Seria książek Laury Ingalls Wilder doczekała się kolejnej ekranizacji. Powieści powstały w latach 30. XX wieku i były inspirowane dzieciństwem autorki na amerykańskiej prerii. Cykl sprzedał się w dziesiątkach milionów egzemplarzy na całym świecie, zdobywając rzesze fanów i wychowując kolejne pokolenia.
Tym razem za "Domek na prerii" zabrał się Netflix. Jeszcze przed premierą pierwszego sezonu ogłoszono, że powstanie także druga odsłona. Oznacza to, że gigant streamingowy jest całkiem pewny sukcesu nowej produkcji. W końcu wersja z lat 70. zyskała status kultowej. Czy tak samo będzie w przypadku najnowszej adaptacji?
"Domek na prerii", czyli nowa ekranizacja epickiej historii
Pierwszy sezon netfliksowego "Domku na prerii" oparty jest na trzeciej książce z serii. Opowiada o rodzinie Ingallsów, która próbuje zbudować swoje życie na nowo, osiedlając się na amerykańskiej prerii. Historia skupia się na Charlesie Ingallsie (Luke Bracey), Caroline Ingalls (Crosby Fitzgerald) oraz ich córkach - Mary (Skywalker Hughes) i Laurze (Alice Halsey).

Serial pokazuje życie codzienne w miasteczku Independence. Budowę domu od podstaw, walkę o przetrwanie, relacje z sąsiadami. Już na pierwszy rzut oka widać, że nowa wersja kładzie mocny nacisk na szerszy kontekst społeczny oraz kulturowy. Gdy bohaterowie próbują rozpocząć życie na ziemi, którą przedstawiano im jako "wolną", spotykają ludność Osagów - społeczność, która od pokoleń uważała prerię za swój dom.
Według Julie O'Keefe, konsultantki kulturowej serialu związanej z narodem Osagów, już na początku rozmów z przedstawicielami tej społeczności pojawiło się jedno ważne przesłanie: "Jeśli zamierzacie opowiedzieć tę historię, musicie pokazać obie strony".
I faktycznie twórcom serialu Netfliksa udało się to osiągnąć. "Domek na prerii" wprowadza między innymi rodzinę Mitchellów. Zestawia nadzieje osadników na nowe możliwości z tragicznymi konsekwencjami ekspansji na zachód dla rdzennych społeczności.
"Domek na prerii" pozostaje jednak przede wszystkim serialem obyczajowym. Fabuła skupia się na relacjach w rodzinie Ingallsów oraz ich kontaktach z pozostałymi mieszkańcami Independence.
Czy warto obejrzeć "Domek na prerii" na Netfliksie?
Po obejrzeniu pierwszego sezonu nowego "Domku na prerii" mam jednak mieszane odczucia. Z jednej strony niezwykle chwyciła mnie za serce przyjaźń sióstr Ingalls - Mary i Laury. Ciekawie poprowadzono także ich relację z Dobrą Orlicą (Wren Zhawenim Gotts). Duża w tym zasługa młodych aktorek. Aż trudno uwierzyć, że są to ich pierwsze tak duże role. Niezwykle wiarygodnie sportretowały swoje bohaterki oraz łączące je więzi.

Z drugiej strony trudno mówić o podobnej autentyczności w pozostałych relacjach między bohaterami. Szczególnie wątki miłosne wypadają blado, nieprzekonująco. "Domek na prerii" jest serialem obyczajowym, a mimo to brakuje w nim jednego, wyraźniejszego romansu, za którym widzowie naprawdę chcieliby podążać.
Kolejny mój wewnętrzny konflikt dotyczy warstwy wizualnej i atmosfery serialu. Przepiękne krajobrazy prerii, świetne kostiumy i dopracowana scenografia niewątpliwie potrafią zachwycić. A jednak nie przekonują mnie w stu procentach. Podczas seansu "Domku na prerii" niestety towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że oglądam coś sztucznego. Nie zadziałała tutaj tzw. "magia kina". Centrum miasteczka Independence nie sprawia wrażenia autentycznej lokacji, przez co trudno w pełni uwierzyć w przedstawioną historię. Dla porównania można przytoczyć serial "1923", osadzony w zbliżonych realiach, który potrafił przekonać widzów swoją atmosferą i wiarygodnością świata przedstawionego. W przypadku "Domku na prerii" twórcom nie udało się niestety uchwycić tej przytulnej atmosfery i naturalności, które znamy chociażby z produkcji telewizyjnej sprzed dekad.
Można się także przyczepić do pewnej życzeniowości scenariusza. Przykładem jest scena, w której Laura, jedna z córek Ingallsów, w środku nocy staje oko w oko z zagrożeniem ze strony wilków. W zupełnie niespodziewanym momencie pojawia się jej matka. Wilki natomiast w "magiczny" sposób uciekają, zamiast zaatakować. Cóż, mało wiarygodne.

Doceniam jednak mocny nacisk położony na ukazanie roli kobiet w społeczeństwie Independence. Właściwie w każdej sytuacji bohaterki muszą mierzyć się z ograniczeniami - czy to ze względu na status materialny, stan cywilny, czy kolor skóry. To oczywiście znak tamtych czasów. Motyw nie jest szczególnie odkrywczy, ale zdecydowanie wart docenienia.
Finał dla wielu widzów może wydać się mało satysfakcjonujący przez niedopowiedzenia w wątkach poszczególnych postaci. Mnie jednak wzruszył. To jeden z piękniejszych momentów tego sezonu.











