"Outer Banks" zaczynało jako unikalna opowieść o dojrzewaniu, skąpana w słońcu letniego kurortu w Północnej Karolinie. Twórcy od początku budowali świat oparty na ostrych podziałach klasowych. Jak celnie ujęli to sami bohaterowie w zwiastunach:
"Tu pracujesz na dwie zmiany albo masz dwa domy. Dwa plemiona, jedna wyspa. Jesteśmy klasą robotniczą, która kelneruje i udostępnia sprzęt".
Romanse, lokalne waśnie i przepaść między bogaczami a "Płotkami" stanowiły ciekawe tło, ale tym, co napędzało tę produkcję, była czysta, niczym niezmącona radość z poszukiwania skarbów. Ekipa Płotek przypominała uwielbianego Nathana Drake'a z serii gier "Uncharted". Niestety, patrząc na finałowy sezon, trudno pozbyć się wrażenia, że ta przygoda trwa o kilka lat za długo, a formuła całkowicie się wyczerpała.
Kiedy eskalacja niszczy magię
W piątym sezonie Płotki osiągają absolutne dno po tragicznej stracie JJ-a w Maroku. Pogrążeni w żałobie, odcięci od domu, pozbawieni błękitnej korony i nieustannie ścigani przez wrogów, John B, Sarah, Kiara, Pope i Cleo muszą walczyć o przetrwanie, uciekając się m.in. do bardzo niewygodnego sojuszu z Rafem. Brzmi dramatycznie? Owszem, ale w praktyce fabuła sprawia wrażenie boleśnie powtarzalnej.
Twórcy wielokrotnie zarzekali się, że chcą kontrolować długość życia serialu.
"Chcemy, żeby historia zakończyła się w dobrym tonie, a nie żeby cztery sezony zamieniły się w dziewiąty i żebyśmy zaczęli ścigać kosmitów. Chcemy skończyć, zanim stracimy wątek" - zapowiadał swego czasu odtwórca roli Johna B. Te szumne deklaracje mocno rozminęły się jednak z rzeczywistością. Najnowszy sezon potwierdza tylko, że to, co było najlepsze, scenarzyści pokazali już w pierwszych trzech seriach.

Z samej istoty "Outer Banks" - czyli angażującej, opowieści o awanturnikach pragnących odmienić swój los, zostało niewiele. Zamiast tego bohaterowie uwikłali się w problemy z przemytnikami, bezwzględną walką o grunty i niesprawiedliwością społeczną. Oczywiście są to ważne tematy, o których warto mówić, jednak serial przyciągał widzów czymś całkowicie innym.
Oczywiście bohaterowie przez lata dorastali, a ich perypetie naturalnie ewoluowały wraz z wiekiem. Problem polega na tym, że w eskalacji przemocy i nieszczęść produkcja zatraciła swoją duszę. Zaczęłam oglądać "Outer Banks" dla beztroskiej grupy przyjaciół, dla której sekrety przeszłości i skarb były barwnym dodatkiem do młodzieńczego życia. Kiedy stawka stała się absurdalnie wysoka, serial zatracił lekkość, która przyciągała przed ekran.
Co prawda scenarzyści próbują ratować sytuację, domykając konieczne wątki i zapewniając bohaterom tradycyjne "i żyli długo i szczęśliwie". Otrzymujemy w miarę spójne zamknięcie losów Płotek, jednak nie zmienia to ogólnego poczucia, że trwało to wszystko za długo.
Najgorsze jest jednak to, że Netflix nie zamierza rezygnować z tej marki. Josh Pate, Jonas Pate i Shannon Burke pracują już nad prequelem zatytułowanym "Kildare", którego akcja ma rozegrać się dwie dekady przed wydarzeniami z oryginalnej serii. Jednak czy widzowie znów chętnie powrócą do tego świata? To dopiero się okaże, jednak nie wróżę dobrej przyszłości tej serii.








