wie, że lepiej zrobić zapasy na zimę niż pożywić się tylko raz.

Darryl nie wiedział, co go ścięło z nóg. Poczuł ogromny ból i odruchowo zamachnął się mieczem w kierunku, skąd dobiegał. Ostrze ześlizgnęło się z rogowych płytek na grzbiecie stwora. Zwiadowca poczuł szarpnięcie i nagle poleciał w górę, po czym wylądował na zimnym śniegu, który szybko zaczął zmieniać barwę na czerwoną. Spojrzał w dół i tam, gdzie spodziewał się zobaczyć lewą nogę wystawał tylko marny kikut kości obleczony poszarpanym mięsem. Darryl krzyczał ściskając z całych sił udo i starając się zatamować krwawienie. Jednak poczwara zbliżała się do niego powolnym krokiem, a z jej okrwawionej paszczy zwisały strzępy ludzkiej skóry. Nagle z ciemności wyskoczył Wes, który wiedząc, że nie ucieknie bestii potężnym zamaszystym ruchem wbił ostrze pomiędzy łuski na jej grzbiecie. Stwór wierzgnął wytrącając miecz z rąk zwiadowcy. Ostrze ugrzęzło w jego ciele, ale nie wbiło się głęboko.

Rozwścieczony stwór odwrócił się na bezbronnego Wesa i powoli ruszył w jego stronę. Bandyta cofał się wyciągając sztylet, choć wiedział, że już po nim. Czuł już oddech bestii na swej twarzy, gdy nagle usłyszał przeraźliwy wizg. Poczwara wygięła się do tyłu na tylnich łapach i zawyła. Odwróciła się plecami do Wesa, a ten zauważył, że na jej plecach zieje dziura odsłaniająca czerwone mięso. Coś wyrwało jej kawał pancerza.

Poczwara rzuciła się w ciemność i zniknęła Wesowi z oczu. Ten stał oszołomiony tym co się stało. Usłyszał potworny skowyt i odgłosy walki. Mimo iż był zabijaką nie odważył się ruszyć w mrok na pomoc tajemniczemu pomocnikowi. Zamiast tego stał i oddychał ciężko. Po kilku chwilach szarpanina umilkła i Las stał się znów śmiertelnie cichy. Wes rozglądał się naokoło, zdążył już w tym czasie zabrać miecz Darryla, który stracił przytomność i teraz wykrwawiał się milcząco.

- No dalej, skróć jego cierpienie, łajdaku – Wes usłyszał potężny, pomrukliwy bas za plecami i przeraził się odruchowo. Odwrócił się i ujrzał Wronę. Mówili o nim, że nigdy nie chodzi z druhami na zwiady i woli samotność. Znikał na całe miesiące w dziczy, po czym powracał spokojnie. Zawsze. Nikt nigdy nie wiedział gdzie jest ani co robi. Po prostu nagle wychodził z pomiędzy drzew lub wyłaniał się w mroku. Tak jak i teraz. Nazywali go „Mroźny Podmuch”, gdyż nie znali jego imienia, a zawsze powodował gęsią skórkę u innych zwiadowców.

Tajemniczy kompan stał przed Wesem dzierżąc w dłoni dwuręczny miecz, cały zalany krwią. Na plecach dumnie umocował kuszę z kołowrotkiem. Widać było, że bełty posiadają haki i mają przymocowaną mocną linkę. Zwiadowca nie był tak potężny jak Wes, ale z jego postawy biła olbrzymia siła i zwinność. Był jak dziki kot, zawsze uważny i śmiertelnie niebezpieczny.

- Nie zabijesz przyjaciela, Wes? – zapytał. – Przecież jesteś w tym dobry, co nie? – kpiący uśmiech wystąpił na jego twarzy.

- To nie jest mój przyjaciel – odparł Wes czując narastający strach. Odruchowo ścisnął mocniej rękojeść miecza. – Trafiliśmy na potwora podczas zwiadu i bym zginął gdyby nie ty – Zwiadowca starał się okazać wdzięczność gdyż nie znał celu spotkania „Mroźnego Podmuchu”.

- Wybrałem się na przechadzkę i zauważyłem, jak wy, cholerne łajdaki uciekacie co sił z porwaną Włóczniczką Dzikich – warknął nieznajomy. – A wiesz czego nie lubię, Wes? – w jego oczach zabłysnął lodowaty płomień. – Nie lubię, jak ktoś wykorzystuje innych do swoich i jeszcze dodatkowo zamęcza biedne istoty celem spełnienia swych obrzydliwych pragnień!

Wes nie zdążył unieść miecza, sztylet błysnął w mroku niewiadomo skąd i zwiadowca złapał się za brzuch. Starał się przytrzymać wyciekające przez place wnętrzności. Nie poczuł nawet bólu, zbyt bardzo był oszołomiony widokiem swych jelit.

- Zostawiam Cię tu, abyś przemyślał, co zrobiłeś – odparł Mroźny Podmuch i odwróciwszy się plecami do niego oddalił się powoli w mrok.

Dziewczyna wciąż była uwięziona w worku. Szamotała się, jednak nie była w stanie rozerwać płótna. Przeszkadzał jej związane ręce i nogi. Czuła jak powoli zaczyna brakować jej tlenu. Nie wiedziała co się stało, ale czuła, że śmierć dziś tańczyła koło niej. Odgłosy walki już dawno ustały, ale wciąż czuła zapach krwi. Nagle usłyszała kroki. Zamarła pragnąc, aby ten kto się zbliża wziął ją tylko za jakiś podróżny pakunek. Odgłos rozcinanego materiału wypełnił mrok, z którego wyłoniła się ręka i wyciągnęła ją z worka. Obcy miał zimne, zielone choć łagodne oczy. Spoglądał się na nią z boleścią i współczuciem. Przerażona włóczniczka rozpoznała w nim Wronę, ale nie był podobny do tych co ją porwali. Rozejrzała się i ujrzała rozerwane ciało jednego z porywaczy. Ten widok ją przeraził. Słyszała o potworach, które byłyby w stanie tego dokonać, ale nigdy żadnego nie spotkała. Obserwowała obcego i zastanawiała się nad rozwojem sytuacji. Nie walczyła, on był uzbrojony, a ona związana. Wiedziała, że to bez sensu.

Nieznajomy ukląkł przy dziewczynie, która starał się zrobić groźną minę i pokazać siłę Dzikich kobiet. Złapał jej ręce i przeciął więzy, podobnie uczynił z nogami. Ta patrzyła zdziwiona, choć starała się to ukryć.

- Odejdź, jesteś wolna – mruknął zwiadowca. – To nie ja cię porwałem, a twoi porywacze już nigdy nie popełnią żadnej ohydnej zbrodni – uciął szybko, powstał i zaczął chować sztylet za pas.

Dziewczyna siedziała i patrzyła się na przybysza. Nie rozumiała jego zachowania. Nienawidziła Wron tak jak całe jej plemię. Owszem, zdarzało się, że inne plemiona wchodziły z nimi jakieś układy, ale nie jej. Nie po tym, jak dawno temu Zwiadowcy napadli na jej pobratymców w Lesie i wyrznęli ich co do jednego. Spoglądała na oddalającego się mężczyznę i nie czuła do niego nienawiści. Uratował ją, wypuścił. Okazał serce. Nie chciał wykorzystać jak tamci.

Długo się nie zastanawiając włóczniczka chwyciła miecz, który leżał przy strzępach Joela i rzuciła się na obcego. Zrobiła to cicho, gdyż była wyszkolona, aby zabijać. Nie wydała ani jednego odgłosu.

Zwiadowca płynnym obrotem uniknął cięcia i znalazł się po jej prawej stronie. Nie wyciągnął broni, a tylko spoglądał na nią zmęczonym wzrokiem. – Nie rób tego, tak nie będzie lepiej – powiedział i już chciał się odwrócić, gdy wojowniczka rzuciła się na niego powtórnie. Tym razem atakowała sztychem, nisko. Jednak znów napotkała pustkę, a nieznajomy stał za jej plecami. Powoli wyciągnął sztylet i ważył go w rękach jakby się nad czymś mocno zastanawiając. Kobieta nie zwlekając rzuciła się na niego i specjalnie zmieniając krok odbiła się od ziemi i skoczyła zataczając mieczem młynek. W ten świat nagle zgasł, a ból pojawił się pod czaszką. Miecz odleciał gdzieś w bok, a ona sama pacnęła głucho na śnieg. Pociemniało jej przed oczami i oszołomiło trochę, więc nie ruszała się. Gdy odzyskała świadomość zauważyła ostrze sztyletu przy swojej szyi i spokojny wzrok Wrony.

- Odejdź, albo zabiję – szepnął cicho, ale nie było w tym groźby. Prędzej jakby… nadzieja?

Mroźny Podmuch wstał i dopiero teraz spostrzegł, że otaczają go pobratymcy dziewczyny. Nie widział ich jeszcze, bo stali w mroku skryci za drzewami, ale czuł że tam są. Wielu. Odrzucił sztylet i czekał.

Z Lasu zaczęły wynurzać się sylwetki ubrane w skóry dzikich zwierząt. W dłoniach dzierżyli łuki i topory, co niektórzy sztylety. Otoczyli dziewczynę i zwiadowcę i w napięciu oczekiwali. Mężczyzna nie wiedział na co czekają, powinni go zabić i wrócić do domu.

Wśród Dzikich zrobiło się poruszenie i na przód wysunął się krzepki mężczyzna o posiniaczonej twarzy. Oczy miał napuchnięte, a nos rozbity.

- Nie ty ją porwałeś – wskazał ręką na dziewczynę. – Ale zrobili to twoi kamraci – stwierdził twardo.

- Już ich spotkała kara. Las ich przyjął pod śnieg, a ja dokończyłem tego dzieła. – odparł zwiadowca wciąż czekając.

- Choć należysz do Nocnej Straży, okazałeś, że jesteś człowiekiem. I pokonałeś moją siostrę w walce – rzekł Dziki. – Od teraz należy do ciebie – rzekł po czym odwrócił się i odszedł. Tak samo uczynili pozostali z plemienia. W Lesie pozostali tylko dziewczyna i zwiadowca. Obserwowali siebie oboje.

- I co ja z tobą zrobię teraz – mruknął Podmuch. – Nie zostawię cię, bo umrzesz tutaj, a do swoich już nie masz co wracać. – podsumował, po czum wyciągnął ku niej rękę. – Chodź – szepnął, podciągnął włóczniczkę i ruszył z nią przez Las. W kierunku domu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje